pixabay-smile-1275668_1280Jestem SOBĄ. Nie jestem Asią, Kasią, Marzeną czy Moniką. Niby to takie oczywiste, a jednak nie zawsze tak było… Już w trakcie dorastania, im bardziej chciałam spełnić oczekiwania swoich rodziców i otoczenia, tym bardziej gubiłam siebie.

Wciąż chciałam dorównać swoim rówieśnikom. Zawsze wydawało mi się, że jestem gorsza, słabsza, grubsza, brzydsza od innych. Lata mijały, a ja chciałam być dobra z matmy jak M., grać na gitarze jak R., śpiewać jak G, biegać jak T. Wprawdzie byłam lubiana, ale ile było mnie we mnie? Trudno powiedzieć. Skończyłam liceum, maturę zdałam dobrze i poszłam na studia. Nie, nie na te wymarzone, tylko te, które doradzili mi Rodzice. Poszłam na uczelnię, na którą nie trzeba było zdawać egzaminów, żeby uniknąć porażki, żebym nie wstydziła, żebym znowu nie czuła się gorsza… Kompletnie nie wierzyłam w siebie i swoje możliwości. Mimo tego pierwszy rok zaliczyłam bez problemów i poznałam wielu cudownych ludzi. Życie w akademiku to jeden z najwspanialszych okresów mojej młodości. Usamodzielniłam się i nawet dawałam sobie radę. Byłam z siebie taka dumna… i wtedy pojawił się ON – wyśniony, wymarzony, przystojny i to co było największą Jego zaleta: zwrócił uwagę właśnie na mnie. Oszalałam z miłości, on podobno wtedy też. Staliśmy się nierozłączni. Po 11 miesiącach oświadczył się. Byłam „pijana” ze szczęścia, ale traciłam przyjaciół. Nie lubili go. Widzieli to czego nie widziałam ja.  Na początku wierzyłam, że wszyscy się mylą, że zazdroszczą, a mi nikt poza nim nie jest potrzebny. Po zaręczynach zamieszkaliśmy z jego rodzicami.

Początki były piękne: wspólna nauka, wspólne sprzątanie, wspólne gotowanie, wspólne wieczorne spacery z psem, wspólny pokój, wspólne łóżko i wspólne plany na przyszłość. A potem pierwsza kłótnia i pierwsze rozczarowania, bo mój książę okazał się chorobliwie zazdrosnym furiatem, który nie panuje nad sobą.

Byłam tak zakochana, że wybaczałam wszystko powoli dając sobie wmówić, że każda awantura to moja wina. Chciałam żeby mnie kochał na zawsze i żeby mnie nie zostawił. Czułam, że coś jest nie tak, że nie tak to powinno wyglądać, ale nie potrafiłam odejść. Byłam znów zakompleksioną dziewczyną, tak bardzo niepewną siebie, która bała się, że już nikt jej nie pokocha, więc trzeba kurczowo trzymać się tego co jest. Myślałam wtedy, że będę zmieniać się dla NIEGO, będę taka jaką chciałby żebym była. Często szydził z tego co lubiłam, więc przestawałam lubić, a zaczęłam zachwycać się tym co lubi on. Jakie to było żałosne…

pixabay-portrait-119851_1280Związek ten był skazany na porażkę. To była tylko kwestia czasu. Po czterech latach odbył się nasz ślub. Czy byłam szczęśliwa? Tak mi się wydawało. W końcu udało mi się utrzymać przy sobie takiego fajnego faceta. I jeszcze to naiwne myślenie, że gdy stanę się jego żoną, to już wtedy będzie tylko lepiej. Lepiej nie było. Urodziła się nam córka, kupiliśmy mieszkanie, a ja poszłam do pracy. I ta praca była „gwoździem do trumny” tego małżeństwa. Zostało mi powierzone stanowisko kierownicze, pensja rosła, a wraz z nią frustracja mojego małżonka. Im bardziej ja rozwijałam skrzydła, tym bardziej on mi je podcinał próbując udowodnić, że jestem do niczego, a wszelkie sukcesy nie biorą się znikąd, tylko są na pewno efektem moich (wyimaginowanych w jego głowie) romansów z szefem. Ta chorobliwa zazdrość i wmawianie mi grzechów, których nie popełniłam, spowodowały, że zaczęłam dostrzegać zainteresowanie mężczyzn. Spoglądanie w lustro stało się przyjazne. Nagle zauważyłam w odbiciu ładną, atrakcyjną kobietę.

