Obowiązkowa jazda próbna

Tak sobie myślę: zanim kupisz auto – robisz jazdę próbną. Niejedną. Oglądasz, zastanawiasz się, porównujesz. Zgoda, kupujemy oczami, to naukowo udowodnione. Mimo to nikt przed planowanym wyjazdem nie wpada jak burza do salonu i przymierzając pierwsze lepsze auto, krzyczy: Biorę! Prawda? Czemu więc skazujemy się na karę noszenia niewygodnych butów, kupionych „za pięć dwunasta”?

Zacznę od czterech kółek. Miałem w swoim życiu przyjemność uczestniczenia w kilkunastu, organizowanych przez producentów samochodów, imprezach – prezentacjach. Wiadomo: dobre jedzenie, piękne kobiety i profesjonalny instruktor, który przymykał oko na drobne wykroczenia. Właściwie raj – z takiej zabawy nie można wyjść niezadowolonym. Na przykład, podczas dni innowacji jednej z niemieckich marek (tej z Monachium), dane mi było jechać maksymalną prędkością po drodze publicznej. Z ostrożności procesowej napiszę, że było to na którejś z niemieckich autostrad, gdzieś między jeziorem Głębokim a Policami. Do tego, przy pełnej prędkości w przednią szybę uderzył gołąb. Po takiej jeździe próbnej wiem, że auto jest niezawodne, dobrze trzyma się drogi przy wysokich prędkościach, no i oczywiście, że ma pancerną szybę. W innym modelu tej marki doceniłem natomiast szybki automat składania dachu podczas ruchu. Gdyby nie działał jak trzeba, przemókłbym do suchej nitki.
Inny razem, zaproszony na tor kształcenia jazdy ADAC gdzieś pod Berlinem, przez czeską (choć niemiecką) markę, usłyszałem, żeby topowym – outdoor’owym modelem przejechać przez leśny tor powodując jak najwięcej uszkodzeń. Nie bez satysfakcji powiem, że się udało. Niemniej zyskałem doświadczenie, że auto faktycznie jest wystarczająco niezniszczalne jak na normalne warunki. Do tego złożone jest z tych samych części co jego droższy odpowiednik z Wolfsburga. No i wiem też, że nie kupię więcej auta po testach, bo te faktycznie miewają mroczną historię.

Co więcej? Pewnego słonecznego, wiosennego dnia, podziwiałem pełną gamę dystyngowanych, brytyjskich (choć indyjskich) samochodów. Pierwsza część odbywała się na płycie lotniska w podpoznańskich Gądkach. Było bardziej precyzyjnie niż szybko, ale za to w przerwach serwowano przepyszne przekąski. Potem trasa objazdowa przygotowana w ten sposób, że co kwadrans korowód aut z dzikim kotem na masce zatrzymywał się na przydrożnym parkingu i przesiadaliśmy się do kolejnych modeli. Było szybciej i mniej precyzyjnie. Ostatnim autem, które „przymierzałem”, był model dwuosobowy, zdecydowanie sportowy. To znaczy lekki, mocny i doskonale brzmiący. No i podobnie jak w historii bawarskiej, na chwilę przenieśliśmy się na niemiecki Autobahn. Wiecie, co mam na myśli? Było zdecydowanie za szybko, zwłaszcza kiedy przy zjeździe z drogi ekspresowej natknęliśmy się na korek. P

Ponieważ wcześniej zdecydowałem się wyprzedzić ostatniego tira, mocno zdziwiłem się widząc sytuację na drodze. Wymagało to ekstremalnego testu hamulców. Udało się o przysłowiowy włos. Kolejne doświadczenie. Jaguar hamuje bardzo skutecznie.
Słynna brytyjska marka oferuje limuzyny w trzech segmentach. Ich nazwy nikomu nic nie mówią, więc ich nie wymieniam. Przez analogię za to powiem, że to odpowiednik klasy C, E i S u jednego z niemieckich producentów. Znacie dźwięk, który wydaje samochód po włączeniu kierunkowskazu? Zabawnym spostrzeżeniem podczas wspomnianych testów był fakt, że to w tym najtańszym modelu „migacz” chodził niemal bezgłośnie.

No właśnie, do brzegu. Mój pomysł jest taki: nim kupisz te cudowne buciki z wystawy, musisz przejść obowiązkowy, godzinny tor przeszkód. Konkurencje? Spacer po kocich łbach, ażurowej kostce i grząskim trawniku. To na początek. Dalej, dwa szybkie tańce z wujkiem Heńkiem na weselnym parkiecie. Obligatoryjnie. Na koniec parkowaniem pod supermarketem i zawracanie „na 3” w wąskiej i zatłoczonej uliczce. Oczywiście samochodem z manualną skrzynią biegów. Jeśli dotrzesz do mety i nie będziesz chciała zabić ekspedientki czy partnera, a Twoje stopy nie skrócą się w bolesnych mękach od 2 numery – możesz je brać. Jeżeli na torze przeszkód nie zostawiałaś krwawych śladów, a ścięgna w twojej łydce nie popękały, te buty naprawdę nadadzą się do czegoś więcej niż zdobienia garderoby. Prawda, że genialne?

 

Autor: Bartek Zachaś

Bartek Zachaś – magister prawa, absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej, doktorant. Motoryzacja jest dla niego poezją, symfonią  zmysłów, bo jak mówi: w każdym płynie krew z domieszką  benzyny … lub odwrotnie.