NIE BĘDĘ HEFALUMPEM

Czy pamiętacie swojego wymyślonego przyjaciela z dzieciństwa? Albo ukochaną maskotkę? Zabawkę, z którą się nigdy nie rozstawałyście, przytulankę, z którą prowadziłyście wielogodzinne rozmowy? Jakiś przedmiot, który – bez względu na jego absolutnie, niepodważalnie nieożywioną naturę – był dla Was żywy, pełen uczuć, bliski i w każdej chwili gotowy do interakcji?

Pamiętacie? Jesli tak, to dobrze. A co byście zrobiły, gdyby ten wymyślony przyjaciel, ta ukochana maskotka – gdyby ten „martwy przedmiot” stanął dziś przed Wami, już tak kompletnie dużymi, i powiedział: „Jak ty dorosłaś, dorosłeś…”?

Miałam w dzieciństwie ukochaną maskotkę – królika, swoją drogą zielonego (czemu?, jak? – nie przyszło mi do głowy pytać, wówczas i różowa kaczka rodem z koszmaru surrealisty by mnie nie dziwiła ani nie prowokowała do dociekania, jakim cudem akurat ten kolor, skoro w przyrodzie nie występuje. Potem dorosłam. Różowe kaczki i zielone króliki przestały być obiektem zachwytu, stały się powodem do pytania „dlaczego”, i to „dlaczego” będącego nie pytaniem poznawczo-zgłębiającym, lecz marudzeniem fochniętej rzeczywistości. Miałam zatem jako dziecko zielonego królika imieniem Truś; towarzyszył mi niemal przez cały czas (co było widać – świeży i czysty zielony materiał szybko zrobił się poszarzały i pobrudzony). W którymś momencie Truś zniknął – powędrował na półkę z maskotkami trzymanymi już tylko z sentymentu, jeszcze później gdzieś trafił – nawet sama nie wiem, gdzie, czy został przekazany jako dar dla biednych dzieci, czy wylądował w śmietniku. Raczej więc nie przyjdzie teraz do mnie i nie powie: „Jak ty dorosłaś”. I wiecie co? Dziś, jako baba po trzydziestce – ogromnie tego żałuję.

Jesli macie niezłą intuicję lub znacie najnowsze kinowe nowości, pewnie się domyślacie, co sprowokowało temat tego felietonu – tak, zgadza się, film „Krzysiu, gdzie jesteś?”, na który wybrałam się pod koniec sierpnia. „Kubuś Puchatek” był jedną z moich ukochanych książek z dzieciństwa; najpierw czytała mi ją mama (aż miała dość, bo ciągle domagałam się powtórek), potem czytałam sama, potem pojawiły się telewizyjne dobranocki w postaci przygód Kubusia i przyjaciół. A potem… a potem dorosłam i gdy już się stałam na tyle dorosła, by potencjalne oskarżenia o bycie dziecinną mieć w bardzo głębokim niepoważaniu, książkowy „Kubuś” znów do mnie powrócił. Gdy zobaczyłam zapowiedź filmu, od razu wiedziałam: muszę to obejrzeć.

Na seans zabrałam matkę (trochę w ramach tradycji naszych babskich wypadów, a trochę w ramach zadośćuczynienia za lata męki, czyli czytania mi w kółko tego samego). Mamie film się podobał. Ale to ja kilkukrotnie się na nim rozbeczałam.

Nie chcę Wam opowiadać samego filmu, nie chcę go też na poważnie recenzować. Podobał mi się ogromnie, choć oczywiście nie uniknął typowo hollywoodzkich zagrań, disnejowskiej sztampy i banalnego przesłania „miłość, rodzina, wrażliwe uczucia oraz szlachetność są najważniejsze i zawsze popłacają”. No trudno, to kino familijne, to Disney, to prawo tego gatunku. Mimo wszystko – film naprawdę urzeka.

I to – co istotne – urzeka nie tylko spotkanie z Kubusiem. Obdarowanie Krzysia – Krzysztofa Robina – przeszłością po „przeszłości z Kubusiem” było zdecydowanie dobrym posunięciem. W kilku obrazach – wyjazd do szkoły z internatem, śmierć ojca, ciężka nauka, spotkanie wielkiej miłości, udział w (zakładam, że pierwszej) wojnie światowej, powrót z frontu do żony i córki, która jeszcze nie znała ojca (w chwili wyjazdu młodego żołnierza pani Robin jest w ciąży), ciężka praca po wojnie – w tych kilku obrazach pokazano przeciętnego, dość typowego człowieka, który w jakimś momencie przyjmuje niczym dekalog podział na „dziecinne” i „dorosłe”, utożsamia to drugie z harówką, wyrzeczeniami, powagą, wreszcie – staje się takim dorosłym, na którego on sam jako dziecko patrzył jak na kosmitę. Pamiętacie „Hooka” z Robinem Williamsem? Gdy dorosły Peter opowiada starej już Wendy, na czym polega jego praca, ona mówi ze zgrozą: „Piotrusiu… ty stałeś się piratem”. Nic dziwnego, że dawni towarzysze zabaw początkowo wzięli Krzysztofa za hefalumpa, a jego bezpośredniego przełożonego nazwali (nie tylko z powodu zbieżności nazwisk) wuzlem.

