NAPRAWDĘ ŚWIŃSKI TERROR DOMOWY

Czy byłyście kiedyś terroryzowane w domu? Przez domowego terrorystę niewiele większego od otwartej dłoni, z miękkim futerkiem, czterema (widocznymi) zębami i bez ogona? Przez wykarmionego własną ręką uroczego futrzaka, który – gdy coś mu się nie spodoba – zamienia się w kwiczącego, skaczącego, gryzącego, wywracającego do góry nogami dom (ten swój, drewniany), rozwalającego jedzenie po żwirku i po prostu robiącego małą apokalipsę potwora rodem z „Archiwum X”? Bez zmiany rozmiarów, bez wychodzenia z klatki, bez szczególnego wysiłku. Tak między karmą, sianem a marchewką, nieco od niechcenia. Za to skutecznie.

Jeśli macie świnkę morską, istnieje spore prawdopodobieństwo, że mniej albo bardziej odnajdujecie się w tym opisie, a ściślej – odnajdujecie swoje świnki morskie i Wasze relacje z nimi. Powiedzmy sobie bowiem szczerze: świnka morska jest jednym z najlepszych dowodów na to, że rozmiar nie ma znaczenia. Małe to, nisko zawieszone przy ziemi, wygląda jak skarpetka z doszytymi wąsikami i łapkami, które nieraz giną pod brzuszkiem (albo ja mam za grubą świnkę, też możliwe). Wydawałoby się, że mało które zwierzę będzie równie delikatne, łagodne i strachliwe. A tu suprajs.

Określenie „świnka morska” nieźle oddaje pokrętny charakter tego stworzenia: zestawienie paradoksów, zaskoczeń i niespodzianek, których  nikt się nie spodziewa. Ja również podczas adoptowania świnek byłam przekonana, że to takie słodkie, śmieszne, nieporadne i w ogóle. Będzie siedzieć cicho w klatce, czekać na łaskawe głaski, dziękować za każdy okruszek jedzenia i oddawać się niemej adoracji mnie, Człowieka, Który Je Karmi.

Z naiwności wyleczyłam się dość szybko – a odkąd mój prosiek został wdowcem i siedzi w klatce sam, zaczął mi tak dawać do wiwatu, że już nigdy nie uwierzę w najbardziej niewinne i urocze spojrzenie kota ze „Shreka”. Zresztą ów animowany kot to pikuś przy moim Qwillu, który niejednego ogra mógłby przegonić.

Tresura świnki morskiej – w sensie tresowania człowieka przez świnkę morską – zaczyna się już od rana. Wstałaś z łóżka, średnio przytomna, głodna, niezbyt świeża i w stanie ogólnie wskazującym na przepracowanie, przemęczenie i niedospanie? Nic to – świnka morska zaraz Cię ustawi do pionu! Najpierw kilka kwiknięć rozgrzewających (w wolnym tłumaczeniu: „Co tak późno wstajesz, leniwa sługo?”). Potem jedno mocne, stentorowe KWIknięcie – oznacza mniej więcej: „Żreć, teraz, zaraz, natychmiast!”. A potem cała kanonada kwiknięć, syknięć, prychnięć i pisknięć. W ich dosłowny sens nie wnikam, ale podejrzewam, że dużo tam słów, za które małe świnki dostają od mam po uszach, bo „grzeczne prosiaczki tak nie mówią”. Hm, być może. Za to duże prosiaczki tak wrzeszczą.

Potem wielka chwila poranna: otwierasz lodówkę, by zrobić sobie śniadanie. Świnki morskie są inteligentne i szybko się uczą, więc wystarczy zaledwie kilka odpowiednich sytuacji, by na zawsze skojarzyły sobie dźwięk otwieranych drzwi lodówki z marchewką, rzodkiewką, sałatą albo innym warzywno-owocowym dobrem, które stamtąd pochodzi. Od tej pory nie ma zmiłowania: ile razy otworzysz lodówkę, usłyszysz serię kwików. Nadal nie rozgryzłam, czy więcej w nich jęczenia „Pamiętaj o mnie, jestem głooodnyyy!”, czy oburzonego wołania „Złodzieje, włamują się do moich zapasów warzyw i owoców!”. Nie wiem. Wiem tylko, że zwykle podczas otwierania lodówki mam wrażenie, jakbym dokonywała włamu stulecia. I do tego za każdym razem zostaję przyłapana. I okwiczana.

A nie dajcie bogowie, jeśli rzeczywiście wyciągnę warzywa – dla siebie. Świnki morskie mają świetny węch – sałatę, rzodkiewkę czy inną jadalną zieleninę wyczują na kilometr. Gdy więc rano robię sobie kanapki z rzodkiewką czy sałatą, obieram marchewkę albo kroję zielone ogórki, po salonie rozlega się świnkowy wrzaskoapel. I nieważne, że prosiek zawsze dostaje kawałki tych warzyw, a czasem i całą rzodkiewkę czy marchewkę – kwiczenie trwa, dopóki nie skończę jeść. Potem następuje cisza – jakby pełne niedowierzania oburzenie („No zeżarła mi resztę sama, barbarzyńska baba!”). A potem znów kwiki.

