O NOWOROCZNYCH POSTANOWIENIACH SŁÓW (DOBRYCH) KILKA

Czy robicie noworoczne postanowienia? Dwie najczęstsze odpowiedzi brzmią: 1) robiłam kiedyś, ale nic (lub w większości nic) z nich nie wychodziło, więc sobie darowałam i już nie robię; 2) robię, ale z poczuciem winy zaprzeszłym i od razu przyszłym, bo w przeszłości nic (lub prawie nic) z nich nie wychodziło i jestem mniej lub bardziej przekonana, że w tym roku też nic (lub prawie nic) z nich nie wyjdzie. Czyli: nie sprawdziło się i porzuciłam temat lub nie sprawdza się, ale nadal próbuję, choć nie spodziewam się fajerwerków. Odpowiedzi trzeciej, która brzmiałaby: „nigdy nie robiłam”, nie bierzemy pod uwagę (bo zepsuje mi koncepcję tekstu. Zresztą skoro nie robiłaś i nie robisz, to może po prostu to nie Twoje klimaty, więc nie ma się co zmuszać, choć spróbować i sprawdzić, czy się spodoba, zawsze można). Odpowiedź czwarta…

Odpowiedź czwarta będzie trochę niepoprawna politycznie i zabrzmi: robiłam, robię i dobrze mi się to sprawdza. Dlaczego jest niepoprawna politycznie? Bo zgodnie z funkcjonującą od co najmniej kilku(nastu) lat w powszechnym obiegu opinią postanowienia noworoczne mają złą prasę. Są przedstawiane jako swoiste spisy naszego poczucia winy, wszelkiego rodzaju „powinnam, a dotąd nie robiłam, więc teraz wreszcie dokonam niemożliwego i zacznę robić” oraz „próbowałam i nigdy się nie udawało, ale może wreszcie nastąpi cud”, a także mieszanek „modne, zalecane, właściwe” i skrywanych „zawsze chciałam, ale przez ostatnich dziesięć / dwadzieścia / pięćdziesiąt lat nie pozwalałam sobie na taki luksus, więc może teraz”. Jednym słowem, są zwerbalizowanym ucieleśnieniem tego, co wręcz nie ma prawa wyjść, lecz ładnie wygląda na papierze w pierwszym dniu nowego roku i co powróci do nas w ostatnich dniach tego samego roku, by wywołać moralnego kaca pod tytułem „znowu się nie udało”, odrobinę łagodzonego ułudą „ale może w kolejnym roku się uda”. W gruncie rzeczy wcale się nie dziwię, że tak charakteryzowane postanowienia noworoczne cieszą się złą sławą. Odradzanie ich to zwykły instynkt samoobronny – w końcu kto by chciał na dzień dobry zatruwać sobie cały nowy rok? Ja na pewno nie. Was też o to nie podejrzewam.

Problemem jest właśnie ta cała nieszczęsna „zawartość” postanowień noworocznych. Gdyby odsiać to, co modne, naznaczone poczuciem winy i powtarzane od lat niczym mantra, to co by pozostało? Może sporo miejsca na to, na czym szczerze nam zależy, czego rzeczywiście potrzebujemy i co naprawdę chciałybyśmy zrobić w kolejnym roku swojego życia? Gdyby odłożyć na chwilę na bok świadomość „noworoczności” i ciążące nad nią wrażenie „skoro noworoczne, to musi być superhiperwypasione niczym sylwestrowa kreacja”, co zostanie – czy nie przypadkiem zwykłe pytanie o to, co warto zrealizować w niedalekiej przyszłości? Gdyby zamienić górnolotne i / lub ogólnikowe „będę szczęśliwa”, „schudnę”, „będę się rozwijać zawodowo” na konkrety, a te z kolei porozkładać na możliwie najmniejsze części pierwsze, możliwe, że obraz naszego roku 2018 stałby się naraz jasny, realistyczny i… mniej przerażający. Postanowienia noworoczne bowiem w swojej standardowej formie często przerażają – i nic dziwnego, skoro są wypełnione ogólnikami oraz wygórowanymi oczekiwaniami, a zarazem brak im przełożenia na codzienną praktykę.

Jestem przeciwniczką tradycyjnych postanowień noworocznych, w których nie słychać konkretnego człowieka i które mają tyle wspólnego z pytaniem „czego JA chcę”, ile ja z całkami (nie mam pojęcia, czym są całki. Wiem, że podobno są). Przerabiałam już taką formułę i dopisuję się do głosów mówiących: to nie wychodzi, nie udaje się, nic nie daje i tylko wywołuje później wyrzuty sumienia. Fakt, że nadal z początkiem stycznia spisuję jakiekolwiek założenia, wynika nie z mojej namiętności do list, tylko z wypracowania innej metody; choć może raczej powinnam powiedzieć, że to właśnie uwielbienie do robienia spisów wszelkiej maści i uzależnienie od nich zmusiło mnie do poszukania czegoś odmiennego, skuteczniejszego i sensowniejszego.

