ODROBINĘ NIETYPOWE POLECANKI KSIĄŻKOWE W ROKU 2018 (CZĘŚĆ 1)

Otrzymałam propozycję, by na początku nowego roku przygotować mały ranking książek polecanych w 2018. W pierwszej chwili pomysł mi się spodobał: książki, jasne, co może być lepszego (poza psami)? W drugiej pojawiły się kłopoty: trudno pisać o książkach, które dopiero czekają na wydanie lub zostały wydane parę chwil temu, zwłaszcza gdy nie zawsze jest się na bieżąco z rynkiem wydawniczym (a ja nie jestem, mam okresy powrotu do klasyki, powtarzania znanych już tytułów i zagrzebywania się w publikacjach fachowych, ogólnie nie za często sięgam teraz po najnowsze pozycje beletrystyczne). W trzeciej… w trzeciej doznałam olśnienia: nie poszukiwanie nowości, lecz powrót do książkowej starości! No, może nie tyle do starości, ile do wydań nie najmłodszych, niepachnących już drukarską farbą i bez najbielszych kartek. Nie myślę jednak o beletrystyce; aby pozostać w klimatach noworocznych planów, postanowień, zmian i przemian, postanowiłam odgrzebać z półki kilka szczególnie ważnych według mnie pozycji, które są swoistym „must have, must read” dla osób zainteresowanych samorozwojem, ulepszaniem własnego życia i cieszeniem się codziennością. Osiem tytułów, skoro mamy ósemkę w obecnym roku, i w trzech kategoriach. Może choć jedna z propozycji przyda się Wam (nie tylko) w 2018?

Ponieważ to jest „Kobieca Sprawa”, właśnie od kobiecych spraw zaczniemy. Moja niezaprzeczalna „mała biblia usatysfakcjonowanej babskości”, czyli dwie książki Ute Ehrhardt: „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą” oraz „Z każdym dniem coraz bardziej niegrzeczna”. Całość świetnie podsumowuje zdanie z wprowadzenia: „Tylko pewne siebie i niepokorne kobiety dochodzą do czegoś w życiu”.

Gdy się spojrzy na tytuły rozdziałów i podrozdziałów „Grzecznych dziewczynek”, można w pierwszej chwili pomyśleć, że to wyważanie otwartych drzwi: „Czy kobiety naprawdę są słabe?”, „Czy silna kobieta musi być samotna?”, „Czy każda kobieta musi być matką?”, „Czy kobieta nie może istnieć bez mężczyzny?”, „Wyrzeczenia kobiet”, „Lęk przed sprawowaniem władzy”, „Powiedz wreszcie nie!”, „Mów, czego chcesz”, „Uwolnij się od poczucia winy”,
„Nie ukrywaj swoich osiągnięć”. Banał, bo dziś to już nieaktualne, mamy przecież pełne równouprawnienie, prawda? Ano niekoniecznie. Po pierwsze, książka pochodzi z lat dziewięćdziesiątych, choć u nas pojawiła się dopiero w 2010. Po drugie, ważniejsze – rozejrzyjcie się wokół siebie, posłuchajcie tego, co mówią inni. Ja do dziś pamiętam wielkie zdziwienie paru koleżanek z poprzedniej pracy, gdy na urlop pojechałam sama. Pamiętam świeże (zadane w grudniu minionego roku) pytanie, kiedy zamierzam mieć dziecko, bo „to już najwyższy czas” (pytanie zadane przez kobietę, nie przez mężczyznę). Pamiętam opowieść koleżanki o tym, jak na ulicy ktoś próbował jej ukraść telefon i się niezmiernie zdziwił, gdy ona – kobieta przecież! – w ramach samoobrony uderzyła napastnika pięścią w twarz. Pamiętam randkę, na której chłopak, też po doktoracie, zaczął niczym licytator odpytywać mnie z akademickich osiągnięć (nawet z liczby punktów za publikacje) i miał coraz gorszy humor, gdy się okazywało, że w czymś jestem lepsza. Posłuchajcie, co o prawie kobiety do stanowienia o jej ciele mówią różni politycy i nie tylko oni. Pomyślcie, ile razy usłyszałyście stwierdzenie w stylu: „jaka ładniutka, młodziutka, milutka pani kierownik / dyrektor / manager”, a ile razy coś takiego same powiedziałyście pod adresem kolegi z pracy. Przypomnijcie sobie, ile razy jakiś kierowca naskoczył na Was jako na „baby za kierownicą”, choć gdyby Wasz manewr wykonał duży, łysy pan bez karku, rzeczony kierowca nawet by nie pisnął, tylko odjechał szybko w siną dal. Pomyślcie, ile razy słyszałyście (albo, co gorsza, same mówiłyście) coś w stylu: „dziewczynki tak nie robią”, „dziewczynki tak nie mówią”, „dziewczynki tak nie siedzą”, „dziewczynki tak się nie zachowują”. I zanim odstawicie Ute Ehrhardt na półkę, dajcie jej choć jedną szansę. Zdziwicie się, jak wiele spraw, o których pisze, nadal jest aktualnych – jeśli nawet nie w codziennej rzeczywistości, to w naszej własnej mentalności (a tę zmienić najtrudniej).

