NAJLEPSZY NIEUDANY KRYMINAŁ ŚWIATA

Czytelniczo weekend upłynął mi pod znakiem powtórki wybranych tomów pewnej serii powieściowej. To nie była pierwsza powtórka. Ani trzecia. Ani nawet piąta. Gdybym miała policzyć, ile razy w ciągu ostatniej dekady sięgałam po te książki, wyszłaby mi tak oszałamiająca liczba, że pewnie spadłabym z krzesła.

Czytałam (po raz enty) serię „Kot, który…” Lilian Jackson Braun, wydaną dziesięć lat temu przez „Gazetę Wyborczą”. Pamiętam, że pierwsza część, zatytułowana „Kot, który czytał wspak”, bardzo mnie urzekła. Nie przewidziałam jednak – bo i kto mógłby przewidzieć – że późniejsze tomy staną się moją stałą odskocznią od codziennych nerwów, napięcia i zmęczenia psychicznego.

 

„Kot, który…” to teoretycznie kryminał. Teoretycznie. Są morderstwa, rodzinne i pozarodzinne tajemnice, zabójcy, których tożsamość trzeba odkryć oraz pewien dziennikarz-detektyw interesujący się sprawami, które do niego nie należą. Wydawałoby się, że to świetny zestaw na detektywistyczną opowieść. W praktyce sprawa wygląda inaczej: jako kryminały „Koty” są bowiem kiepskie, choć trudno dokładnie wyjaśnić, skąd się bierze to wrażenie. Pozornie wszystkie wymagane elementy się pojawiają; a jednak czegoś brakuje, tego czegoś, co wypełnia historie Agathy Christie o Poirocie i pannie Marple, Gilberta Keitha Chestertona o księdzu Brownie, Arthura Conana Doyle’a o Sherlocku Holmesie czy Georges’a Simenona o komisarzu Maigrecie. Długo nie mogłam zrozumieć, skąd się bierze takie wrażenie, dlaczego z każdym kolejnym tomem coraz bardziej nie potrafię się przejąć zagadką morderstwa, a pytanie „kto zabił?” nie powraca do mnie co pięć minut. Co więcej, nie potrafiłam też wyjaśnić, dlaczego owa „kryminałowa kiepskość” wcale nie zniechęca do czytania i nie przeszkadza. Dopiero gdy przyznałam sama przed sobą: guzik mnie obchodzi warstwa kryminalna, to się świetnie czyta jako powieść obyczajową o małym miasteczku, w którym żyje zapalony bibliofil i jego dwa koty! – dopiero wtedy uświadomiłam sobie, w czym rzecz. Owszem, to nieudane kryminały – za to bardzo udane historie obyczajowe, tak udane, że czytelnika przestaje interesować wątek detektywistyczny. Autorkę chyba też – stąd pojawiające się w dalszych częściach wyjaśnienia i rozwiązania trochę na zasadzie deus ex machina, jakby sama Braun wpychała morderstwa do fabuły na siłę, byle tylko utrzymać się w kategorii „kryminały” i dać bohaterowi (a przede wszystkim jego kotu) okazję do wykazania się detektywistycznymi umiejętnościami.

 

Jeśli zignorujemy zatem napis „Dobre kryminały” na okładce i odpuścimy sobie oczekiwanie powtórki z „Dziesięciu Murzynków” czy „Morderstwa w Orient Expressie”, dostaniemy zwyczajnie dobrą opowieść o małym miasteczku i jego mieszkańcach, oglądanych oczami Jamesa Qwillerana, pięćdziesięcioletniego dziennikarza i pisarza, miłośnika książek oraz niewolnika dwóch kotów syjamskich (w tym jednego z niecodziennymi, choć niedowiedzionymi naukowo zdolnościami). Qwilleran (dla przyjaciół Qwill) mieszka w Pickax w Moose County, „czterysta mil na północ od wszystkiego”, jak mawiają miejscowi, pisze felietony do lokalnej gazety, spotyka się z kierowniczką miejskiej biblioteki, przyjaźni się z gromadą ciekawych i sympatycznych (lub mniej sympatycznych, za to tym bardziej malowniczych) ludzi, a w wolnych chwilach próbuje wytropić prawdę na temat niektórych wydarzeń w mieście. W tej działalności wspiera go Koko, tytułowy kot, który… który potrafi wiele niekocich i nietypowych rzeczy (na przykład umie wyczuć czyjąś śmierć, przewidzieć zagrożenie czy grać w Scrabble tak, by naprowadzić człowieka na właściwy ślad w śledztwie. Brzmi wariacko, wiem. Qwilleran też to wie, dlatego o zachowaniach Koko opowiada tylko kilku osobom, co do których ma pewność, że nie uznają go za szaleńca).

