OBRONA CZYTANIA PRZY STOLE

Od dzieciństwa słyszałam stwierdzenie: „Przy jedzeniu się nie czyta”. Jako dziecko bywałam napominana, że to nieładnie, nieelegancko, niewłaściwie; musiałam odkładać książkę lub chować ją pod stołem tak sprytnie, by nie rzucała się w oczy. Moi rodzice dość szybko się poddali i tylko od czasu do czasu przypominali, że to niestosownie; niestety, w większym gronie nie było mowy o czytaniu przy stole.

To napominanie „nie czyta się przy stole” spotykałam nie tylko w swojej rodzinie, lecz także u innych, a nawet – o zgrozo – we wszelkiego rodzaju poradnikach savoir-vivre’u i odpowiedniego zachowania w towarzystwie. Z prawa, z lewa, z góry, z dołu i po skosie dolatywało do mnie gromkie: „Czytanie przy stole to brak dobrego wychowania!”.

Kiedyś ulegałam. Opór stawiałam skrycie: książka pod stołem, pod obrusem, na boku, przytrzymywana kolanem i łokciem. Rozmaite kombinacje stołowo-książkowe mam opanowane do perfekcji.

No cóż, małe dzieci nie mają wielkiego wyboru, a większe dzieci znajdują sobie „ważniejsze” powody do buntu (jak kolor włosów, głośność słuchanej muzyki, strój do szkoły czy spory z nauczycielami). Na szczęście jestem już na te spory już za stara, więc mogę wrócić do spraw podstawowych. I znów czytam przy stole, tylko że teraz bez ukrywania się, bez wahania, bez skrupułów.

Dziś, jako trzydziestolatka, mogę głośno i bezczelnie powiedzieć coś, czego jako dziecko pewnie bym się nie odważyła. Owo „coś” brzmi bardzo prosto: otóż mam w nosie takie wychowanie, w którym czytanie jest jego brakiem.

Tak, wbrew poradnikom savoir-vivre’u, przyjętym zasadom dobrego zachowania i całej reszcie uważam, że czytanie przy stole, przy jedzeniu, powinno zostać wciągnięte na listę typowych, codziennych, domowych i dobrych praktyk żywieniowo-rodzinnych.

Czy zastanawiałyście się kiedyś, dlaczego czytanie i jedzenie tworzą tak specyficzne połączenie? Bo tworzą. Żeby je odkryć, wystarczy wziąć do ręki ulubioną książkę i zastanowić się: co chciałabym przegryźć, wypić, podczas czytania tej pozycji? Odpowiedź najprawdopodobniej pojawi się dosyć szybko – i będzie punktem wyjścia do dalszych lekturowo-jedzeniowych odkryć. Spróbujcie, same się zdziwicie, jak niezwykłe relacje znajdziecie.

Weźmy na przykład kryminały. Dobry, klasyczny kryminał (Agatha Christie i jej godni następcy) wymaga czegoś pokrzepiającego, a zarazem rozrywkowego. Czekolada lub ciastko / ciasto, do tego gorąca herbata, ewentualnie gorąca czekolada. Gorącą czekoladę na śniadania pijał Poirot, więc czytelnicze sięgnięcie po ten napój jest słusznym naśladownictwem, które może pobudzić małe szare komórki do pracy.

Książki dla dzieci najlepiej się sprawdzają w towarzystwie potraw, które również mocno się kojarzą z naszymi młodszymi latami. Na przykład lody; lody mają w sobie coś dziecięcego, więc zdecydowanie pasują do takich tytułów. Albo owoce, wesołe, słodkie lub kwaśnawe, lepiące i brudzące. I soki, świeżo wyciskane, orzeźwiające, ze słomką.

Powieści obyczajowe dobrze sobie radzą z potrawami obiadowo-kolacjowymi. Być może wynika to z podobnego w obu przypadkach klimatu codzienności, któremu oddaje się swoisty hołd – a może po prostu czytanie historii obyczajowych wymaga pewnego wsparcia? Skoro człowiek ma czytać o tym, z czym sam się nieraz boryka, niech się przynajmniej porządnie naje, to łatwiej przetrwa lekturę?

Opowieści grozy, podobnie jak kryminały, lubią słodycze. I lubią jeszcze coś: niezdrowe, słone rzeczy, takie jak chipsy czy popcorn. Trochę popkultury, odrobina niezbyt pożywnego (tu – dla nerwów, tam – dla ciała) pożywienia, podrażnienie kubków smakowych (i literackich, i fizjologicznych), a w efekcie – przyjemny dreszczyk (duchy!) i apetyczne wstrętne kalorie (chipsy!).

O takich lekturowo-jedzeniowych połączeniach mogłabym się rozpisywać niemal bez końca, tym bardziej że każdy ma własne upodobania i prawdopodobnie duża część odbiorczyń tego tekstu inaczej by zestawiła tytuły i smaki. Nie o to jednak chodzi, żeby wymienić wszelkie możliwe i niemożliwe zestawy, tylko żeby zwrócić uwagę na sam fakt: jedzenie i czytanie idą w parze. Co więcej – lubią iść w parze.

