„O choinko” śpiewały dzieci z Bullerbyn. „O Tannenbaum” to jedna z moich ulubionych kolęd (a fakt, że jest po niemiecku, tylko dodaje jej uroku). Zagubiony w Nowym Jorku Kevin staje się szczególnie mi bliski pod koniec filmu, gdy wędruje przez pół miasta, by znaleźć choinkę. Bez choinki to żadne święta – zgadzam się z nim w stu procentach.

Choinka jest dla mnie najwyraźniejszym, najpiękniejszym i najbardziej podstawowym symbolem tych świąt. Zakup choinki to impreza rodzinna, nawet jeśli każdy kupuje dla siebie. Ubieranie jej – coś, co lubię zostawiać na ostatnią chwilę, tuż przed Wigilią – to najlepsze potwierdzenie, że tak, że już, że wreszcie święta.

Na pierwszą Gwiazdkę we własnym mieszkaniu kupiłam sobie choinkowego olbrzyma – niemal dwumetrowe drzewo, które owinęłam i ozdobiłam wszystkim, co miałam pod ręką (na wzór choinek z dzieciństwa). W kolejnym roku przeskoczyłam w drugą skrajność – zauroczyła mnie mała, licząca jakiś metr choineczka, niska, za to rozłożysta; okręciłam ją dwoma sznurkami lampek i powiesiłam tylko trochę bombek. Wyglądała jak baletnica. Odtąd zachwyt małymi, grubaśnymi choinkami tkwi we mnie mocno, więc obecnie wysoka choina nie ma szans. Jestem przekonana, że to właśnie te małe, całe w światełkach i z minimalną liczbą ozdób, tworzą najlepszy klimat, najbardziej grudniowo-gwiazdkową atmosferę i przyciągają oko.

Ubieranie choinki – nawet w skromny strój – bywa nie lada wyzwaniem. Kto nigdy się nie zaplątał w kable, nie zaklął przy sprawdzaniu stu lampek, by odkryć, że dopiero sto pierwsza była przepalona i dlatego pozostałe nie chciały świecić, nie stłukł bombki, nie złamał piernikowej zawieszki, nie władował sobie choinkowych igieł w oko lub nie rozlał wody pod drzewkiem – ten nigdy nie obchodził świąt porządnie. W ubieranie choinki wpisana jest domowa minidestrukcja, nerwy, pretensje i złości, chaotyczne poszukiwanie (gdzie są ozdoby z zeszłego roku i czemu ktoś je tak kretyńsko schował, i kto ośmiela się sugerować, że to ja je tak schowałam?), walka z przestrzenią, której jest za mało, i z igłami, których jest za dużo, amatorskie operacje drzewno-plastyczne (pociągnij tę gałąź bardziej w lewo, czubek wyprostuj, przytnij tu, dognij tam… no i masz, nadal jest krzywa, łysawa z jednej strony i nierówna z drugiej), a przy tym wszystkim jednocześnie – niesamowita zabawa. I ulga, i duma, i wielka radość, gdy choinka wreszcie jest gotowa, wystrojona i uśmiechnięta.

Dziś, jak wspominałam, za najpiękniejsze uważam choinki w samych lub niemal wyłącznie samych lampkach. Tkwi w tym upodobaniu jeszcze jedna bardzo osobista przyczyna: otóż bez soczewek jedynie te lampki jestem w stanie zobaczyć; lampki, a dokładniej – światełka, które moje krótkowzroczne oczy bez wsparcia szkieł widzą w formie dużych, kolorowych bombek świetlnych, z postrzępionymi świetlistymi końcówkami. Naprawdę, możecie zazdrościć krótkowidzom: spora wada wzroku pozwala oglądać choinkowe światełka w tak niezwykłych, pięknych formach!

Uwielbiam zasypiać przy choince i budzić się przy niej – to kolejny element tworzący niesamowity świąteczny klimat: wszystkie światła wyłączone, cisza, ciemność, a w samym sercu tej ciemności – ona. Rozświetlona wielokolorowymi lampkami choinka. Czysta magia.

Między świętami a sylwestrem choinka podtrzymuje i umacnia świąteczny klimat; najwyraźniej się to czuje, jeśli weźmie się na te dni urlop i mimo zakończonego Bożego Narodzenia nadal można się wylegiwać na kanapie, w fotelu albo na podłodze obok świecącego drzewka. Mnie się zwykle udaje załatwić wolne w pracy w tym okresie, więc mogę się nacieszyć choinką do woli.

