Sentyment wybiela złe wspomnienia – to niezaprzeczalny fakt; sprawia, że po latach pewne kiepskie rzeczy urastają do miana kultowych, pomimo tego, że miały masę wad podważających sens ich istnienia. Tak jest również w przypadku samochodów, a mowa tu o sławnym bohaterze „Powrotu do przeszłości”.

 

Może wydawać się to dziwne, ale kultowe dziś auto nie było wcześniej takim obiektem pożądania jakim jest dziś. Powstawało w wielkich bólach i nie miało szczególnie dobrej opinii wśród użytkowników, ale zacznijmy od początku…

 

Na początku jest jak zwykle marzenie; cel który trzeba urzeczywistnić i przystąpić do jego realizacji. Takie marzenie miał John Z. DeLorean – szef inżynierów z General Motors, który w 1973 roku postanowił porzucić ciepłą posadę w amerykańskim koncernie na rzecz stworzenia własnego pojazdu i tym samym pokazać, że da się produkować auta niezależnie od wielkich producentów.

 

Miał to być projekt rewolucyjny i przełomowy; mający wstrząsnąć rynkiem samochodów za sprawą technologii i stosowanych materiałów, a na to (jak się można domyślić) były potrzebne duże pieniądze.

 

DeLorean dostał wprawdzie solidną odprawę od GM, lecz nawet w połączeniu z odłożonymi oszczędnościami nie była ona w stanie pokryć połowy tego, co było potrzebne do rozwinięcia własnej produkcji.

 

Dużym problemem było też ulokowanie miejsca dla przyszłych zakładów. W początkowych planach DeLorean rozważał umiejscowienie swojej fabryki w Puerto Rico i Irlandii Północnej. Ostatecznie wybór padł na ziemie pod brytyjskim protektoratem, gdzie konstruktor mógł liczyć na wsparcie finansowe zasilające jego przyszły projekt.

 

Jeśli już o projekcie mowa, to pierwsze przymiarki do modelu DMC-12 miały miejsce pod koniec lat 70-tych, wtedy to pierwszy graficzny concept opracował słynny włoski projektant Giorgietto Gugiaro. Nadwozie, które wyszło spod jego ręki było wzorowane na… statkach kosmicznych – za taką formą był sam DeLorean. Chciał, aby jego samochód futurystycznymi kształtami podbił amerykański rynek, a ten był dość specyficzny jeśli chodziło o importowane samochody.

 

Nowa fabryka DMC w Danburry nie posiadała jeszcze rozwiniętego zaplecza konstrukcyjnego, dlatego w opracowywaniu auta pomagała brytyjska firma Lotus, mająca już doświadczenie w produkcji sportowych samochodów – model DMC-12 miał się właśnie do nich zaliczać.

 

Sportowe zacięcie samochodu przejawiało się w niskiej sylwetce typu coupe, otwieranym ku górze drzwiom tzw. gullwing i silnikowi umieszczonemu z tyłu. Kabina, jak w każdym sportowym aucie, była dość przestronna tylko dla dwóch osób. Z tyłu pozostawiono miejsce dla, jak to się wyraził DeLorean, „kijów golfowych kawalera, który wymyślił ten samochód”.

 

Pojazd zapowiadał się obiecująco, lecz rozwiązania forsowane przez twórcę DMC nie wpływały korzystnie na parametry techniczne i jakość wykonania. Począwszy od nadwozia, które było włóknem szklanym pokrytym nierdzewną blachą, a skończywszy na takich banałach jak uszczelki w drzwiach; samochód był siedliskiem wszelkich usterek.

 

Najbardziej awaryjnymi były elektronicznie otwierane drzwi, które nie raz potrafiły uwięzić siedzących w środku pasażerów, a podczas jazdy w deszczową pogodę sprawiały, że do kabiny wlewała się woda.

 

Nadwozie, pomimo tego że miało ładną sylwetkę, matowiało i było narażone na najdrobniejsze zarysowania. Początkowo w samochodzie chciano montować silnik z Citroena CX, lecz dysponował on zbyt małą mocą. Ostatecznie zastosowano jednostkę powstałą we współpracy firm Peugeot, Renault i Volvo. Silnik o pojemności 2,85 litra i mocy 132KM rozpędzał DMC-12 do 210 km/h.