Pomyślcie o samym czytaniu: odprężający, cieszący psychikę i mózg proces, moment dla siebie, dla rozwoju lub rozrywki (a nieraz dla jednego i drugiego jednocześnie), sam na sam ze sobą, a zarazem w towarzystwie całej gromady ciekawych bohaterów. Mózg rozsmakowuje się słowami, historiami, postaciami, uwalnia się od głodu, jaki odczuwa (a przynajmniej powinien odczuwać) bez lektury. Aż ma się ochotę podarować coś równie smakowitego całemu ciału. Teraz pomyślcie o jedzeniu: zaspokajająca głód czynność, odpoczynek i regeneracja dla organizmu, przy okazji rozrywka i przyjemność. Człowiek cieszy się smakami, napełnionym żołądkiem, robi się trochę rozleniwiony i najchętniej podarowałby sobie trochę czasu na odprężenie. Ma też ochotę zająć czymś głowę – ciekawą rozmową, miłym towarzystwem, stymulującymi lub uspokajającymi myślami.

To nie jest relacja jeden do jednego, oczywiście; ale widać w czytaniu i jedzeniu pewne punkty wspólne lub dość zbieżne, które świetnie się ze sobą łączą. To taki apetyczny, pożywny duet: jedzenie i czytanie, coś dla ciała i coś dla ducha (lub psychiki, lub intelektu, jak kto woli). Gdy spojrzeć pod tym kątem, cały proces czytelniczo-trawienny może się wydać wręcz nierozerwalnie ze sobą związany.

Można też przyjrzeć się czytaniu przy jedzeniu pod kątem pragmatycznym. Przecież na co dzień żyjemy tak intensywnym tempem, że często nie starcza nam czasu ani na lekturę (tym bardziej spokojną), ani na jedzenie (tym bardziej spokojne). Efektem jest poczucie wygłodzonego mózgu i bóle żołądka, który nie cierpi napychania się byle czym i w pośpiechu. Połączenie dwóch czynności, na które „przecież nie ma czasu”, pomaga wygospodarować czas i dla jednej, i dla drugiej, a także o ten czas zadbać. Da się jeść na kolanie, przy pracy, na chybcika. Da się czytać kątem oka, pobieżnie, na chybcika. Ale już i jeść, i czytać na kolanie, pobieżnie, przy pracy, na chybcika – byłoby naprawdę trudno. Złączenie jedzenia i czytania wymusza skupienie się na tych dwóch działaniach – a to „dwuelementowe” skupienie okazuje się nierzadko lepsze i skuteczniejsze niż skupianie się tylko na jednej czynności. Gdy robi się jedną rzecz, łatwo „przy okazji” doczepić do niej drugą. Gdy robi się dwie rzeczy jednocześnie, „przyokazjowość” trzeciej jest zdecydowanie utrudniona.

Jest jeszcze kwestia pedagogiczna, dla tych, którzy mają dzieci. Dzieci uczą się przez naśladowanie – świadome i nieświadome – otoczenia, zwłaszcza najbliższego. Dziecko, które widzi rodzica z książką, samo sięgnie po książkę – na pewno chętniej i częściej niż dziecko, które widoku rodzica z książką nie uświadczyło. Książka obecna w przestrzeni domowej na zasadzie oczywistego i niezbędnego jej elementu, a nie przypadkowego lub odświętnego rekwizytu, ma znacznie większą szansę utorować sobie drogę do rzeczywistości dziecka. Skoro zaś najczęściej i najspokojniej spotykamy się przy stole (pamiętacie zalecaną przez psychologów zasadę „przynajmniej jeden posiłek dziennie zjedzcie całą rodziną”), to przy stole właśnie można ugruntowywać czytelnicze nawyki!

Abstrahując od wszelkich argumentów merytorycznych: czytanie po prostu znacznie lepiej smakuje, gdy towarzyszy mu coś do jedzenia; a jedzenie znacznie lepiej smakuje, gdy towarzyszy mu dobry tekst. Dodajecie do posiłku przyprawy, odpowiedni napój, jakieś sosy czy sałatki, prawda? Dla smaku, dla wzmocnienia efektu. No właśnie. Jedzenie dla czytania i czytanie dla jedzenia też bywa taką przyprawą ulepszającą smak.

Tylko nie gadajcie mi o pobrudzonych okładkach czy poplamionych kartkach. Po pierwsze, są rozmaite sposoby ułożenia książki do czytania tak, by jej nie pobrudzić jedzeniem. Po drugie, z dwojga złego lepsza książka zaczytana i ubrudzona jak nieboskie stworzenie niż książka idealnie czysta, której nikt nigdy nie zdjął z półki. Doskonała biel kartek i sztywność okładek jest stanem pożądanym tylko w pierwszych chwilach po zakupie. Jeżeli utrzymuje się zbyt długo i nie zostaje zastąpiona śladami korzystania – przestaje być zaletą, a staje się smutnym dowodem nieczytania.

Wracając jeszcze do kwestii „czytanie przy stole jest brakiem dobrego wychowania”: to dlaczego oglądanie telewizji przy stole nie jest takim brakiem? Z jakiego powodu telewizor ma być „bardziej kulturalnym dodatkiem” do posiłku niż książka? Żadne wyjaśnienie związane z telewizorem do mnie nie przemawia. Wyjaśnienia związane z książkami przemawiają – wszystkie razem i każde z osobna.

Obecnie czytam przy posiłkach, w domu i poza domem. Celebruję tę lekturowo-posiłkową czynność. Napawam się nią, rozsmakowuję się w niej, cieszę się oboma jej elementami. I, jak wspomniałam wcześniej, mam w nosie takie wychowanie, w którym czytanie jest jego brakiem.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.