ODCZAROWAĆ LISTOPAD

Po ostatnim felietonie naszła mnie pewna refleksja: popadłam w stereotypowe myślenie listopadowo-jesienno-prawie-już-zimowego okresu. Nie chodzi nawet o to, że tak o nim napisałam – chodzi o to, że tak o nim myślę. Ponury. Bury. Dołujący. Wychładzający. Okres, którego się nie lubi, bo się nie lubi, i już.

Ostatnio przeczytałam gdzieś stwierdzenie brzmiące mniej więcej tak: wiosna jest okresem rozkwitu i wzlotu, czas jesienno-zimowy to czas opadania skrzydeł i przeczekiwania do następnej wiosny. Ładne (w oryginalne było sformułowane jeszcze ładniej). I całkiem prawdziwe. W zasadzie mogłabym się pod tym podpisać. Ale…

No właśnie, „ale”. Ale nie chcę każdego roku tracić kilku miesięcy (a choćby i miesiąca!) życia dlatego, że pora nie ta. Nie chcę, żeby skrócony dzień, przewaga ciemności i pogoda hamowały te moje rozkwity i wzloty (zwłaszcza że typowy rytm pracy nie zna pojęcia „jesienny spadek sił” i w listopadzie domaga się takich samych – a pod pewnymi względami nawet większych – wysiłków, działań oraz sukcesów). Nie chcę, by już skończyć tę litanię negacji, z góry się nastawiać i oczekiwać, że listopad i grudzień równa się tylko to, co smutne, ciemne, zimne i bez energii. Zwłaszcza listopad. Grudzień broni się mikołajkami i Bożym Narodzeniem, każdy inny miesiąc też ma jakichś swoich obrońców, tylko listopad jest osamotniony i mało „rozrywkowo uświąteczniony”. Nawet andrzejki średnio pomagają, zresztą co po nich, skoro są w ostatnim dniu listopada, właściwie już się ocierają o grudzień.

Parę dni temu, podczas odchorowywania listopadowego choróbska, popatrzyłam przez okno. Była siedemnasta. Było ciemno – nie „szaro”, nie „zmierzch”, nie „ściemnia się”, to była zwykła, całkowita, kompletna ciemność. Pomyślałam sobie wtedy: chciałabym znaleźć coś, z czego w listopadzie można się cieszyć. Nie jakieś pojedyncze, indywidualne i zależne od różnych czynników powodziki, ale powody, wręcz POWODY, tak jak grudniowym POWODEM do radości jest Gwiazdka, majowym – lato, a lipcowo-sierpniowym – wakacje. Taki mocny, stanowczy, duży powód, który odczaruje burowatość, dołowatość i smętnowatość listopada.

Szukam ich teraz. Zamierzałam napisać, że szukałam, ale to byłoby kłamstwo, bo szukam cały czas; zadanie bowiem wcale nie jest takie łatwe, jakby się chciało, i prawdopodobnie zajmie więcej czasu. Na razie więc mogę tylko zdać relację z tego, co już mi się udało odnaleźć. Być może nie są to POWODY na miarę Mount Everest, Gwiazdki i sylwestra, ale zawsze lepsze takie niż żadne.

Powód pierwszy: w listopadzie tylko miesiąc dzieli nas do świąt. To miesiąc rozpoczynania świątecznego planowania, pojawiania się pierwszych choinek i gwiazdkowego entourage’u w sklepach oraz powolnego odliczania do Wigilii. Jeszcze na luzie, jeszcze w klimacie „do świąt dobry miesiąc”, jeszcze bez nerwów. Jeszcze z iluzją, że w tym roku uda się jednak na spokojnie, na czas i na ostatni guzik.

Powód drugi: listopadowa aura stwarza doskonałe usprawiedliwienie, ba – uprawomocnienie dla schowania się wczesnym wieczorem (który w innych porach roku jest dojrzałym popołudniem) pod kocem, z gorącą herbatą i czymś słodkim. Albo dla zakokoszenia się w ulubionym fotelu. Albo dla wygrzewania się przy kominku czy kaloryferze. Zabawa w niedźwiedzia szykującego się do zimowego snu (wprawdzie tylko na trochę, dopóki poranny budzik nie zagoni do pracy) ma prawo rozpocząć się dopiero w listopadzie.

Skoro o prawie mowa, powód trzeci: prawo do chorowania. Przeziębienie, angina, grypa, zapalenie gardła? L4, cały dzień w łóżku, wygrzewanie się, by zbić temperaturę? Tylko spróbujcie wyskoczyć z czymś takim w środku lata – znajomi zabiją Was śmiechem. „Serio, przeziębiłaś się w czerwcu?” „Przewiało cię w lipcu, jaja sobie robisz?” „Chorujesz w wakacje, na głowę upadłaś?” I gremialnie: „Choruje się pod koniec roku!”. No właśnie. Więc zachorujcie w listopadzie – a wszystko będzie Wam wybaczone. Nawet choroba. Macie przecież do niej pełne prawo, bo jak mówi klasyk: sorry, taki mamy klimat.

