LIŚCIOPAD

Kto ma ogród, trawnik przed domem, działkę albo cokolwiek w tym stylu, doskonale wie, kiedy naprawdę zaczyna się jesień: wtedy, gdy trzeba wyciągnąć ze składzika, z piwnicy, pawlacza czy innego przechowalnika grabie i wyruszyć na łowy. Łowy zwą się niewinnie „grabieniem liści”, ale każdy, kto posmakował tego choć raz, przyzna, że nie ma w nich niczego niewinnego. Grabienie liści, też coś. Równie dobrze moglibyśmy to nazwać polowaniem na smoki, miałoby więcej wspólnego z rzeczywistością.

Od października liście są wszędzie; w listopadzie obchodzą chyba swoje prywatne święto, na co zresztą wskazuje sama nazwa tego miesiąca, dla zmylenia naiwnych minimalnie przerobiona, żeby człowiek tak od razu nie dostawał w twarz ponurą prawdą i (kolejną) stertą liści. Listopad, phi. Liściopad. Liściotwór. Liściorysta. Liściomnipotent.

Z liśćmi można się nawet całkiem nieźle bawić językowo. Dopóki na ziemię nie zleci nowa sterta do grabienia.

Grabienie liści to kwintesencja syzyfowej pracy: ile by się człowiek nie narobił, i tak wraca do punktu wyjścia, a efekty ciężkiej harówki znikają błyskawicznie. Każdy weekend spędzony na przesuwaniu liści na kilkanaście stert, wpychaniu ich do worków i przeciąganiu tych worków pod płot kończy się pełnym satysfakcji stęknięciem: uff, ogarnęłam, sprzątnęłam, pozbyłam się. Każdy poniedziałek po weekendowej walce zaczyna się od pełnego brzydkich słów jęku: no znowu napadały?! Każdy następny weekend, gdy ponownie w ruch idą grabie, wypełniony jest coraz bardziej ponurą i fatalistyczną myślą: na diabła moje wszystkie wysiłki, za kilka dni znów cały ogród zniknie pod stertą nowych liści…

Bo liście mają zwyczaj się mnożyć – nieważne, ile ich teoretycznie jest na drzewie i ile już spadło, i jak bardzo łyse, gołe, bezlistne są gałęzie – liście i tak się pojawią. Chwilami po prostu nie wiem, skąd. Niekiedy podejrzewam, że na pomoc tym ogrodowym przybywają inne, spoza ogrodu – z pobliskich leśnych części mojej dzielnicy, z innych trawników przed płotami, z dziur w cudzych workach na bioodpady. Z różnych miejsc, zewsząd i skądkolwiek, to nieistotne – najważniejsze, że przybywają. I zaścielają, zaliściają każdą powierzchnię, która nie może się przed nimi uchronić. Przede wszystkim zaś spadają na te miejsca, które człowiek chwilę wcześniej posprzątał, z których wszystko ślicznie wygrabił i które przez moment dosłownie mogły cieszyć oko. No cóż, mogły, ale nie muszą, prawda? Więc zasypmy je nowymi liśćmi, będzie ciekawiej i zabawniej. Szczególnie zabawne będzie obserwowanie, jak ten człowiek z grabiami się wścieka, dostaje szału albo się załamuje.

