Disco-polo i dance macabre w teatrze lalek? Tak, ale tylko dla dorosłych i tylko w Pleciudze. Od kilkunastu dobrych lat (to już siedemnasty rok istnienia), kultowy  szczeciński  teatr, wzorem innych tego rodzaju kulturalnych placówek, oferuje widzom spektakle z serii „scena dla dorosłych”.  

Tradycyjnie cieszą się one wielkim zainteresowaniem, które nierzadko sprawia, że na bilety trzeba wytrwale polować. Tak było i tym razem, gdy zachęcona entuzjastycznymi opiniami znajomych, postanowiłam na własne oczy i uszy przekonać się, czy rzeczywiście „disco jest dobre na wszystko”. Z niecierpliwością oczekiwałam więc dnia spektaklu.

Zaskakującym jego rozpoczęciem było ukazanie się na scenie kilku dziwnie gestykulujących  młodych mężczyzn w księżych sutannach (byli to odpowiedzialni za oprawę muzyczną przedstawienia Tomasz Lewandowski, Paweł Grzesiuk, Filip Świeży i Grzegorz Majtas).

 Ich nieme wejście wprowadziło na widownię nastrój pewnego duchowego niepokoju, który towarzyszył wielu zresztą już do samego końca spektaklu. Nie mogło być inaczej, gdyż „Disco Macabre” dotyka rzeczy ostatecznych. Zespół muzyczny „One Takt” (Katarzyna Klimek, Rafał Hajdukiewicz, Maciej Sikorski) wraca właśnie ze stypy.

To była po prostu kolejna z wielu okolicznościowych imprez, które „One Takt” uatrakcyjnia swoim disco-polo. Dochodzi niestety do wypadku samochodowego, w wyniku którego Ella, Jaro i frontmen grupy, czyli Sławek, giną na miejscu, trafiając do dziwnego pogranicza światów. Króluje tam upiorny DJ Charon (Dariusz Kamiński) i uwodzicielskie w upiorny sposób The Cerbers (Marta Łągiewka i Paulina Lenart).
Bez wątpienia na „tamtym świecie” nie jest przyjemnie, atmosferę niesamowitości i grozy znakomicie oddaje utrzymana w czerwieniach, czerniach i srebrzystościach mroczna, lecz nieprzesadzona scenografia autorstwa Agnieszki Miluniec i Macieja Osmyckiego.

Ponura aranżacja włości DJ Charona nie jest jednak jedynym, co może przerażać członków zespołu „One Takt”. Czeka ich bowiem bardzo trudny test, którego oblanie może skutkować ich wiecznym potępieniem. Zadanie, którego ceną jest szczęśliwa wieczność, polegać ma na wydobyciu głębi z disco-polowych hitów, niezmiennie odgrywanych przez rzeczony zespół na imprezach w dość płytki i prymitywny sposób, który rozgniewał czułego na piękno muzyki Charona i jego drapieżne towarzyszki. Jaki będzie rezultat owego życiowego testu? Tego dowiecie się już ze spektaklu, którego obejrzenie gorąco polecam. Napiszę jeszcze tylko, że  podczas tego upiornego muzycznego egzaminu  usłyszymy niezwykłe aranżacje znanych przebojów takich jak m.in. „Bierz co chcesz”, „Biały miś” czy „Jesteś szalona”. Miejsce prostych discopolowych klimatów zajmą w nich bluesowe, rockowe i hip hopowe, a także death metalowe i etniczne nuty. Zaskakująca uczta dla uszu i wielkie brawa dla aranżerów!
Zaskakującym w bardzo pozytywny sposób jest również kojarzony przeze mnie z nieco bardziej stonowanym wizerunkiem znakomity aktor Pleciugi Dariusz Kamiński, obsadzony w roli upiornego i szalonego didżeja Charona. Początkowo wzbudza on trwożny respekt, a w ostatniej części przedstawienia (scena z iście burtonowskim pieskiem) sympatię i życzliwe współczucie widza. Reszta aktorów również zdawała się odgrywać role skrojone idealnie na miarę. Kapryśna i zblazowana Ella (Katarzyna Klimek) to prawdziwa stereotypowa gwiazda disco. Napiszę jeszcze że pośród generalnie bardzo trafnie dobranych kostiumów (uśmiech budził modny „obuw” Charona) wyróżniały się te będące stylizacją niepokojących The Cerbers – ich kostiumy były  zarazem rockowe, upiorne, a przy tym nawet nieco zmysłowe. Jedynym zastrzeżeniem, jakie mogę mieć do spektaklu, jest tylko to, że w Disco Macabre pośród znakomitych aktorów-ludzi, lalki to jedynie dwie „osiemnastki”. Ale ja po prostu uwielbiam lalki z Pleciugi i stąd może mój mały niedosyt.
Spektakl gorąco polecam wszystkim fanom i antyfanom muzyki disco-polo oraz typowych weselnych zabaw. Przedstawienie przypadnie również do gustu entuzjastom stylistyki  Tima Burtona, do których sama się zaliczam. Disco Macabre znakomicie spisuje się w roli dostarczyciela rozrywki (i wpadających w ucho aranżacji do nucenia pod prysznicem), podsuwając jednak w dyskretny sposób subtelną nutę refleksji, dotyczącą rachunku naszych dokonań i strat oraz kruchości życia. Wszak „Życie, to są chwile, chwile tak ulotne, jak motyle, a zegar daje znak, nie zatrzymasz go i tak”.

Daria Woszczatyńska-Przybylska

Galeria, źródło foto: Poza Okiem, Teatr Lalek Pleciuga