TO-DO LIST, CZYLI LISTA NA KAŻDĄ OKAZJĘ

Na początku grudnia rozłożyłam na biurku w pracy duży plakat, stroną niezadrukowaną do góry, wzięłam garść kolorowych pisaków, napisałam na środku wielkimi literami „Grudzień 2017” i zaczęłam prowadzić główne odnogi. Sprawy wydziałowe. Działania zewnętrzne. Działania wewnątrzuczelniane. Jeszcze parę haseł głównych. A potem do poszczególnych odnóg – odnóża, czyli konkretne rzeczy. Rada wydziału. Hospitacje. Konkurs. Gazeta uczelniana. Spotkania dla licealistów. Spotkania ze studentami. Projekty. Każda odnoga i jej odnóża innym kolorem.

Jeśli teraz ktoś wejdzie do mojego gabinetu, zobaczy na korkowej tablicy przy biurku wielką płachtę papieru, na której wygodnie usadowił się olbrzymi, kolorowy, zabazgrany pająk. Tak właśnie wygląda mapa myśli. Tak właśnie wygląda moja to-do list uczelniana.

To-do list, czyli, bardziej swojsko, lista rzeczy do zrobienia, to coś, od czego jestem uzależniona od lat. Spisuję listy wszelkiej maści: spraw do załatwienia, spraw zalegających, książek do przeczytania, książek do kupienia, książek przeczytanych, książek kupionych, języków do nauczenia się, marzeń do spełnienia i planów do zrealizowania, ciuchów do kupienia i ciuchów do wyrzucenia, maili do wysłania (w święta) i porządków domowych do zrobienia. Potrafię nawet spisać listy list do spisania. Mój bzik na punkcie list rzeczy do zrobienia nie zna granic.

Pierwsze listy robiłam jeszcze w szkole podstawowej. Słabo je pamiętam, wiem tylko, że były. Naprawdę dobrze potrafię sobie przypomnieć listę z połowy liceum – spis książek do przeczytania (robiony na podstawie podręczników do polskiego i działu „Literatura” z kolejnych numerów „Świata Wiedzy”; swoją drogą, kto pamięta „Świat Wiedzy” i inne tego typu czasopisma, które się dzieliło na kawałki i wedle kategorii układało w segregatorze? Po ostatniej przeprowadzce znalazłam smętne resztki tych dawnych zbiorów). Spis był wielostronicowy, szczegółowy i absolutnie niemożliwy do zrealizowania – ale za to jak niesamowicie zachęcał do szukania i czytania kolejnych autorów i kolejnych pozycji! Z jaką satysfakcją skreślałam przeczytane tytuły! Uczucie ogarniania własnego małego wszechświata było niesamowite.

Mniej więcej w tym czasie pojawiły się też listy planów na nowy rok, które wyparły wcześniejsze „noworoczne postanowienia”. Do tematu noworocznych planów i postanowień wrócę z Nowym Rokiem, na razie zaś, na potrzeby samych list, powiem tyle: towarzyszą mi one do dziś. Łączą się zresztą bezpośrednio z listami na miesiąc, na tydzień i na dzień.

Tak, robię listy wielookresowe: na rok, na miesiąc, na tydzień, na dzień, na wybrany czas świąteczny (przede mną lista planów na bożonarodzeniowo-noworoczny urlop). Listy prywatne i zawodowe. Do odpoczynku i do pracy. „Okresowe listy rzeczy do zrobienia”, jak można by je określić, to coś, bez czego nie wyobrażam sobie sprawnego funkcjonowania. Nie mówię tego bezpodstawnie – funkcjonować bez listy już próbowałam i wiem, że jest mi wtedy zwyczajnie niewygodnie, jakbym nie zabrała ze sobą portfela, komórki albo mapy nieznanego terenu. Nadal zdarzają mi się „momenty bezlistowe”, ale obecnie tylko dlatego, że nie zdążę takiego spisu zrobić. Ot, choćby w listopadzie – na początku miesiąca nie zadbałam o wygospodarowanie czasu na przygotowanie listy, w połowie listopada się pochorowałam, a w ostatnich dniach już nawet nie było warto brać się za ten temat. Niewygoda męczyła, trudniej się kontrolowało, co jest zrobione, a co nie, co pilniejsze, a co może poczekać. Gdy tuż po imieninach zawiesiłam grudniowy plan nad biurkiem, od razu poczułam się pewniejsza, spokojniejsza i bardziej ogarnięta. Tak, grudzień jest możliwy do poprowadzenia tak, jak tego chcę. Przecież mam listę.

Robienie listy wcale nie jest tak banalną, prostą i oczywistą sprawą, jak się niektórym wydaje. Robienie list – dobrych, funkcjonalnych, pomocnych – to sztuka. Przede wszystkim trzeba wybrać rodzaj listy: zwykła punktowa, cztery ćwiartki (tak zwana macierz Eisenhowera, czyli poukładanie spraw według czterech kategorii: ważne i pilne, ważne i niepilnie, nieważne i pilne oraz nieważne i niepilne), tabelka tygodniowa, zakresy tematyczne, mapa myśli? Mnie ze względu na sposób konstruowania najbardziej odpowiada obecnie ta ostatnia.