Z drugiej strony jest w grabieniu liści pewna poezja – może wręcz przewrotna, skoro wiemy, że nasze starania są z góry skazane na porażkę. Czyż nieustanne podejmowanie tej samej walki, walki na starcie przegranej, z pokrywającymi ogród liśćmi nie jest swego rodzaju heroizmem w wersji mini, domową donkiszoterią, bezpretensjonalnym odgrywaniem superbohatera w outdoorowej wersji własnych czterech ścian? Spójrzcie, jest nawet specjalny zestaw pogromcy duchów (liści): grabie, worek na bioodpady, ciuchy ochronne, rękawice, czasem i dodatki (na przykład stare wiadro, do którego ładuje się garście liści, a potem przerzuca do wora – to uwalnia od konieczności ciągnięcia za sobą owego wora przez pół ogrodu). Jest specjalny zestaw zaklęć i haseł motywujących (niestety zwykle dość niecenzuralnych, zwłaszcza gdy się worek przewróci lub pęknie, z wiadra się wysypie albo człowiek niechcący przyłoży sam sobie grabiami. Albo gdy zaatakuje go wściekła gałąź. Mnie ostatnio zaatakowała, niewiele brakowało, żebym zobaczyła gwiazdy). Jest też specjalny rytuał, który odprawiasz i bez którego – wiesz to doskonale – pogromienie liści nie mogłoby się udać. Najpierw zakładasz specjalne ciuchy, na które składają się stare spodnie (z dziurą na udzie lub na tyłku, ale kto to w ogrodzie będzie oglądał, chyba że jakaś ciekawska sarna zza płotu), sweter, którego nie cierpisz, a pod swetrem podkoszulka, której nie cierpisz jeszcze bardziej (w ten sposób wykorzystuję niemal wszystkie stare bluzki z projektów, w których kiedyś uczestniczyłam i których mam serdecznie dość), skazane na poświęcenie skarpetki (których już nigdy nie wrzucisz do pralki z normalnymi, niewinnymi ciuchami, po prostu po którymś grabieniu wyrzucisz do śmietnika), kurtka, którą zdejmiesz po pierwszych pięciu minutach roboty, oraz buty, które lada chwila się rozpadną, ale póki jeszcze jakoś się trzymają, będą na ten liściowy brud w sam raz, bo przecież czegoś porządniejszego szkoda. Ach, no i rękawiczki – nie rękawiczki-rękawiczki, takie na co dzień, do ogrzewania rąk, tylko rękawiczki-robole, gumowo-materiałowe, w sam raz do robót ogrodowych i przerzucania ręcznie sterty mokrych, podgniłych i nieapetycznych w dotyku liści oraz, niekiedy, ukrytych pod nimi niespodzianek (pies przecież  wyskoczy czasem na wieczorną toaletę przed snem, co mu będziesz żałować?). Gdy już tkwisz w specjalnych ciuchach, zaopatrujesz się w czasoumilacze (komórka, słuchawki, odpowiednie piosenki z YouTube’a), w grabie, wiaderko i worki – i ruszasz na podbój świata. Czyli na grabienie liści, w tej sytuacji akurat na jedno wychodzi.

A gdy już jesteś w samym środku walki, z włosami zaplątanymi w gałęzie choinki, spod której próbujesz wygrzebać stertę liściopotworów, z guzami na głowie po spotkaniu pierwszego stopnia z Niesympatyczną Grubą Gałęzią, Która Rośnie Cokolwiek za Nisko, zgrzana, zmęczona (minęło pięć minut!), ze stopą wdeptującą w nie chcesz wiedzieć co, z grzbietem powyginanym pod różnymi dziwnymi kątami i z workiem, który oczywiście musiał zaczepić się o jakiś konar i właśnie triumfalnie się rozrywa, oczywiście na samym dole, żeby nie było zbyt prosto – wtedy właśnie czujesz się ucieleśnieniem bohatera. Bo jeszcze cię szlag jasny nie trafił i nie zaczęłaś krzyczeć z wściekłości na całe osiedle, a przynajmniej na całą ulicę, a przynajmniej na cały ogród. Brawo ty. Pokojowa Nagroda Nobla murowana.

Najśmieszniejsze jest to, że tak naprawdę lubię grabienie liści (przynajmniej do momentu, gdy nie muszę tego robić na ostatnią chwilę, dzień przed odbiorem bioodpadów, gdy cały ogród jęczy „Odliść mnie!”, a ja najchętniej schowałabym się pod kocem z książką i czekoladą). Lubię grabić liście, bo ta czynność daje ułudę chwilowego panowania nad rzeczywistością (dopóki wiatr nie zawieje i nie poniesie w siną dal zgrabionych na jedną stertę liści; niestety w tym przypadku „sina dal” oznacza jedynie przeciwległy koniec ogrodu, oczywiście mojego ogrodu, nie sąsiadów). Lubię grabić liście, bo mogę sobie wtedy posłuchać spokojnie muzyki z YT (naturalnie głośność w słuchawkach ustawiam zwykle na maksimum, choć się nie powinno). Lubię grabić liście, bo to świetna wymówka, by spędzić godzinę lub dwie na dworze, w ogrodzie, mimo kiepskiej pogody (tej wymówki potrzebuje mój wewnętrzny pracoholik, wprawdzie o wiele mniejszy i słabszy niż przed laty, ale nadal potrafiący pieklić się, że choć na chwilę odeszłam od roboty przy laptopie. Sorry, mały, liście musimy zgrabić). Lubię grabić liście również dlatego, że mam wtedy wyraźne poczucie: dbam o swój dom i jestem w stanie go uporządkować w szybki, od razu widoczny sposób – poczucie wprost luksusowe obecnie, w czasie trwania wielkiego remontu, podczas którego szybkie i widoczne efekty to coś, na co trzeba bardzo długo czekać.

Jednak wszystkie te pozytywne strony grabienia liści nie zmienią mojego zdania o liściopadzie, liściowym potworze: zaliścia człowiekowi ogród, czas i energię, i to często w zdecydowanie mało sympatyczny sposób. Na pociechę – są gorsze rzeczy niż spadające liście. I gorsze rzeczy niż grabienie ogrodu.

Na przykład spadający śnieg. I odśnieżanie podjazdu. Ktoś widział prognozę pogody na grudzień?…

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.