O losie, jaka ironia! Chyba nie w ten sposób kobieta powinna rozkwitać. A ja kwitłam, zdecydowanie kwitłam i czułam się z tym fantastycznie.

Pomiędzy mną i moim mężem było raz dobrze, a raz bardzo źle. Jeszcze wtedy nie myślałam, że się rozstaniemy, ba, nawet myślałam, że może kryzys minie i będzie dobrze. Nie bałam się już mówić o tym co lubię, czego pragnę, ale nadal dla dobra małżeństwa to on i jego potrzeby były najważniejsze. Ja wciąż byłam na drugim planie. Były dni, w które widziałam błysk w jego oku i naprawdę wierzyłam, że będzie dobrze, że może te lata to efekt docierania się. Jednocześnie stawałam się coraz silniejsza. STAWAŁAM SIĘ SOBĄ, jeszcze nie do końca to rozumiałam, ale to czułam. Pamiętam swoje pierwsze próby szczerości wobec siebie. Zadawałam sobie pytanie czy nadal kocham tego człowieka? Przerażało mnie to, że nie byłam w stanie jednoznacznie odpowiedzieć.

Z jednej strony myślałam: tak, to oczywiste, przecież przyrzekałaś przed ołtarzem, kryzysy są w każdympixabay-divorce-619195_1280  związku, a to już nie czas na „motyle w brzuchu”. Z drugiej strony pojawiało się coraz częściej pragnienie bycia obok kogoś kto rozumie, akceptuje i jest partnerem do rozmów, tych prawdziwych od serca, których u nas nie było. Rozwód? Nigdy, taki wstyd. Co by powiedzieli rodzice, znajomi, sąsiedzi? Lepiej trzymać pozory szczęśliwej rodzinki. I pewnie do dziś bym się tej wersji trzymała, bo przekonania, że tak trzeba i tak należy wzięłyby górę. Przypadek pomógł podjąć mi decyzję: znalazłam zdjęcie innej kobiety w telefonie.  Mój świat posypał się w kawałki w jedną sekundę. Nie widziałam jutra. Zdrada to ostatnia rzecz jakiej bym się spodziewała. Potem łzy, smutek, żal, gorycz, nienawiść. Świat przez następny miesiąc przestał dla mnie istnieć. Żyłam jak w transie. A potem?

Potem wzięłam się w garść. Wszystko potoczyło się jak lawina: rozdzielność majątkowa, pozew rozwodowy, walka o dziecko i podział majątku.

Ale to wszytko zdarzyło się po to, bym dziś mogła być w tym miejscu w którym jestem. Kuriozalnie rzecz ujmując zdrada i rozstanie z mężem to punkt zwrotny w moim życiu, to etap, w którym po wielkim upadku nauczyłam się żyć dla siebie i ze sobą. Nigdy wcześniej nie miałam odwagi stanąć oko w oko z życiem i powiedzieć:

NIE POTRZEBUJĘ NIKOGO, BY BYĆ SZCZĘŚLIWA – w tej sytuacji musiałam. Dziś wiem, że musiał mi się wywrócić świat do góry nogami, żebym zrozumiała i poczuła się ważna dla samej siebie, żebym uwierzyła, że świat stoi przede mną otworem, że MOGĘ WSZYSTKO i jedyną osobą, od której zależy moje szczęście jestem ja sama.

Kobieta