Następnie – kolory. Kolory są ważne, listy wielobarwne są łatwiejsze do zobaczenia i zapamiętania. Kolory się kojarzą, co dodatkowo ułatwia sprawę. Jeśli praca kojarzy mi się z niebieskim (chociażby przez logo uczelni), to zapisanie rzeczy dotyczących pracy (lub w przypadku listy wyłącznie uczelnianej – rzeczy dotyczących wydziału) kolorem niebieskim trochę bardziej porządkuje mi świat. Jeśli z pewnych osobistych względów fiolet wiążę z pracą artystyczną, to fioletowe odnóże do hasła „Napisać felietony na Kobiecą Sprawę” jest dla mnie wyraźniejsze. Jeśli sprawy prywatne zaznaczam jasnozielonym mazakiem, to może dlatego, że zielony jest kolorem wolności, a moja prywatność to właśnie przestrzeń mojej zupełnej wolności – wolności od i wolności do.

Istotna jest również powierzchnia, na której się pisze. Małe kartki, papier A4 – to nie wystarczy. Duże plany potrzebują dużej przestrzeni, potrzebują widoczności, potrzebują miejsca. Właśnie dlatego wykorzystuję stare plakaty – to dodaje ważności planom. Nie jakieś tak ściśnięte zapiski na skrawku byle jakiej kartki, lecz porządne notatki na królewskim formacie. Zupełnie inaczej się na to patrzy i zupełnie inaczej się o tym myśli.

Czas – może najważniejszy element. Na zrobienie listy trzeba sobie dać czas, poświęcić kilkanaście, a nawet i kilkadziesiąt minut wyłącznie na tę czynność. Skupienie, uwaga, głębsze zastanowienie się, które zadania pochodzą ode mnie, a które zostają narzucone, które mają dla mnie znaczenie, a które nigdzie nie prowadzą lub wręcz kradną energię; o których myślę z przyjemnością, a które mnie przerażają czy denerwują i dlaczego. Tego właśnie potrzebuje lista: czasu dla siebie.

Na koniec – wybrany sposób postępowania z taką listą. Bo widzicie, to żadna sztuka spisać sobie plan na miesiąc, wepchnąć go gdzieś do szafki albo w środek zeszytu i zaglądać od czasu do czasu (lub wcale). Już to przerabiałam. Lista schowana nie istnieje, ewentualnie wegetuje. W pełni żyje tylko lista widoczna, wystawiona na publiczny widok, oglądana dzień w dzień przez co najmniej kilka godzin. Pewnie dlatego najlepiej mi się realizują listy uczelniane, bo mam je przed oczami niemal bez przerwy. Widzę, co zostało zrobione i skreślone, co ma obok kropkę „robione teraz” lub jakiś znaczek sygnalizujący „szczególnie pilne”, co jeszcze pozostało i jakie są szanse załatwienia tego w wyznaczonym terminie. Łatwo coś dopisać lub usunąć, łatwo zdecydować, jakimi sprawami zająć się w danym dniu lub w danym tygodniu. A na koniec pojawia się wielka satysfakcja – gdy wszystkie lub prawie wszystkie pozycje są przekreślone.

Oczywiście pojawia się też ryzyko dyskomfortu – bo czarno na białym widać rzeczy, których się nie załatwiło, widać proporcje między zrobionymi a niezrobionymi. Przewaga tych ostatnich nie cieszy, ale za to jest świetną lekcją: może mam tendencję do planowania za dużo naraz? Może za wiele tu rozdrabniania się na mniej istotne sprawy, a za mało tych ważnych i konkretnych, na których mi naprawdę zależy? Może okoliczności tak się ułożyły, że nawet sklonowana nie dałabym rady? A może zwyczajnie akurat w tym miesiącu odpuściłam, zwolniłam, nawaliłam? Te mniej lub bardziej nieprzyjemne wnioski potrafią sporo dać – pod warunkiem, że umiemy sobie wybaczać niezrealizowanie listy. Ja wciąż się tego uczę.

Niektórzy twierdzą, że robienie list ogranicza lub wręcz zabija spontaniczność. Uwierzcie – nie zabija, wręcz przeciwnie, potrafi tę spontaniczność pobudzić, bo robi dla niej miejsce. Dzień zaplanowany to dzień dobrze zagospodarowany, a dobrze zagospodarowany to dzień, w którym jest miejsce na wiele rzeczy, na przestrzeń zawodową, prywatną i intymną. Listy pomagają pilnować harmonii, ale też przypominają: nie każdego dnia harmonia jest możliwa. Jeżeli jest ogromnie dużo spraw do załatwienia, widać to na liście – i łatwiej zrozumieć, pogodzić się, przetrwać zapchany robotą okres; albo przeciwnie, stwierdzić, że za dużo tego dobrego, coś trzeba przeformułować. Najlepiej za pomocą listy.

Bo nic tak nie pomaga ogarnąć własnych list, jak lista zarządzania listami. To taka listowa wyższa szkoła jazdy.

 

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.