Nasza pewność siebie jest napędzana i doładowywana za każdym razem, kiedy mamy rację. Bez racji nie byłoby rozwoju. Ktoś miał rację, zakładając, że drucik w słoiku może świecić. Ktoś inny, że kilkadziesiąt ton uniesie się w powietrzu. Lubię mieć rację. Wszyscy lubimy ją mieć. W sprawach ogromnej wagi lub zupełnie błahych. Nie mieć racji nie lubi nikt, zwłaszcza ci, którzy byli przekonani, że „z tej wysokości nic mi się nie stanie”.

Z tego co pamiętam, rację miałem już na etapie wczesnoszkolnym. Nie zgadzałem się z rodzicami, na przykład w kwestii systematycznego uczenia się. Ilekroć przed zapowiedzianym sprawdzianem truli, żebym poczytał i się przygotował, tryumfalnie kwitowałem całą sytuację właśnie mówiąc „miałem rację!”. Jak? Najczęściej znając pytania, które się pojawią, czasem ściągając od innych a nieraz, zwyczajnie, mając fart. Tak, mogę powiedzieć, że przez większość lat „nauki” poziomu obowiązkowego prześlizgiwałem się i byłem w tym świetny. Teraz, kiedy kilka etapów kształcenia mam już za sobą, mogę śmiało powiedzieć – miałem rację. Patrząc na tę sytuację z innej perspektywy: co stałoby się, gdybym nie miał racji? Powtarzałbym klasę? Dostał pałę? W gruncie rzeczy nic, co dotkliwie by mnie skarciło.

Później rację miewałem wielokrotnie oglądając teleturnieje. Jak większość z nas doskonale znałem odpowiedzi na wszystkie pytania. Dosłownie. Kiedy jednak odpowiadałem źle, a zawodnik też się potykał, mówiłem – znów patrząc na wszystko z góry – że trzeba było przerwać grę i odejść z tym, co się wygrało. Banalne, co? Wszyscy jesteśmy mistrzami teleturniejów i zwykle mamy rację. Kiedy coś nam nie idzie, wygodnie zmieniamy kanał uznając w duchu, że „dziś to były wyjątkowo trudne pytania” albo klasycznie „mamy za wiele na głowie i jesteśmy rozkojarzeni”. Nic nam się nie dzieje w związku z tym, że nie mamy racji. Bohater odcinka, choć traci kilka wygranych groszy, też nie naraża się na potworne konsekwencje. Przecież przychodząc tam miał tyle samo w kieszeni czy na koncie, co teraz. Koniec końców – wszyscy jesteśmy bezpieczni.

Na sali sądowej jest już trochę więcej komplikacji. Dura lex, sed lex, mówią wszyscy, znów mając rację. Jesteśmy przecież narodem prawników i lekarzy samouków. Prawo nie działa wstecz, prawo jest dla wszystkich równe, etc. Gorzej, kiedy Temida, swym ślepym okiem, spojrzy na spór dotyczący nas samych, kiedy w wyniku rozprawy stracimy coś cennego. Czasem są to pieniądze lub uprawnienia, czasem ktoś bliski – na przykład dzieci. Wówczas jesteśmy rozgoryczeni i pewni, że zostaliśmy oszukani. Przecież mieliśmy rację, dlaczego system jest taki okrutny i nie widzi tego, co oczywiste! Robi się pod górkę, bo okazuje się, że racja – choć subiektywna – nie gwarantuje nam sprawiedliwości. Czego jeszcze nam nie gwarantuje?Przejdźmy do meritum. Jak to jest na drodze, kiedy prowadzimy? Co daje nam racja i dlaczego przez wzgląd na nią odpychamy zagrożenia w odległy kąt? Dlaczego zawierzamy swoje życie racji, o której Marszałek mówił, że „jest jak dupa, każdy ma swoją”?

Piszę o tym, bo kilkakrotnie zdarzyło mi się rozmawiać z ludźmi, którzy z uporem maniaka – gotując się przy tym niemiłosiernie – rozprawiali o tym, że jadąc „główną” mają pierwszeństwo. Że ten, kto wyjedzie im z podporządkowanej, będzie sprawcą i będzie musiał zapłacić za pogiętą blachę. Mieli rację, ale mogli zapłacić za to najwyższą cenę. Sęk w tym, że nie idzie tu o pogiętą blachę. To jest ta z „tych” sytuacji, w których racja może odebrać wam to, co najcenniejsze. Przez uparte trwanie przy swojej racji, możecie stracić życie. Wyobrażacie sobie sytuację, w której jadąc te dozwolone na krajówce 90 km/h, uderzacie w samochód, który włączył się do ruchu? Widzieliście na pewno setki filmów obrazujących wnętrze samochodu podczas zderzenia. Jak maja wyglądać ostatnie sekundy Waszego życia? Będzie krzyczeć w swojej głowie „Jak to!? Przecież miałem rację!”? Tak to sobie zaplanowaliście? Nie sądzę.

Ten argument do większości przemawia. Ich racja przychyla się do mojej i choć zgadzamy się, że z punktu widzenia przepisów, mamy rację (będąc na głównej) to racjonalnie będzie też zadbać o swoje życie, ot po prostu niedowierzając swojej racji na 100 %. Natomiast tym, którzy podczas wspólnych dyskusji, pomimo powyższej argumentacji popartej opisami ciał w kawałkach i zdjęciami z rosyjskiego Internetu, trwają przy swoim i łapiąc się brzytwy mówią, że sprawiedliwośc pozwoli ich rodzinom dochodzić ogromnych odszkodować przypominam, że Temida patrzy, ale ślepym okiem.

Autor: Bartek Zachaś

Bartek Zachaś – magister prawa, absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej, doktorant. Jego teksty o motoryzacji są poezją, symfonią  zmysłów, bo jak mówi: w każdym płynie krew z domieszką  benzyny … lub odwrotnie.