(Poza tym świnki to straszne kłamczuchy. Nieważne, ile taka świnka dostanie jedzenia – nawet z klatką wypełnioną po brzegi karmą, sianem i zieleniną będzie kwiczeć: „Nie karmili mnie od tygodnia! Nie, od miesiąca! Nie, w ogóle mnie nie karmią, więc daj ten plasterek zielonego ogórka, bo umieram z głodu!”).

Poranne czynności służebne – zmiana wody, nasypanie karmy, dołożenie siana – zostają przyjęte z wyniosłą łaskawością (czasem nawet da się prośka pogłaskać). Ale i tak jest pełno pisków i kwików, niekiedy obrażonych, bo jedzenie nie pasuje (nauczyłam się już kupować tylko jeden typ karmy, bo inne smaki jaśnie świnkowi nie przypadły do gustu, w związku z czym potrafił stawać na misce i wszystko z niej wyrzucać albo podejść do świeżo nasypanego jedzenia, obwąchać i wycofać się z fochem. Jeśli myślicie, że to koty są wybredne, sprawcie sobie świnkę morską. Kot przynajmniej strzela fochy elegancko i w ciszy. Prosiek funduje taką awanturę, że żałujecie dnia, w którym się urodziłyście na tyle głupie, by kupić niewłaściwy smak karmy). A czasem świnka kwiczy dla zasady lub dlatego, że naruszyłyście jej strefę intymną (czytaj: chciałyście pogłaskać na do widzenia przed wyjściem  z domu).

Nie wiem, co Qwill robi pod moją nieobecność – poza tym, że przestawia chałupę. To jedna z tych wyjątkowo niebywałych, komicznych i zarazem zaskakujących rzeczy: otóż świnki morskie lubią sobie przestawiać domki w klatce. Z początku można dostać zawału, gdy w cichym, spokojnym mieszkaniu rozlega się nagle łomot, stukanie i szuranie. Blada ze strachu, chwytasz jakiś pogrzebacz i ruszasz na poszukiwanie złodziei, morderców lub UFO, które właśnie chce się włamać. Rozglądasz się – i nic, pusto. Za to hałasy trwają. I nagle widzisz to, co się nie śniło nawet naszym filozofom: Twój prosiek w najlepsze podskakuje w swoim drewnianym domku i za pomocą własnej głowy, grzbietu oraz pupy przesuwa chałupkę w prawo, w lewo, do przodu, do tyłu, o dziewięćdziesiąt, sto osiemdziesiąt, a nawet trzysta sześćdziesiąt stopni. Najpierw oddychasz z ulgą, że to jednak nie włamanie, potem przerażasz się, że świnka ma jakiś atak, a potem… potem siadasz przed klatką z popcornem i oglądasz show. Bo to jest show. To, co świnki morskie potrafią zrobić ze swoim domkiem, zasługuje na poemat. Albo na analizę psychologiczną. W każdym razie gdy któregoś dnia po powrocie z pracy zastajesz ów świnkowy domek ustawiony na sztorc, tak że wejście uśmiecha się do nieba, na boku, przez co wygląda jak wyrzucony na brzeg morza wieloryb, albo do góry nogami, wskutek czego masz wrażenie, że pod Twoją nieobecność prosiek ćwiczy w klatce bardzo dzikie tango – dochodzisz do wniosku, że już nic Cię na tym świecie nie zdziwi. Jak się okazuje, rzeczywiście nic – dopóki Twoja świnka nie wymyśli kolejnego ustawienia domku, kompletnie sprzecznego z prawami logiki i grawitacji, a jednak możliwego.

Gdy człowiek wraca z pracy, pies wita go radosnym szczekaniem, merdaniem ogonem, tańczeniem wokół, skakaniem, przytulaniem się i całą masą innych sygnałów z serii „Wróciłaś, świat znów istnieje!”. Świnka wita człowieka kwiczeniem. Trochę w tym obrazy, że gdzieś bezczelnie polazłaś – zamiast dostarczać nieprzerwanie zieleninę. Trochę niezadowolenia, że wróciłaś (i znów naruszasz strefę intymną, gdzie z tymi łapami się pchasz do futerka!). Trochę ogólnego focha, żeby nie wyjść z wprawy i żebyś nie miała za dobrze. Minimalne odpuszczenie win, gdy wyjmiesz zieleninę z lodówki albo przyniesiesz świeże liście z ogrodu. Ale poza tym nie przeszkadzaj. I nie przestawiaj domku, wstrętna babo, świnka cały dzień ciężko pracowała nad postmodernistyczną aranżacją wnętrz, a Ty przyłazisz i wszystko klasycystycznie psujesz!