Po Nowym Roku choinka stanowi odprężające wspomnienie świątecznego lenistwa, rozczulające ślady zawieszenia codzienności, podtrzymujący na duchu zastrzyk energii, gdy w pracy pojawiają się kolejne i kolejne ponoworoczne rzeczy na wczoraj (chociaż, przyznaję, czasem spojrzenie na choinkę w momencie wyjątkowego ataku „na wczoraj” potrafi nieźle zdołować. Tydzień temu o tej porze leżałam pod kocem, patrzyłam na lampki, czytałam, a teraz muszę się znów ścigać z czasem! A kolejne choinkowe lenienie się dopiero za rok! No cóż, to dowodzi, że nawet choinka ma swoją ciemną stronę…).

Niestety olbrzymie przywiązanie do choinek niesie za sobą także pewne problemy. Mój jest bardzo prosty i chyba dość często spotykany: otóż bardzo długo odkładam rozebranie i wyniesienie choinki. Mam takie dziwne wrażenie, że dopóki jest ona w domu, dopóty jakieś resztki – albo raczej resztki resztek, albo nawet wspomnienie po resztkach resztek – świąt, a w związku z tym także odpoczynku i spokoju, wciąż są obecne. W efekcie na rozstanie się z choinką decyduję się czasami dopiero wtedy, gdy naprawdę obecność bożonarodzeniowego drzewka zaczyna być obciachem – na przykład między marcem a kwietniem, zanim nadejdzie Wielkanoc. Choinka i pisanki to jednak trochę za dużo szczęścia.

W tym roku moja choinkowa miłość przechodzi ciężki okres: z powodu remontu nie mam w mieszkaniu miejsca na tę uwielbianą metrową choinkę. Musiałam się z tym pogodzić, posunęłam się nawet do ostateczności – kupiłam sztuczną, liczącą sobie kilkadziesiąt centymetrów, w zasadzie ładną, ale… no, sztuczną. Sztuczna choinka – obraza mojej wizji Gwiazdki, bolesny cios dla wyczekiwanego świątecznego klimatu. W sztucznej choince jest coś tak smutnego, że zwyczajnie się przy niej popłakałam.

Ale, ale, ostatecznie nie jest tak źle: wprawdzie mój partner kompletnie nie rozumie, dlaczego mam taki problem z zieloną fałszywką, do której doklejono srebrny łańcuch i jakieś czerwone korale (jarzębinę?), ale rozumie, że mam problem – więc w ramach prezentu pod choinkę kupił mi prawdziwą choinkę. W doniczce. Jest niewiele większa od tamtej sztucznej, za to ma prawdziwe, kłujące igły, pachnie tak, jak powinno pachnieć bożonarodzeniowe drzewko, i jest po prostu śliczna. Stoi na stole, trudno. Ale jest.

(Swoją drogą, zachodzę w głowę, czemu sama nie wpadłam na możliwość zakupu takiej w doniczce – może dlatego, że nigdy nie miałam do czynienia z równie małymi, a może moja rozpacz z powodu braku miejsca na upragnioną choinkę przez chwilę całkowicie przesłoniła mi świat? No nic, nieważne – ważne, że mam moją podstawę świąt).

Po cichu obiecuję sobie odbić tę choinkową wstrzemięźliwość w przyszłym roku, gdy już zakończę remont – wtedy będę miała trzy choinki! Jedną w salonie, drugą w sypialni, trzecią w gabinecie. A jeśli remont za mocno da mi w kość, to czwartą wstawię do przedpokoju, piątą do łazienki, szóstą do kuchni, a siódmą przed drzwiami wejściowymi. Co będę sobie żałować!

W każdym razie trzymam się twardo swojej wersji: choinka jest podstawą Bożego Narodzenia (przynajmniej takiego obchodzonego po świecku, jako święto rodzinne, a nie religijne), jest kwintesencją świątecznej atmosfery i najpiękniejszą częścią całej Gwiazdki (ex aequo z prezentami). Warunek dodatkowy – musi być prawdziwa. To jest mój przepis na udane święta.

Każda z Was ma pewnie własny przepis. Bez względu na to, co się w nim znajduje, życzę Wam, by wszystko się udało. Radosnych świąt, zdrowia, uśmiechu i świetnych prezentów!

Oraz, oczywiście, przepięknej, rozświetlonej choinki. 

Barbara Popiel.

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.