Powód czwarty, też prawny: z racji ogólnego zwolnienia tempa, chorób, ciemności etc. nasz mózg ma prawo do specjalnego jesiennego relaksu. Czyli? Czyli wszelkie czytelnicze lub filmowe powtórki (nawet jeśli oglądacie / czytacie po raz setny to samo) są w pełni usprawiedliwione! Macie ochotę w jesienny wieczór katować ponownie kiczowate romansidło? A może listopadowy weekend zamieni się w maraton znanych na pamięć kryminałów? Albo zorganizujecie popołudniową sjestę z deszczem za oknem i książkami dla dzieci w rękach czy serialem na ekranie? Doskonale – wszelkie powtórki pasują do listopada, tego Miesiąca Cudownych Powrotów do Ukochanych i Znanych Książek i Filmów. Niech ta nazwa będzie synonimem jedenastego miesiąca roku, zgoda?

Powód piąty, dla miłośników tematyki: listopad przynosi ze sobą idealną atmosferę do czytania, oglądania, opowiadania, a nawet pisania historii grozy. Czy w jakimkolwiek innym momencie znajdziecie równie ponury nastrój za oknem, szybko zapadającą ciemność oraz smutno-złowieszcze zawodzenie wiatru i pluchowatą chlupotliwość deszczu? To doskonała sceneria dla opowieści o duchach, potworach i nawiedzonych domach. Zafundujcie sobie dobrą książkę (polecam M.R. Jamesa, E. Wharton, M.E. Wilkins Freeman, B. Stokera, S. Le Fanu i kilku innych autorów, których opowiadania wydano w ramach serii „Biblioteka Grozy”) albo porządny filmowy horror (najlepiej z nawiedzonym domem), przy wyłączonych światłach, z czymś słodkim i gorącym pod ręką – i koniecznie przy zamkniętych wcześniej drzwiach. Bo listopad jest tak profesjonalnym scenarzystą, że gdy historia grozy się rozpocznie, nie będziecie mieć odwagi, by ruszyć się z kanapy.

Powód szósty: w listopadzie można sobie pozwolić. Na co? Na parę kilogramów poza programem, oczywiście! Ciepłe, często grubsze ciuchy jesienne życzliwie skrywają to, co z wredną satysfakcją zdradzają cienkie, dopasowane ciuchy letnie. Jednocześnie listopad to świetny moment, by zacząć się przygotowywać do sprawienia sobie (lub innym) miłego (lub niemiłego, zależy, jakie macie motywy) prezentu, czyli do zrzucenia tych nieprzewidzianych w kalkulacji kilogramów – na sylwestra, na wiosnę, na lato. Łatwiej to zrobić, bo wspomniane jesienne szatki kryją nie tylko nadmiar, lecz również ubytek, więc nie grozą nam demotywujące komentarze („O, znowu się odchudzasz? Fajnie, może tym razem coś z tego wyjdzie”), zestawy dobrych rad, od których boli wątroba („Jak ja się odchudzam, to zawsze…”), ani komentarze dotyczące naszego życia prywatnego („Odchudzasz się, znalazłaś faceta / facet cię rzucił?”). Nikt też nie zauważy, że w którymś momencie zrobiłaś sobie urlop od odchudzania i powitałaś z powrotem kilogram tu czy tam. Jednym słowem, listopad lubi kobiety w każdym rozmiarze. I nie spowiada ich z tych rozmiarów. Choćby za to niech mu będzie cześć i chwała.

Powód siódmy: listopad jest przytulaśny. Dosłownie. W listopadzie jest zimno, więc by się ogrzać, trzeba się przytulić. Do ukochanej osoby. Do ukochanego zwierzaka. Do ukochanego koca, fotela, swetra. Do samej siebie. Do kogo i do czego chcecie – po prostu się przytulajcie. Skro luty jest świętem zakochanych, niech listopad będzie świętem przytulanych.

Siedem powodów. Niedużo, ale więcej niż nic. Może choć jeden z nich okaże się dla kogoś powodem wystarczającym, sensownym i przekonującym.

Zakochać się w listopadzie? Spróbujmy. Zostało jeszcze parę dni. Niech będą jesienno-pozytywne. Może dzięki temu wreszcie uda się dokonać niemożliwego – odczarować listopad. Albo raczej: zaczarować go na nowo.

Barbara Popiel

 

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.