Ożeż kurde, znów pieprzony kac i postanowienie poprawy. We włosach brokat, w ustach … hmm, trudno to określić, w oczach obłęd. Po sylwestrowej łupance czas na tłukące się po głowie i chowane w jej kątach refleksje… No właśnie, o czym? Trochę jestem rozżalony, bo ktos co roku obiecuje koniec świata, cuda na kiju, koniec męki zwanej życiem. I znów dupa. Nic z tego. Musimy sie męczyć, obiecywać sobie czary mary i beznadziejnie leczyć zatrucie alkoholowe.

Noworoczne postanowienie przestać słuchać pierdów w telewizji i więcej czytać. Byłem nielicznym w gronie imprezowiczów z takim przemyśleniami, a było nas ze sześćdziesiąt głów. Inni byli bardziej oryginalni. Czarna, wysoka, w mini miała głębokie…marzenie przestać palić. Mówiła o tym śliniąc w ustach dymiącą faję. Inny zaś, o wyglądzie pączusia z dużą ilością nadzienia, rycersko zamarzył o diecie cud, takiej, żeby było dużo i smacznie. Wszystko po to, aby swoje krocze móc oglądać nie tylko w lustrze. O co k…wa chodzi ?!? Gdy to mówili, twarze spinały się, mięsnie drżały, a oczy zaciskały jak przy obstrukcji. Czemu do cholery styczeń musimy otwierać męczarnią?

Najgorzej mają ci, co chcieliby sobie coś postanowić, tyle że nie wiedzą, co. To jest dopiero koszmar. Po co to komu? A nie można by dla przykładu nic nie postanawiać? Ano nie można. Bo to ponoć porządkuje nasze życie – mości „kołczowie” tak nas uczą.  Takie okowy, nasze plany dają nam ramy, w których możemy się bezpiecznie poruszać.

Nie na darmo mamusia i tatuś od małego coś tam zakazują i nakazują. Te cienkie, czerwone linie naznaczają obszar dla nas właściwy. Ale czy jedyny? Gdy jesteśmy dziećmi, zdajemy się na rodziców. I spokój. Ale dziś, gdy mamy ze sto  lat, musimy zdać się na siebie i tu zaczynają się cyrki.

Bo na przykład jak się ma kryzys wiary albo zawodowy, to co? Nagle zmieniać wszystko? Zaczynać od nowa, obsikać nowy teren? Przesuwać linie? Zmienić restaurację? Rozwieść się czy może tylko poprzestać na kochanku? Zmienić płeć czy może tylko nałożyć ciuszki i nakleić makijaż? Jak już zmieniać to z polotem i hukiem!

Dochodzą jeszcze rozterki typu: a co powiedzą rodzice, dzieci, koledzy czy sąsiadka? No bo jak tu nagle zamiast męskiej teczki w ręku nieść różową torebusię. Co dzieci na nową mamusię? Czy mama i tata nie wpadną w depresję, jak stanę się ateistą lub, co gorsza, agnostykiem i nie pójdę na Trzech Króli do kościoła? Rzucić palenie to bułka z masłem przy tym.

Razu któregoś moja koleżanka powzięła sylwestrowe postanowienie: wyjść za mąż, a że jest osobą bardzo zdyscyplinowaną i obrzydliwie pragmatyczną (cholera, teraz tak sobie myślę, że nie wiem, dlaczego się z nią koleguję), mocno cisnęła na ślub swojego ówczesnego chłopaka. Biedak nie był pewien, ale chce to niech ma. Wyszła zgodnie z postanowieniem za mąż, a w kolejnym roku, również zgodnie z planem urodziła. I tak sobie planowała i realizowała. Dziś jest podwójną rozwódką, tego nie planowała. Mężom niestety brakowało spontana. Jej przykład leczy mnie z noworocznych postanowień.

Bo tak. Po pierwsze, człowiek zanim poweźmie, już ma stres, co. Po drugie, gdy już ma pomysł, zaraz musi się trudzić i obmyślać plan realizacji, miary, wagi analizy SWOT i SMART. Po trzecie, gdzieś tam w zakątku duszy czai się strach i kłucie w boku „co, jeśli znów nawalę?”

I po cholerę sobie to robić? Czy nie lepiej zwyczajnie obudzić się pierwszego dnia nowego roku, zapalić papierosa, spojrzeć na śpiącą, starą, ale jarą żonę w papilotach, napisać SMS do kochanki/ka, włączyć TV, iść na mszę i dać się sponiewierać starym przyzwyczajeniom?

A co do dawno niewidzianego, skrytego pod brzuchem krocza? Można zawsze zrobić zdjęcie. Nie należy się przecież ograniczać do oglądania w lustrze i przy okazji można wrzucić na tablicę.

Bez stresu, bez planu, wbrew wszystkim.

Spontanicznego Nowego Roku!!!

S.A.N.C