A właśnie, dawni towarzysze zabaw… W lalkach zwierzaków początkowo nieprzyjemnie uderzała mnie ich „wyszarzałość”, podniszczenie – pasowało to do czasów dorosłego Krzysztofa, ale nie do czasów małego Krzysia, wtedy przecież zabawki powinny być nowe i świeże (jak z kreskówki Disneya). Dopiero teraz, gdy pisałam o moim wybrudzonym zielonym króliku, uświadomiłam sobie: Kubuś, Prosiaczek, Tygrysek i reszta nie miały być prawa nowe, świeże ani czyste nawet za czasów małego Krzysia. Możliwe, że Krzyś, jak później Madeline, otrzymał je w spadku po swoich rodzicach; ale jeszcze bardziej możliwe i uzasadniające owo wyblakłe, wytarte oblicze zabawek, jest inne wyjaśnienie: te zabawki po prostu były używane, służyły do zabawy od samego początku, intensywnie, były towarzyszami wielkich wydarzeń małego dziecięcego świata, wydarzeń, które brudzą, drą i miętoszą. Ich stan świadczy o tym, że Krzyś nie trzymał ich na półce, by bezczynnie ozdabiały pokój, lecz wraz z nimi eksplorował Stumilowy Las, sprawdzał własne granice, przeżywał różne doświadczenia. Tak jak ja i mój zielony królik, którego nie tylko sadzałam obok siebie podczas posiłków, lecz którego również dokarmiałam (tym, co sama lubiłam) – więc siłą rzeczy musiał Truś mieć uświniony (wybacz, Prosiaczku) pyszczek.

Wracając jeszcze na chwilę do postaci ludzkich: cieszę się, że Krzysztof Robin miał córkę i to właśnie ona stała się zarówno spadkobierczynią zabawek ojca, jak też kolejnym dzieckiem w Stumilowym Lesie. Oczywiście, naturalnie, jasne i nie zaprzeczam: wychodzi tu na wierzch mój straszny, betonowy, dżenderowy demon, który mówi: potrzeba nam ciekawych postaci kobiecych, nie tylko męskich. Potrzeba nam przypominania, że nie tylko chłopcy, lecz również dziewczynki mają swój niezwykły świat dzieciństwa, wciągające zabawy, ważne przygody i poważne problemy. Madeline, ucząca się pilnie, by dostać się do wymarzonej przez ojca szkoły, zmagająca się z bólem z powodu porzucania przez tatę (bo praca) lub narzucania jego woli (szkoła, książka na dobranoc), wyruszająca wraz z gadającymi pluszakami w niebezpieczną podróż do Londynu, by dostarczyć rodzicowi ważne dokumenty – ta Madeleine jest świetną dziecięcą bohaterką, w której coś dla siebie mogą znaleźć inne dziewczynki (również te większe).

A teraz zróbmy wszyscy rachunek sumienia i powiedzmy sobie szczerze: którą, którego z nas nasze dawne maskotki, wymyśleni przyjaciele i inne ukochane przedmioty z dzieciństwa mogłyby nazwać ze zgrozą hefalumpem lub wuzlem? Kto odpowie „mnie”, powinien błyskawicznie pójść na „Krzysiu, gdzie jesteś?”. Wygrzebanie zabawek z dzieciństwa też mile widziane.

Czasem niestety zasługuję na miano hefalumpa lub wuzla; pochlebiam sobie, że czasem, ale kto wie, co powiedziałby na ten temat zielony Truś. Nie wiem, czy uda mi się go znów spotkać (choć jeśli sądzić po losach zabawek z filmu, nic nie ginie, za to potrafi samo wrócić). Gdyby to się jednak gdzieś, kiedyś, jakoś udało, to może Trusiowe wrażenia nie byłyby aż tak złe. W końcu ratują mnie trzy rzeczy: wciąż czytam książki dla dzieci, nadal pamiętam ukochaną maskotkę z dzieciństwa i ciągle beczę jak dzieciak na filmie o pluszowych maskotkach. Jest dla mnie nadzieja.

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

foto: Pixabay