MOŻE FISTASZKA?

Zawody czytelnicze, o których ostatnio pisałam, to jedna strona czytelniczego medalu. Jest jednak jeszcze druga, o wiele lepsza, przyjemniejsza i radośniejsza: czytelnicze zachwyty. I całe szczęście, bo to właśnie one są podstawą udanego życia maniakalnego bibliofila.

Po czym można rozpoznać zachwyt czytelniczy? Między innymi po tym, że książka bardzo szybko (czasem już od pierwszego zdania) przyciąga Cię do siebie na dobre, niczym magnes. Trudno ją odłożyć. Niekoniecznie czyta się ją szybko – są takie teksty, które wręcz zmuszają do dłuższych przerw pomiędzy kolejnymi rozdziałami czy akapitami – ale za to samo czytanie przypomina jedzenie czegoś wyjątkowo pysznego. W ogóle nawet zwykła myśl o tej książce wywołuje wrażenia podobne do degustacji czegoś niezwykle smakowitego w ekskluzywnej restauracji. A perspektywa powrotu do danego tytułu lub sięgnięcia po kolejną część (gdy to seria) sprawia, że czujesz podniecenie jak przed bardzo obiecującą randką.

Na dobrą sprawę każdy ma swoje indywidualne objawy zachwytu czytelniczego; na mój składają się przede wszystkim wymienione powyżej elementy. Ten indywidualny charakter zachwytu to jeden z największych pozytywów samego zjawiska – różni ludzie mogą go przeżywać po swojemu.

Jako zdeklarowana bibliopatka – czyli osoba uzależniona od czytania i kupowania książek – zachwyty czytelnicze przeżywam co jakiś czas, w różnym natężeniu. Jedne pozostają ze mną krócej, drugie dłużej, jeszcze inne powracają okresowo. Od września w stanie długotrwałego zachwytu czytelniczego utrzymują mnie „Fistaszki” Charlesa M. Schulza.

Podobno wiele osób pamięta „Fistaszki” z dzieciństwa, ewentualnie z wczesnej młodości. Ja nie. Kojarzę kilka pasków, widzianych chyba głównie w Internecie, i obrazków Snoopy’ego. Gdy kilka miesięcy temu kupowałam sobie piżamę ze Snoopym, kojarzyłam tylko „to ten pies z jakichś komiksów”, a czegoś żółtego, co trzymał w łapach, nawet nie potrafiłam rozpoznać (przepraszam cię, Woodstock).

Pierwszy tom (lata 1981–1982) kupiłam parę tygodniu temu, trochę w ciemno, po wstępnym przekartkowaniu i podczytaniu kilku historyjek. Zachwyciło, wciągnęło i uzależniło mnie od razu. Odtąd gdy tylko zajrzę do Kluboksięgarni Fika, od razu sprawdzam, czy nie ma już nowej części. Na razie mam cztery tomiska i prawdopodobnie będę musiała polować na wcześniejsze „Fistaszki” gdzieś na Allegro, bo w normalnej sprzedaży nie są dostępne. Nic dziwnego.

Każdy tom „Fistaszków zebranych” to wszystkie komiksy z wybranych dwóch lat; każdy komiks to jeden pasek z czterema kadrami (czasem nawet jest ich mniej) plus niedzielna dłuższa forma: trzy paski, kilkanaście obrazków. Bohaterowie – dzieci, pies, ptaki. Historie – szkolne perypetie, nieszczęśliwe miłości, przegrywane mecze baseballowe, psie oczekiwanie na miskę z karmą. Brzmi banalnie, prawda? Ale uwierzcie (ci, którzy jeszcze „Fistaszków” nie czytaliście): to naprawdę potrafi oczarować i wywołać czytelniczy zachwyt.

Chyba przede wszystkim chodzi o humor. Lubię humor językowy, humor nieco absurdalny, smakujący trochę Monty Pythonem, a trochę Bareją. Wprawdzie „Fistaszki” to zupełnie inny obszar kulturowy i całkowicie odmienni bohaterowie, jednak klimat zdecydowanie zbliżony. Przychodzi mi jeszcze do głowy określenie „humor egzystencjalny” – i ono chyba najlepiej oddaje sens fistaszkowych dowcipów. Jeśli ktoś umie i lubi się śmiać z rzeczy nie do końca zabawnych, w zasadzie oczywistych, niekiedy boleśnie życiowych, a mimo to niepozbawionych elementu humorystycznego – w świecie Schulza odnajdzie się szybko i łatwo.