Owo „coś innego” nie jest wcale odkrywcze; to po prostu zmiana rozłożenia akcentów, wyćwiczenie większego skupienia na sobie (zamiast na atakujących z zewnątrz przekazach) oraz uwolnienie się od chronicznego poczucia winy. Zamiast klimatu „postanowienia noworoczne” uruchamiam w głowie klimat „przede mną kolejny rok życia, co fajnego, potrzebnego i dobrego chciałabym w nim zrobić?”. Zduszam sygnały zewnętrzne (modne jest bieganie i nordic walking, dieta wege / bezglutenowa / pięć do dwóch, a wszyscy wokół mają prawo jazdy); w zamian staram się zastanowić, na co naprawdę sama mam ochotę i jakie mam potrzeby (bieganie lubię i mam ochotę wrócić, ale na widok kijków dostaję głupawki; z diet interesuje mnie tylko ta, która pasuje do moich problemów zdrowotnych i nie da mi utyć, ale na trochę niezdrowego żarcia też chcę sobie czasem pozwolić; prawo jazdy w końcu muszę zrobić, bo jednak by się przydało, ale jeśli się w tym roku nie uda, tragedii nie będzie, ważniejsze jest zrobienie kilku kursów, na które mam ogromną ochotę). Wreszcie – przeganiam gdzie pieprz rośnie poczucie winy wywołane tym, że nie zrobiłam czegoś zaplanowanego na miniony rok (jak choćby wyższego certyfikatu z niemieckiego). Przyznaję, ta część jest najtrudniejsza i nadal ją z mozołem doskonalę, bo poczucie winy ma to do siebie, że gdy już raz człowieka dopadnie, nie chce odpuścić; jednak krok po kroku się udaje, niekiedy lepiej, niekiedy gorzej, a z upływem czasu nabiera się coraz większej wprawy. Nie, nie zrobiłam w zeszłym roku kolejnego certyfikatu, nie zorganizowałam sobie czasu na naukę, przygotowanie się i przystąpienie do egzaminu. Świat się nie zawalił. Nie jestem z tego zadowolona, ale trudno, nie przeskoczę. Wiem, dlaczego tak wyszło, wiem, na ile była to moja wina, a na ile zawiniły okoliczności zewnętrzne. Czy w tym roku nadal mi na tym zależy, nadal jest mi to potrzebne? Gdybym uznała, że nie, odpuściłabym (nawet gdybym miała się z tego powodu trochę podręczyć poczuciem winy). Skoro uznaję, że tak, to muszę w tym roku wymyślić sposób, by udało mi się to wreszcie zrealizować. Wymyślić i – to najważniejsze – wprowadzić w życie! Tu właśnie ujawnia się jeszcze jeden problem typowych postanowień noworocznych: nie uwzględniają metod realizacji, a te można ułożyć dopiero wtedy, gdy ogólne plany zostaną podzielone na części pierwsze. Ogólniki dobrze wyglądają na transparentach i szyldach reklamowych. W codziennym działaniu sprawdzają się przede wszystkim małe, uszczegółowione konkrety.

Jeżeli w pierwszych dniach 2018 roku macie chwilę czasu, podarujcie go sobie właśnie na to: na zrobienie planów. Nie muszą one być duże, liczne i olśniewające. Pal diabli wszelkie dotychczas niezrealizowane postanowienia noworoczne, niech wylądują wraz z posylwestrowymi resztkami w śmietniku. Na ich miejsce niech przyjdzie kilka sensownych i realistycznych planów, które naprawdę są tym, co potrzebne, przydatne i przyjemne. Niech się składają z wielu małych, szczegółowych, możliwych do ogarnięcia elementów, najlepiej wraz z pomysłami na udane ogarnianie. Niech samo myślenie o nich będzie miłe, motywujące i inspirujące. Na koniec: niech te plany będą gdzieś stale pod ręką, na widoku, do regularnego wglądu; wielkim błędem (może nawet swoistą próbą sabotażu) przy typowych postanowieniach noworocznych jest spisywanie ich na kartce, którą następnie się… chowa. Ciężko się realizuje projekty, których nie ma się możliwie jak najczęściej przed oczami. Spis schowany w styczniu i wyciągnięty w grudniu jest tak przydatny, jak rynna na Saharze, więc w gruncie rzeczy nie powinnyśmy się dziwić, że (w ramach zemsty) nie dał się wprowadzić w życie.

W nowym roku życzę Wam naprawdę Waszych planów na 2018, wielkiej frajdy w ich realizowaniu oraz spełnienia marzeń – które też lubią się znaleźć na liście noworocznych postanowień.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.