Odliczam ostatnie dni roku, który był dla mnie najtrudniejszy w życiu, bo rewolucyjny w każdej sferze życia. 1 lutego po urlopie macierzyńskim straciłam pracę, która dawała mi satysfakcję i finansowe poczucie bezpieczeństwa.

Strata po prawie 10 latach bolała nie tylko mnie. Emocje, które towarzyszyły tym wydarzeniom, zniszczyły wszystko wkoło. Zakończyły się relacje, które nazywałam przyjacielskimi, utraciłam wiarę w siebie i swoje możliwości.
Czułam, że umieram… I może po części tak właśnie się stało. Umarła naiwna, młoda i przebojowa dziewczyna, która wierzyła w ludzi, w księżyc, gwiazdy na niebie i w księcia z bajki.
Nie wstydzę się przyznać, że gdyby nie profesjonalna pomoc terapeuty spadłabym na dno głową w dół…

Ale na przekór wszystkiemu, nie przeciwko komuś, podjęłam wyzwanie w postaci nowej pracy. Musiałam. Na tym polega dorosłość, że czasem coś trzeba, choć się nie chce.

Kredyt i rachunki należy opłacić, a dziecko nakarmić. Ambicje schowałam do kieszeni. By przeżyć, wzięłam się do pracy poniżej kwalifikacji i, jak kiedyś sądziłam, poniżej godności. Na szczęście nigdy nie byłam typem księżniczki. Lepiej chyba pasowałam do roli Kopciuszka… Zrobiłam jednak wszystko, by pokazać, że nie jestem nikim, że coś znaczę, że mogę jeszcze przecież sporo zdziałać. Gdy nikt nie patrzył, płakałam w magazynie pomiędzy regałami, ale po mieście chodziłam wyprostowana, z uniesioną głową.
Wszystkich witałam z tym samym uśmiechem, lecz blask w oczach gasł, gdy ludzie udawali, że mnie nie znają. Jednak chyba nie to bolało najbardziej… Serce mi pękło, gdy okazało się, że w całym tym zamieszaniu wokół pracy straciłam miłość mojego mężczyzny, ojca mego dziecka.

Nie wiem kiedy i jak to się stało. Może moje macierzyństwo pochłonęło mnie tak bardzo, że nie zauważyłam, jak oddala się ode mnie każdego dnia, a może czułam, że coś jest nie tak, ale nie miałam odwagi i siły, by coś zrobić? Czekałam na tę miłość ponad 30 lat. I nie żałuję żadnej chwili. Może to nie był książę z bajki, ale czy ja jestem księżniczką?
Dzięki mojemu M. z brzydkiego kaczątka przeobraziłam się w silnego łabędzia, który sięgnął gwiazd. A kiedy go zabrakło wróciłam chyba do dawnej roli, tak dobrze wyuczonej przez lata.

Straciłam w tym roku wszystko. Czuję się bardzo samotna, ale nie sama… Moja nowa rola polega na byciu mamą. Marzyłam o niej i postaram się być w niej jak najlepsza!

Każda strata to rewolucja. Ale to nie tylko zakończenie starego porządku, lecz także początek czegoś nowego! A każdy początek pociąga za sobą zmiany, rozwój i postęp. Wierzę, że w roku 2017 będzie lepiej. To nie nadzieja, lecz wiara i przekonanie! Zaczynam nową pracę. Mam nowe cele do zrealizowania oraz plan na najbliższe lata!
Przecież trzeba mieć cele wynikające z marzeń, by poczuć sens życia!

AMM