ODA DO PRZECINKA

Wśród zawodów, do których się przyznaję, jest również zawód redaktora i korektora. Od ładnych kilku lat zajmuję się poprawianiem, w miarę potrzeby również przeredagowywaniem tekstów; mam już na koncie kilka prac popularnonaukowych, sporo naukowych, a także jedną powieść. Obecnie kończę ostatnie korekty najnowszego numeru półrocznika naukowego mojej uczelni i zaczynam nową książkę Wydawnictwa W drodze. A po cichu marzę o kolejnej powieści (najlepiej kryminał albo opowieść grozy).

Koleżanka powiedziała mi kiedyś, że ludzie, którzy się dobrze znają na przecinkach i mają potrzebę poprawiania tekstów aż do stanu idealnego, są nudni. Nie mam jej za złe tego stwierdzenia – mówiła to, nie znając jeszcze dobrze ani mnie, ani mojej przecinkolubności, nie chciała też zrobić mi przykrości, miała natomiast kiepskie doświadczenia z korektorami publikacji naukowych, którzy czasami rzeczywiście lubią przerabić każde zdanie, żeby tylko dowieść, że można było inaczej – czyli po ichniemu, czyli lepiej. Też mi się raz taka korekta artykułu trafiła, prawie każde zdanie przerobione, przy czym były to głównie przestawione elementy (w ustawieniu oryginalnym też prawidłowe, a nieraz bardziej naturalne) oraz zamiana niektórych słów na synonimy, najwyraźniej bliższe sercu korektorki. Bywa. Tyle że dobra korekta poza dbaniem o poprawność językową stara się też zachować styl autora.

Wracając jednak do koleżanki: nie obraziłam się nie tylko dlatego, że mało mnie znała, nie zamierzała mi zrobić przykrości i dzieliła ze mną pewne irytujące doświadczenia. Tak naprawdę to nie były główne powody. Powód główny, najważniejszy i decydujący wynikał z czegoś zupełnie innego: uświadomiłam sobie, że koleżanka – w przeciwieństwie do mnie – jeszcze nie poznała ani nie zasmakowała piękna i chwały przecinka. Przecinka, tej cudownej istoty, z którą tak wspaniale idzie się przez tekst.

Przecinka, tej pułapki drogowej, w którą podczas językowych wojaży wpada tak wielu użytkowników.

Przyznaję: przecinek jest istotą złośliwą, bywa perfidnie zakamuflowanym wrogiem, a jeśli się nie ma dobrej broni – staje się groźną bestią. Tak, to prawda. Może dlatego okiełznanie go wywołuje tyle radości – i jednocześnie tak doń przywiązuje. To trochę jak z upolowanym niedźwiedziem (jestem przeciwna polowaniom, ale porównanie akurat w sam raz): rozciągnięta przed kominkiem skóra ustrzelonego dzikiego zwierza sprawia satysfakcję („Jednak go pokonałam!”) i łechcze dumę („Odważyłam się!”). Z przecinkiem jest podobnie – tyle że nie trzeba strzelać do niewinnych, żywych istot.

Co zresztą dowodzi, że walka z interpunkcją jest o wiele lepsza i szlachetniejsza niż pseudowalka ze zwierzętami, na które się poluje. Ze strzelbą na lisa czy niedźwiedzia każdy nadęty burak potrafi się wybrać. Ze słownikiem na przecinek – o, to wyprawa, która wymaga i odwagi, i inteligencji, i odrobiny dystansu do siebie. Dlatego chwała korektorom, hańba myśliwym.

Większość z Was zpewne przynajmniej raz widziała na Facebooku jakiś mem z serii „gdy zabraknie przecinka”. Przywoływane dla przykładu zmiany i wywrotki sensu, w rodzaju: „Ułaskawić nie, rozstrzelać” / „Ułaskawić, nie rozstrzelać”, „Wszedł facet miał spodnie, na nogach okulary, na oczach czapkę, na głowie to wszystko”, „Babcia zje dzieci” / „Babcia zje, dzieci”, mówią same za siebie, a do tego są wyraźniejsze i jaśniejsze niż objaśnienia dotyczące relacji podmiotu i orzeczenia, imiesłowów albo spójników skorelowanych. Element komiczny też mile widziany. Jednak to nadal za mało, by oddać osobowość przecinka.

Czy przyszło Wam kiedyś do głowy, że przecinek to w gruncie rzeczy jeden z podstawowych znaków drogowych na językowej autostradzie? O ile jednak kropka definitywnie i autorytarnie nas zatrzymuje, o tyle przecinek pozwala na nieustanną, płynną jazdę, podczas której daje się przy okazji zatankować, skoczyć do toalety i schwycić podane w okienku smakowite makświństwo do pożarcia. Podróż z przecinkiem to zmiany tempa, wypoczynek i zregenetorwanie sił.

Przecinek jest przyjazny środowisku naturalnemu, szczególnie ludzkiemu oku, gardłu i mózgowi. Oku pozwala się oderwać, przystanąć, zatrzymać; gardłu – wziąć oddech, przełknąć ślinę, mózgowi zaś – zebrać myśli, uporządkować argumenty, zastanowić się. Wszystko na spokojnie, bez wywołującej dyskomfort myśli „Szybciej, trzeba się wreszcie znów odezwać!”, która towarzyszy kropce.

Przecinek jest elitarny, ale bez popadania w nadmierną, ostentacyjną ekskluzywność (ta charakteryzuje średnik) lub ekscentryczność (to cecha myślnika). Elitarność przecinka wynika głównie z odkrycia wielkiej tajemnicy dynastii Ming*: zestawu zasad prawidłowego stosowania. Kto już je posiędzie, używa przecinka automatycznie, niemal bezrefleklsyjnie, w sposób zupełnie naturalny, nawet nie zdając sobie sprawy, do jak wąskiej i szczególnej grupy należy.

