W całym koronawirusowym szaleństwie, w jakim się znaleźliśmy, próbuję – jak wielu – ocalić coś dla siebie. Ocalić coś z mojego miasta, którego normalnego, codziennego rytmu coraz bardziej mi brakuje.

Paradoksalnie, jak się okazuje, podczas tego zamknięcia z powodu „pandemii” można odkrywać własne miasto na nowo. Można sobie przypominać wybrane przestrzenie, uświadamiać sobie ich ważność, doceniać, czym były wcześniej i dostrzegać, jak bardzo nie chce się ich stracić. Każdy ma swoje własne miejsca w danym mieście; miejsca, które stanowią swoiste punkty zakotwiczenia, zaczepienia, przywiązania. Gdzie wróciłabyś najpierw, gdybyś mogła już wyjść z domu – bez obaw, bez maseczki, bez sprawdzania, który to etap „odmrożenia”? Czego by Ci zabrakło, nad którym pustym, zamkniętym miejscem byś zapłakała? Gdzie jest Twoje osobiste, prywatne miejsce w mieście – Twoje własne miejsce szczecińskie? W codziennym biegu można się tak do niego przyzwyczaić, że nawet się go nie zauważa – jest przecież tak oczywiste, tak codzienne właśnie, tak pod ręką. Ale gdy nastąpi tymczasowe zawieszenie – bo wyjazd, bo choroba, bo ograniczenia – możesz je sobie przypomnieć. Możesz je na nowo dostrzec i znów odkryć. A możesz się po prostu po raz kolejny utwierdzić w przekonaniu, że to właśnie jest to Twoje miejsce – Twoje miejsce w Twoim mieście, swoiste centrum, własnowolnie ustanowiona „stolica miasta”. Tak, możesz mieć takie punkty. Ja je mam.

Moje trzy miejsca szczecińskie, o trzech stopniach „odkrywczości”. Ukochana księgarnia, uwielbiana herbaciarnia, ulubiona piekarnia. Miejsce od dawna uznane za moje, miejsce odkrywane na nowo, miejsce dopiero poznawane. Moje miejsca szczecińskie, o które zahaczam myślą, gdy myślę o Szczecinie – i bez których myśl o Szczecinie byłaby niepełna.

Moja ukochana księgarnia. Kluboksięgarnia Fika, moja baza między aleją Fontann a placem Lotników. Fika, do której zaglądam niemal nałogowo, choćby po to, by przez chwilę pobyć wśród tych półek, wśród tych książek. Ile razy moje zakupy, moje spacery, moje spotkania zawierały dopisek (na papierze lub w głowie) „zajrzeć do Fiki”? Ile razy nie zawierały tego dopisku, a i tak zaglądałam?

To taki odruch, naprawdę, gdy jakieś miejsce staje się absolutnie Waszym miejscem w mieście: zajrzeć choćby na moment, przynajmniej zwrócić wzrok w tamtą stronę, gdy się jest gdzieś w okolicy. Najlepiej jednak – zajrzeć, wejść, posiedzieć. Chodzę do Fiki często bez konkretnego książkowego celu, w ogóle bez celu, tak po prostu, jak do znajomej; z reguły jakaś książka sama mnie znajdzie, a jeśli nie, to i tak nie szkodzi. Lokalne księgarnie kameralne są nie tylko po to, by kupować w nich książki; są też po to, by te książki po prostu poczuć, by z nimi poprzebywać, by nacieszyć się atmosferą, której nie znajdzie się w wielkich sieciówkach. Spowolnienie tempa, głębszy oddech, chwila czytelniczej intymności? Tylko w kameralnej księgarni da się to odnaleźć.

A jeśli jeszcze odnajdzie się tam dobrego kompana – tym lepiej. W kameralnych księgarniach księgarze to nie sprzedawcy towaru; to towarzysze czytelniczych poszukiwań, przeżyć i wrażeń. W Fice znalazłam, jak sądzę, przyjaciółkę; moje wizyty są efektem potrzeby kontaktu i z książką, i z Małgosią, i z atmosferą, jaką tworzy ona w swojej księgarni. Herbata, książka, rozmowa, kręcenie się wśród półek – zapisane, brzmi to banalnie; przeżywane – jest jedyne w swoim rodzaju.

W czasie ostatnich tygodni, gdy w szczególnie trudnej sytuacji znalazły się małe biznesy, odwiedzałam Fikę również z niepokojem: czy to moje szczecińskie miejsce jest dalej, wciąż obecne, i czy z powodu durnego wirusa nagle nie stracę czegoś, co na mojej prywatnej mapie miasta należy do najważniejszych punktów. Świadomość, jak bardzo coś jest dla Ciebie ważne, potrafi boleć – zwłaszcza gdy dołącza się do tego myśl, że można to utracić.