Do wieczora jest spokój (o ile nie otwiera się lodówki). Wieczorem powtórka z porannej rozrywki. Przynajmniej masz rozgrzewkę przed tym, co Cię czeka zaraz po pobudce.

Gorzej, jeśli w planie dnia pojawia się sprzątanie klatki. Świnki morskie nie lubią wprawdzie brudnych klatek, ale sprzątanie też ich nie uszczęśliwia, bo oznacza, że zostaną wyjęte z tej swojej przestrzeni i umieszczone gdzieś na przeczekanie. Zwykle jako „przeczekankę” wykorzystuję transporter albo ręce partnera. I tak źle, i tak niedobrze, świnka jest zła. Za to gdy wraca do klatki – świeżo wyczyszczonej, z nowym żwirkiem, wymytymi miskami, jednym słowem: do klatki, która przeszłaby test białej rękawiczki – jest… no, kto zgadnie? Tak, też zła! Bo w traumie po wyjęciu, rozbita czekaniem na rękach, które ją głaskały lub w transporterze, w którym miała spokój i smakołyki. Nie podziękuje – na to nie licz. Za to stanie na brzegu miski, tak by połowę karmy wywalić na (czysty, dopiero nasypany!) żwirek, albo pójdzie pod poidełko, by zostawić tam kilka świeżych bobków. Bo nie ma to jak nowy bobek pod wodopojem. To takie małe świńskie motto. I choćbyś nie wiem jak się naharowała przy sprzątaniu, wiesz dwie rzeczy. Po pierwsze, prośkowi nigdy nie dogodzisz. Po drugie – służba zrobiła swoje, służba może odejść. I gdzie znowu z tymi łapami do futra, bezczelu.

Są też takie chwile, gdy świnka morska potrafi wywołać w człowieku wyrzuty sumienia i poczucie, że jest się sadystycznym bydlęciem: podczas przycinania pazurków. Pazurki prośków rosną dość szybko, a do tego się zakręcają, więc bez regularnego podcinania zwierzak może mieć problemy z chodzeniem.

Tak jak niejedna właścicielka (niewolnica) świnki morskiej, podcinam te pazurki sama. Robota ciężka i niewdzięczna, do tego wymaga dwóch osób, co powoduje dodatkowe problemy. Mój partner wprawdzie trzyma prośka podczas podcinania, ale ciągle narzeka, że przeze mnie prosiek go znielubi, bo będzie sobie kojarzył „ten facet mnie trzyma przy cięciu pazurów – ten facet robi mi krzywdę”. Muszę się więc mierzyć i z niezadowolonym facetem, i z niezadowolonym świnkiem, i chwilami już naprawdę nie wiem, który jest na mnie bardziej obrażony. Jeden marudzi, drugi kwiczy. Świnkowe łapki są małe, palce jeszcze mniejsze, ustawienie ich tak, by uciąć pazur w odpowiednim miejscu, nie za blisko ciała, to robota wymagająca diabelnej precyzji i porządnego skupienia – a o to naprawdę ciężko, gdy dwa samce się foszą (a jeden dodatkowo wykręca się na wszystkie strony, jakby mu ktoś wnętrzności wypruwał. Tak, mówię o śwince). Po wszystkim facet jest wymęczony, bo się stresował stresem biednego zwierzątka, biedne zwierzątko ma traumę manicure’ową – i tylko ja jestem taka bez serca, bo się cieszę, że świnka nie będzie już konkurować z Freddym Kruegerem o tytuł króla zakrzywionego pazura.

Ale potem nadchodzi taki moment, gdy biorę świnka na ręce, a on wspina się na moje ramię i chowa we włosach (przypadkowa lekcja: świnki morskie lubią długie włosy). Wtula się w szyję, podgryza włosy, pomrukuje albo sympatycznie pokwikuje. I nagle wszystkie poprzednie niedogodności przestają być ważne, męczące czy irytujące. Myślisz: moja świnka morska się do mnie przytuliła, daje mi się miziać! Nawiązałyśmy kontakt! Teraz wszystko będzie dobrze, wręcz wspaniale, czułe zwierzątko, nić porozumienia, pełnia szczęścia i pokój na świecie! Już nic, nigdy i nigdzie nie będzie przeszkodą…

Aż do następnego dnia, gdy świnka funduje Ci standardową poranną musztrę. I wtedy właśnie zdajesz sobie sprawę, że to naprawdę wyrafinowany domowy terrorysta, który wie, kiedy przycisnąć, a kiedy pogłaskać. I do tego – szczyt przebiegłości – pozwala Ci myśleć, że to Ty głaszczesz.

To się nazywa świńska manipulacja.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.