To również kwestia bohaterów. W „Fistaszkach” dorośli pozostają nieobecni – są tylko dzieci i inne stworzenia. Dorosłych nie ma, w każdym razie nie w kadrze; pojawiają się „w offie”, za kadrem, w rozmowach i wspomnieniach bohaterów, nigdy jednak nie wchodzą w relację z czytelnikiem. Najśmieszniejsze, że w gruncie rzeczy… wcale nie są potrzebni. Kraina „Fistaszków” jest krainą właśnie dzieci (i innych stworzeń) oraz ich problemów – problemów, w których dorosły czytelnik odnajduje się jednak doskonale (może nawet lepiej niż czytelnik dziecięcy?). Niezdarny Charlie Brown z marudząco-leniwą siostrą Sally; Peppermint „Sierżant” Patty, królowa dwój z minusem, i jej nieodłączna przyjaciółka Marcie, z którą łączy mnie „kompleks nudnej okularnicy” („kompleks nudnej okularnicy” tkwi gdzieś w trzewiach nawet dobre dwadzieścia lat później, mimo soczewek, dziesięciu kilogramów mniej i trzynastocentymetrowych szpilek, więc sorry, Marcie, łatwo się go nie pozbędziesz; ale jestem pewna, że będziesz świetną trzydziestolatką, chciałabym cię kiedyś zaprosić na herbatę i babski wieczór do przegadania); Lucy, która zrzędzenie ma zapisane w DNA, a jednocześnie próbuje odgrywać femme fatale przed obiektem swoich uczuć (ten zaś w najlepszym wypadku to ignoruje, a w najgorszym – tłucze swą wielbicielkę małym fortepianem. Dobrze, Lucy, że wrzuciłaś mu raz ten fortepian do pralki); Linus i jego Kocyk (duża litera zamierzona), czyli komiksowe podsumowanie „Neurotycznej osobowości naszych czasów” Karen Horney; Snoopy, którego mój pies, dzięki wam, bogowie, nie przypomina ani trochę, a już na pewno nie myśli o mnie per „dzieciak z okrągłą głową”; żyjący we własnym świecie (mocno wysadzanym kaktusami) Spike; i cala reszta gromady, pojawiająca się i znikająca, tak mocno zindywidualizowana, że nie sposób pomylić jednej osoby z drugą, nawet jeśli fizycznie są do siebie dość podobne.

To wreszcie kwestia rysunków. Komiksy czarno-białe przemawiają do mnie o wiele bardziej niż kolorowe (może to efekt kilkuletniej miłości do japońskiej mangi, która z zasady była czarno-biała?); kreska Schulza jest realistyczna, a zarazem na tyle upraszczająca, że naprawdę można odbierać poszczególne obrazki jako percepcję dziecka. No i ta umiejętność zamknięcia całej historii w czterech kadrach (czasem nawet w mniejszej liczbie) – to naprawdę jest sztuka.

Uwielbiam szkolne historie z Peppermint Patty, nad którą wisi swoiste fatum dwój z minusem (choć sama sobie na to fatum wytrwale pracuje) i z Marcie, która czasem potrafi świetnie podsumować działania przyjaciółki, czasem zaś najzwyczajniej w świecie narobi jej i sobie obciachu („Przynosisz mi wstyd, gdziekolwiek cię zabiorę, Marcie…”).

Ogarnia mnie pełne współczucia rozbawienie, gdy obserwuję nieudane wysiłki małego kapitana Browna, by zmobilizować baseballową drużynę do walki – a to po prostu syzyfowa praca: Lucy śpi, żuje gumę lub „kawałek rzeczywistości wpada jej do oka”, Snoopy podjada lub zwyczajnie nie łapie piłki, sam Charlie zaś na prośbę: „Wznieśmy okrzyk motywacyjny!” dostaje w odpowiedzi: „Jeszcze nie jesteśmy ostatni!”. No i jak w takich warunkach grać?

Żyjący na pustyni wśród kaktusów Spike to dla mnie mistrz przystosowania się do niesprzyjających warunków i żywy dowód na to, że odrobina wyobraźni może uratować psychikę (albo pomóc jej bezboleśnie się skrzywić). Walne zebrania Klubu Kaktusa. Gra w koszykówkę z kaktusem. Mieszkanie w kaktusie (nawet da się palić w piecu!… znaczy, w kaktusie). Nocne zwierzenia na kaktusowe ucho. Kaktusowe głosowanie (wszystkie ręce… kolce… cokolwiek… w górę!). Nieważne, o czym pomyślisz, Spike i kaktus sobie z tym poradzą.