Mam też uwielbianą herbaciarnię – jedno z pierwszych samodzielnie wybranych „moich miejsc miejskich”, jeszcze w czasach studiów, a potem trochę zapomniane, zaniedbane. Śmieszna sprawa, że swoistym bodźcem, by porządnie powrócić, stała się właśnie obecna sytuacja. Fanaberia, ta „republika rozmaitości” na deptaku Bogusława, moja herbaciana mekka, lokal, który przyciąga, ile razy tamtędy przechodzę. W Fanaberii ponownie okrywam przeróżne herbaty, przypominam sobie, jak wspaniale jest sprawdzać zawartość kolejnych puszek i jak smakowite może być ryzyko wyboru czegoś zupełnie nieznanego.

Fanaberia to taka reaktywacja mojego miejsca szczecińskiego; reaktywacja, która przypomniała mi, jak bardzo herbatoholik potrzebuje swojego zaufanego zakątka, w którym zawsze zrozumieją jego teinowe uzależnienie. Kameralna herbaciarnia, podobnie jak kameralna księgarnia, to miejski ewenement; znajdziesz u siebie jedną, może dwie, i to jest wielki powód do radości – albo nie znajdziesz żadnej i uwierz, że to dowodzi, jak ubogie i smutne musi być Twoje miasto. Miasto bez lokalnej księgarni jest martwe, miasto bez lokalnej herbaciarni jest pozbawione smaku.

Piekarnie, również te lokalne, mają łatwiej – w końcu chleb jedzą niemal wszyscy, codziennie, różnych ilościach. Jednak znaleźć piekarnię, w której Twoje ukochane ciasto jest dokładnie takie, jakie być powinno – o, to wcale nie jest proste. Zwłaszcza jeśli to szarlotka. Jabłecznik stoi na każdej wystawce – mniej lub bardziej gumowy, z przypieczonym lub rozmiękłym spodem, z suchą lub przesłodzoną górą, z jabłkami przypominającymi galaretkę albo zakalec. Różnie bywa, nie zliczę, na ile rodzajów jabłecznika trafiłam i ile z nich okazywało się rozczarowaniem. W czasie wirusowego zamknięcia poziom zapotrzebowania na coś słodkiego zdecydowanie wzrastał (chyba nie tylko u mnie, prawda?) i zupełnie przypadkiem doprowadził mnie do piekarni Bagietka z boku deptaku Bogusława, a w Bagietce – do półki, na której wdzięczyła się szarlotka. Nie jabłecznik, nie ciastowate ciasto z gumową masą jabłkową – lecz właśnie szarlotka. Tak pyszna, że nie wiem, jak jeszcze udaje mi się zmieścić w drzwiach, jeśli się weźmie pod uwagę, ile już zdążyłam jej pochłonąć. Tak pyszna, że na prywatnej mapie miejskiej oznaczyłam sobie Bagietkę jako kolejne „moje miejsce szczecińskie” – bo szarlotka świetnie mi pasuje do gorącej, mocnej herbaty z Fanaberii i wciągającej książki z Fiki.

W czasie wirusowego zamknięcia łatwo zgubić te „swoje miejsca” w mieście, łatwo o nich zapomnieć; i łatwo, jak się może okazać, nie mieć gdzie wrócić po „odmrożeniu”. Nie tylko dlatego, że jakieś lokale mogą zostać zamknięte, lecz także dlatego, że można je zwyczajnie przegapić, można ich nie dostrzec, można je odsunąć na bok jako nie tak ważne (przecież to tylko jakaś księgarnia, tylko jakaś herbaciarnia, tylko jakaś piekarnia), jako te, które mogą na nas poczekać, aż sytuacja wróci do normy. Jednak powrót do normy to często też powrót – zupełnie bezrefleksyjny i automatyczny – do starych kolein, wcześniejszych nawyków, standardowego „braku czasu na życie”. Może się okazać, że nasze miejskie miejsca, odsunięte na czas pandemii na bok, oznaczone etykietką „na później”, mogą zniknąć z naszej osobistej mapy miasta na zawsze. Będą stały i działały tam, gdzie dotąd – ta sama aleja, ten sam plac, to samo „za rogiem” – tylko my już nie będziemy potrafili odnaleźć do nich drogi. Już – a może ponownie.

 

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Prorektor ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.