Moja przecinkolubność narodziła się na studiach. Pierwszy rok filologii polskiej był czasem wielu wyzwań, zderzeń z rzeczywistością i mąk piekielnych (przynajmniej w skali mikro). Koleżanki padały pokotem w boju z łaciną (czego do dziś nie rozumiem, łacina jest najpiękniejszym, najbardziej logicznym i jednym z najbardziej podniecających języków świata), ze staropolem, z oświeceniem, a niektóre – z poetyką. Jednak w pierwszym semestrze najwięcej grozy budziło zaliczenie z wykładów o pięknej nazwie „ortografia i interpunkcja”, prowadzonych przez językowy postrach, do dziś publikujący językowe felietony w weekendowych wydaniach „Kuriera Szczecińskiego”. Moje stosowanie przecinków znajdowało się wówczas, można by powiedzieć, na poziomie przeciętnym dla studentki filologii – stosowałam, owszem, częściej poprawnie niż niepoprawnie, ale szału zapewne nie było. W podobnej sytuacji musiało się znajdować gros roku. Powiedzmy sobie szczerze: o ile szkoła podstawowa jeszcze czegoś z interpunkcji uczyła, głównie dzięki lekcjom gramatyki, o tyle liceum stwierdziało „Radź sobie sama, mała, mamy ponad dwa tysiące lat literatury do przerobienia!” i odpuszczało całkowicie. Na moje szczęście ostatnie trzy lata w ostatniej podstawówce naznaczone zostały ogromem gramatyki, za co wówczas przeklinałam, a dziś błogosławię panią Szafrynę (pozdrowienia, jeśli jakimś szczęśliwym trafem Pani to czyta!). Dzięki temu gramatykę jako taką miałam ogarniętą, co jednak niekoniecznie przekładało się na bardzo świadome i precyzyjne używanie przecinka. No i nadszedł dzień kolokwium z ortografii i interpunkcji, czyli sprawdzian…

Poległam. Tłumy poległy. Wprawdzie moje „poległam” z obiektywnego punktu widzenia wcale nie było przegraną wojną ani nawet bitwą, ale dla mnie to jednak była porażka. Trója. Dostateczny. Jedna jedyna trója w indeksie przez całe pięć lat. Po prostu siąść i wyć do Księżyca z oburzenia i rozpaczy.

Na pewno nie tylko przecinki zawiniły. Do dziś pamiętam pojawiającego się w dyktandzie cocker-spaniela, któremu nie dałam wówczas łącznika. Ale jestem więcej niż pewna, że częściową winę za tę brzydką ocenę ponoszą również przecinki. Miałam zatem do wyboru: obrazić się na całe życie albo… podstępnie i całkowicie opanować przeciwnika. Wybrałam to drugie.

Jeżeli teraz powiem, że jedną z bardziej interesujących książek, jakie kiedykolwiek czytałam, był „Nowy słownik interpunkcyjny” Jerzego Podrackiego, pewnie na dobre zwątpicie w stan moich zmysłów. Więc nie powiem. Ale był.

Możliwe, że ten kopniak w studenckie ego otworzył mi oczy na skomplikowaną, wieloaspektową i bogatą naturę przecinka. Możliwe, że jako przyszły filolog nie chciałam więcej przeżywać obciachu pod tytułem „źle postawiony przecinek”. Możliwe, że przecinkolubnością zaraziłam się gdzieś po drodze, w kolejnych latach, podczas podejmowania własnych prób pisarskich i funkcjonowania na forach literackich. Możliwe, że to wszystko zaistniało razem – możliwe też, że nic z tego nie miało znaczenia, a moja relacja z przecinkami jest wynikiem działania jeszcze innych wydarzeń i sił z kosmosu (choć nie pokuszę się o podejrzewanie Lovecraftowego Cthulhu i spółki, oni raczej o takich ziemskich sprawach pojęcia nie mają).

W każdym razie dziś bez wahania przyznaję się do przecinkolubności, przecinkolozy wręcz; do tego, że przecinki nie są mi obce, lecz bliskie; do umiejętności stawiania bądź niestawiania przecinków zgodnie z wymogami gramatyczno-składniowymi. Lubię czytać o przecinkach. Lubię się nad nimi zastanawiać. Lubię same przecinki – te małe, ciemne kropki, które merdają do czytającego bądź piszącego ogonkiem. Życzliwie merdają. Bo to naprawdę całkiem sympatyczne bestie – gdy już się wie, jak z nimi postępować.

Poza blaskami są wprawdzie dwa cienie tej przecinkowej świadomości: po pierwsze, widzisz wokół siebie złą interpunkcję. Po drugie, słyszysz co jakiś czas stwierdzenia, które doskonale zna większość absolwentek filologii – stwierdzenia z serii: „O rany, strach przy tobie mówić / do ciebie pisać, bo pewnie zaraz widzisz błędy i poprawiasz”. Z oboma cieniami można sobie jednak całkiem łatwo poradzić za pomocą jednej zasady: nie sprawdzam i nie poprawiam, jeśli mi za to nie płacą.

Tego się trzymam. To mi pomaga przetrwać w świecie, który jeszcze nie w pełni odkrył piękno i urok przecinków. A przy okazji pozwala zarobić.

* Temu, kto pierwszy odgadnie, skąd ten minicytat, stawiam podwójne lody w Castellari 😉

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.