Mam sporo sympatii do Sally – która naprawdę nie rozumie, dlaczego miałaby się uczyć czegokolwiek, najchętniej siedzi przed telewizorem na swojej poduszce, a największy wysiłek życiowy podjęła, gdy do motta „Co za różnica?!” dorzuciła „Kogo to obchodzi?!”. I do Lucy – marudzącej, zrzędzącej, krytykującej i czepiającej się, Lucy, która przestała się modlić o cierpliwość, bo „jeszcze by ją otrzymała”, Lucy, która bez zafundowania sobie codziennej dawki krytyki (skierowanej pod adresem kogoś innego, oczywiście) nie może spokojnie zasnąć. Lubię Molly Volley, która wrzeszczy: „Przestań myśleć o tym, jaka jestem gruba!”, ale na rozgrywki tenisowe przynosi paczkę ciastek, a potencjalne konflikty rozwiązuje krótkim: „Czekaj, przejdę na drugą stronę siatki” (i, w domyśle, przyłożę ci w łeb – taktyka Molly jest może mało subtelna, za to na pewno skuteczna, bo po takim zdaniu przeciwnik tenisowy od razu przyznaje, że piłka była za siatką, przed siatką, pod siatką czy jak tam sobie Molly chce). Uśmiech wywołuje nawet Tapioca Pudding, skupiona głównie na opowiadaniu, jak to za dziesięć lat dzięki takiemu imieniu i nazwisku jej twarz znajdzie się na wszystkich możliwych pudełkach płatków i innych artykułów spożywczych. Lubię je wszystkie, bo zupełnie nie pasują do wizji „grzecznych dziewczynek”, bo mają wady – wady tak bardzo dziecięce i dorosłe zarazem – bo mogę myśleć o nich nie jako dzieciach, lecz jako pewnych typach, które w mniejszym lub większym stopniu znam z własnego życia. Lubię je, bo tak bardzo się starają, by nie dało się ich lubić – i są w tym całkowicie bezpretensjonalne, naturalne i takie… „niechcący”. Lubię je, bo mają charakter (lepszy, gorszy, ale własny). Pewnie na żywo zadusiłabym je w ciągu pięciu minut, ale w „Fistaszkach” uwielbiam obserwować, jak inni się z nimi męczą. (A może wcale bym nie zadusiła? Może często śmiałabym się do rozpuku, czasem podziwiała, a niekiedy nawet naśladowała? W końcu wyłamanie się z „grzecznej dziewczynki” to nie jest łatwa sprawa).

„Fistaszki”. Ciągle mnie zastanawia ten tytuł i nie dziwię się Schulzowi, że go nie cierpiał; a jednocześnie nie umiem sobie wyobrazić lepszego. Dla rzeczywistości, w której żyją, te dzieciaki są trochę jak fistaszki – orzechów na świecie dużo, kto by zwracał na nie uwagę, kto by się przejmował, jeśli jeden wypadnie, drugi się połamie, a trzeci zostanie zdeptany? Kto, poza najbliższym otoczeniem? A i ono potrafi dołożyć człowiekowi (nawet własna siostra, własny brat, własny pies). Przykro mi, Charlie, Patty, Marcie, Linus – wasze sportowe rozczarowania, edukacyjna nieudolność, ciamajdowatość, złamane serca i niedocenione głoszenie prawdy okołoreligijnej (Wielka Dynia!) nic nikogo nie obchodzą. Poza wami i kilkoma innymi fistaszkami, przepraszam, dzieciakami. I gromadą czytelników-wielbicieli, którzy z zapartym tchem śledzą wasze losy. Tylko nie myślcie, że czytelnicy dobrze wam życzą – bardzo was lubią, to prawda, ale najlepiej się bawią i najgłośniej się śmieją wtedy, gdy wam coś w życiu (znowu) nie wychodzi. Przykro mi.

Może to też część fistaszkowego fenomenu? Usprawiedliwiony śmiech z cudzego pecha. W końcu to komiks rozrywkowy. Ale „Fistaszkom” nie da się również odmówić pewnego psychologicznego pazura, odrobiony (ba, oceanu!) weltschmerzu i świetnego uchwycenia spraw, które mimo upływu tylu lat nadal pozostają aktualne. Czytanie „Fistaszków” to niezła lekcja dystansowania się – do własnych problemów, zawodów, dołów. Skoro Charlie, „Sierżant” Patty, Marcie, Sally, Lucy czy Linus mimo wszystko idą dalej – ty, człowieku dorosły, też możesz. Dasz radę.

A w najgorszym razie – bądź jak Spike. Przytul kaktusa.

Charles M. Schulz, „Fistaszki zebrane”, przeł. M. Rusinek, lata 1981–1982, 1983–1984, 1985–1986, 1987–1988.

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.