 

Umieszczenie z tyłu silnika argumentowano lepszym rozłożeniem masy, lecz nie uchroniło to samochodu od problemów z prowadzeniem. Samochód zarzucało na zakrętach, aby zniwelować te przeszkody na tylnej osi zastosowano szersze ogumienie. DMC-12 od samego początku nie miał łatwo…

 

Skąd wzięła się nazwa DMC i co oznacza liczba 12? DMC jest skrótem od nazwy fabryki DeLorean Motor Company. Liczba 12 miała rzekomo oznaczać cenę auta wynoszącą 12 tysięcy dolarów – wydaje się to mało prawdopodobne i zbyt optymistyczne ponieważ produkt z fabryki w Dunmurry osiągnął cenę 28 tysięcy dolarów w wariancie podstawowym.

 

John DeLorean snuł wizje zakładające produkcję 25 tysięcy samochodów rocznie, co dawało by 600 maszyn tygodniowo, lecz rzeczywistość boleśnie zweryfikowała te plany. Fabrykę opuszczało tylko 40 maszyn tygodniowo (w następnych latach wskutek zwiększenia nakładów pracy tą liczbę podwojono); na domiar złego sprzedaż samochodu była znikoma – nikt nie interesował się „samochodem znikąd” o nieugruntowanej reputacji.

 

Nie pomagała tu nawet kampania reklamowa i testy przeprowadzane przez dziennikarzy ówcześnie najbardziej poczytnych czasopism motoryzacyjnych – na aucie nie pozostawiano suchej nitki.

 

Rząd brytyjski, który wspierał fabrykę Amerykanina coraz częściej kręcił nosem na całe przedsięwzięcie. Ostatecznie zakręcił kurek z pieniędzmi pozostawiając DeLoreana z masą długów. Fabryka zaczęła gwałtownie tracić płynność finansową.

 

Wizjoner by ocalić swoje marzenia zaczął imać się nie do końca legalnych interesów, a nawet handel narkotykami, przez które miał niemałe problemy grążące więzieniem… Ostatecznie DeLoreana oczyszczono z wspomnianych zarzutów i uniewinniono.

 

Niemniej jednak, całe zdarzenie nadszarpnęło nieco jego wizerunkiem, co dołożyło kolejną cegiełkę do i tak nikłej sprzedaży…  Przez niecałe 3 lata zdołano wyprodukować tylko 8000 tych aut; w pierwszych roku sprzedano kilkanaście z nich. Z powodu braku środków fabryka upadła, lecz dla samego samochodu ratunek przyszedł 2 lata później za sprawą… Hollywood.

 

W roku 1985 na ekranach kin pojawił się film „Powrót do przeszłości” w reżyserii Roberta Zemeckisa z Michaelem J. Foxem i Christopherem Lloydem w rolach głównych. Widownia oszalała. Przygody Marty’ego McFly’a i profesora Browna zawładnęły sercami widzów stając się zaczątkiem do stworzenia całej filmowej trylogii. Dużą rolę w tym filmie odegrał… samochód Johna Z. DeLoreana, który „wcielił się” w machinę czasu.

 

Za sprawą kina świat dowiedział się o DMC-12. Fani filmu zaczęli kupować niechciany samochód tworząc na jego podstawie repliki wehikułu stworzonego przez filmowego profesora Browna.

 

Maszyna stopniowo, przez lata, zaczęła urastać do miana „kultowej” – ten status jest utrzymywany do dziś, a model DMC-12 należy do najrzadszych i najbardziej poszukiwanych aut na rynku.

 

Sporo firm oferuje wprawdzie tańsze repliki budowane na rozmaitych podwoziach, ale najbardziej cenione są oryginalne auta.

 

Wedle różnych pogłosek, sam John Z. DeLorean ubiegał się o to, by to właśnie jego samochód dostał „angaż” w wspomnianym filmie. Wcześniej producenci rozważali „bardziej pospolity” pojazd jakim był Ford Pinto; ostatecznie jednak ulegli i przystali na prośby DeLoreana.

 

„Powrót do przyszłości” niewątpliwie przyczynił się do popularności samochodu. Z finansowego punktu widzenia była to popularność nieco przebrzmiała, lecz wpisała produkt DeLoreana do annałów historii motoryzacji.

 

Patrząc chłodnym okiem na DMC-12 nie da się nie dostrzec jego wad, ale ten samochód ma coś w sobie, co wywołuje uczucie przyjemności i chęci posiadania jednego z nich. Co to powoduje? Może oryginalny i nietypowy design, a może po prostu… zwykły sentyment.

 

Autor: Dominik Wiśniewski

 

zdjęcia: domena publiczna

 

Dominik Wiśniewski – dziennikarz i fotograf.  Fan motoryzacji i historii wojskowości. Nie obca mu literatura i sztuka – zarówno tych wyższych jak i niższych lotów. Czasami szyderczy i lekko stronniczy. Niepoprawnie polityczny kinomaniak i miłośnik podróży wszelakich.