 

Qwilleran ma wszystko, czego potrzeba, by wieść spokojny, beztroski i dający satysfakcję żywot: pracę, którą lubi, bliskich i wiernych przyjaciół, ukochane koty, potężną bibliotekę pełną interesujących książek, wspaniałe mieszkanie oraz masę pieniędzy (odziedziczonych po zwariowanej ciotce i przekazanych utworzonej przez spadkobiercę fundacji, która inwestuje w rozwój miasta). Na co dzień największe zmartwienia Qwilla to: do której restauracji zabrać przyjaciół na obiad lub kolację; co dać kotom do jedzenia (jaśnie syjamczyki nie tkną bowiem gotowego kociego jedzenia, oczekują czegoś lepszego); o czym tym razem napisać felieton; co podarować bliskim na święta; którą książkę poczytać dziś kotom na dobranoc. Tę sielską atmosferę od czasu do czasu przerywają poważniejsze sprawy: wyciągnięcie miejscowego komendanta na szklaneczkę whisky, by wyciągnąć z niego nieoficjalne informacje o jakimś wydarzeniu; zbieranie miejscowych historii i legend do nowej książki lub sztuki; spór z ukochaną bibliotekarką Polly (głównie z powodu jej kota); no i jakieś morderstwo w okolicy, które warto byłoby samodzielnie rozwiązać.

 

Jeśli myślicie, że wygląda to na stek bzdurnych opowiastek o facecie, który nie ma prawdziwych problemów i któremu się we łbie poprzewracało, a całość brzmi co najmniej nieprzekonująco – jesteście w błędzie, i to sporym. Jeśli coś się Braun naprawdę udało, to właśnie oddanie klimatu małego miasteczka wypełnionego indywidualnościami i antyindywidualnościami, w którym wszyscy znają wszystkich i o wszystkich wiedzą wszystko (lub niekiedy jeszcze więcej), a problemy codzienne i banalne mieszają się z problemami niecodziennymi i niebanalnymi.

 

Dzięki temu „Kot, który…” niesamowicie odpręża (mówię o tomach od piątego wzwyż; do pierwszych czterech, w których Qwill jeszcze nie mieszka w Pickax, w ogóle nie chce mi się wracać), urzeka, bawi i wciąga. Aż człowieka ogarnia zazdrość – samej chciałoby się żyć w takim Moose County, znać takich ludzi i celebrować rzeczywistość małego miasteczka. Chciałoby się mieć tyle pieniędzy co Qwill, żeby się o nic nie martwić, mieć tak pięknie urządzony dom, tak wielką bibliotekę i tyle czasu dla siebie, na robienie tylko i wyłącznie tego, co człowieka naprawdę pasjonuje. I mieć czas na czytanie – dużo, dużo czasu na czytanie, na spokojne, relaksujące wieczory z rodziną (koty też się zaliczają do tej kategorii) oraz na przyjemne, wesołe spotkania ze znajomymi. Jednym słowem – chciałoby się mieć czas na życie, czas dla siebie, bez ciągłej gonitwy, bez deadline’ów, bez wrażenia, że ważne sprawy i relacje ciągle lądują na drugim (trzecim, piątym, dziesiątym) planie kosztem codziennej bieżączki pełnej „na już, zaraz, wczoraj”.

 

Tu właśnie tkwi wyjaśnienie zarówno mojego zachwytu ową serią, jak i wielokrotnych powtórek: to swoisty pean na cześć książek, zwierząt (zwłaszcza kotów, ale dla psów też się znalazło miejsce) oraz życia bogatszego, pełniejszego i wolniejszego niż to, na jakie bardzo często możemy sobie pozwolić. Po „Koty” sięgam przeciętnie dwa-trzy razy w roku w większych dawkach (kilka lub kilkanaście tomów pod rząd) albo wielokrotnie w mniejszych (jedna część co jakiś czas). Wracam do nich w święta, gdy chcę poczuć świąteczne lenistwo; w wakacje, gdy szukam lektury wspierającej moje próby relaksu; w weekendy po intensywnym tygodniu roboczym, gdy mózg chce przy czytaniu odpocząć i się rozerwać; w czasie choroby lub złego humoru, gdy potrzebuję pocieszającej myśli, że gdzieś jest takie Pickax, w którym żyje Qwill z Koko i Yum Yum, w wielkim składzie jabłek przebudowanym na mieszkanie, z masą książek i bez codziennych kłopotów. Ta myśl mnie uspokaja i poprawia mi humor. Wprawdzie ktoś może powiedzieć, że Qwill i Koko, i Yum Yum, i Pickax, i ludzie z Moose County to tylko literacka fikcja – ale co z tego? Siła tej literackiej fikcji jest tak ogromna, że broni się przed jakimkolwiek zarzutem fikcyjności. W końcu dać się uwieść książce to święte prawo czytelnika – i w tym wypadku nie waham się z tego prawa skorzystać.

 

(Zresztą, jeśli mam być szczera, wolę wierzyć, że istnieje taki Qwill i Koko, niż mieć pewność, że istnieją niektórzy ludzie, o których nie mam dobrego zdania).

 

Nie wiem, czy namówię Was do przeczytania „Kota, który…” Lilian Jackson Braun; nie wiem w gruncie rzeczy, czy jest to w ogóle moim celem. Jeśli coś chciałabym tym tekstem osiągnąć, to obronić prawo do powtórkowego czytania, bo taki powrót do znanych książek ma nie tylko swoją wartość, lecz także sporo uroku. A do tego, jak pokazuje przykład „Kotów”, książki pod jednym względem nieudane pod innym mogą się okazać bardzo udane, nawet – doskonałe. Czasem wbrew założeniom autora i oczekiwaniom czytelników. Co też bywa urzekające.

 

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.