Trzecia pozycja, jedyna z opisywanych, której niestety nie mam na własność, to „10 głupstw, które robią kobiety, aby skomplikować sobie życie” Laury Schlessinger. Tytuł prowokujący, wiem. Rozpoczynałam czytanie tej książki trochę zjeżona, bo początek był dość ostry – autorka zapowiadała, że zajmie się swoją płcią bez białych rękawiczek i pokaże, jak często same sobie gotujemy życiowe niezadowolenie. W gruncie rzeczy obecnie teraz dość często się o tym mówi, ale jakieś dwanaście czy piętnaście lat temu, gdy czytałam „10 głupstw”, nie słyszałam wokół tak głośnego dyskursu.

Schlessinger mówi wprost: niesatysfakcjonujące związki (czy z partnerami, czy z rodziną, czy w pracy), brak zadowolenia z codzienności, poczucie „prześladuje mnie pech” i wrażenie, że wszyscy wokół wykorzystują, nie szanują i nie dbaj, jest głównie (a niekiedy wręcz wyłącznie) naszą winą. Naszą, tej konkretnej kobiety, która robi sobie takie kuku. To powtórka motywów z Ehrhardt: jeśli sama się nie szanujesz, sama nie zaznaczasz własnych granic, sama nie pilnujesz własnej przestrzeni – nie oczekuj, że zrobią to inni. Jeśli traktujesz się jak gorszą, skąd pomysł, że inni potraktują Cię jak lepszą? Jeśli sabotujesz swoje życie, swoje poczucie godności, swoje bezpieczeństwo – nie płacz później, że sabotaż się powiódł i jeszcze ktoś obcy na tym skorzystał.

Scena, którą najlepiej z tej książki pamiętam i która tkwi mi w głowie do dziś, rozegrała się podczas jednej z audycji radiowych Schlessinger. Autorka, jednocześnie psychoterapeutka, prowadziła własny program, podczas którego słuchacze mogli dzwonić, prosić o rady, zadawać pytania i żalić się. Pewna kobieta skarżyła się na swojego partnera – jak wynikało z opowieści, naprawdę paskudnego typa. Sugestię „może to czas na rozstanie” odrzuciła, bo „no jak, nie mogłaby, nie chce być sama, nie chce być żałosnym singlem” i tak dalej. Psychoterapeutka zadała jedno pytanie: czy życzyłabyś swojej córce takiego partnera, jakiego sama masz? Odpowiedź, która padła, była stanowcza: nigdy w życiu. Schlessinger natychmiast podchwyciła: czyli uważasz, że jesteś gorsza niż twoja córka czy jakakolwiek inna kobieta, której nie życzyłabyś takiego partnera? Czyli uważasz, że lepiej mieć byle jakiego partnera niż żadnego? To teraz, proszę, powtórz przed wszystkimi słuchaczami, przed milionową publicznością: wolę być z najgorszym mężczyzną, który mnie traktuje jak ścierkę do podłogi, niż być sama. Dzwoniąca spróbowała, po czym… rozpłakała się i stwierdziła, że nie, nie jest w stanie tego powiedzieć. Nie jest w stanie tak myśleć, nie chce tak myśleć. Nie chce tak krzywdzić sama siebie.

Ten jeden fragment świetnie podsumowuje całą książkę. „10 głupstw” polecam szczególnie tym czytelniczkom, które borykają się z nieustannym wrażeniem, że coś jest nie tak w ich relacjach z innymi (zwłaszcza z mężczyznami) i z kierunkiem, jaki przybiera ich życie. Ostrzegam: książka nie jest sympatyczna. To nie słodkie bzdurzenie o mężczyznach z Marsa i kobietach z Wenus, to kwaśne stwierdzenie, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć sami kopiemy pod sobą dołki, bez względu na płeć – tyle że kobiety (z różnych względów, zwłaszcza kulturowo-wychowawczych) są w tym lepsze. Niestety.

(W 2006 roku „10 głupstw” zostało po raz ostatni wypożyczone z Miejskiej Biblioteki Publicznej w Szczecinie i od tego czasu nie wróciło na półkę. Wiem, bo czasem sprawdzam w katalogu MBP. I jakoś się szczególnie nie dziwię).

Druga kategoria polecanek kontynuuje niektóre z poruszonych wcześniej kwestii, tylko nacisk zostaje przesunięty z zagadnienia „jak kobieta może przestać utrudniać sobie życie” na zagadnienie „jak my, wszyscy ludzie, możemy przestać utrudniać sobie życie i czerpać z niego jak najwięcej”. Aby uciec przed zarzutem „to są tanie porady rodem z pseudopsychologicznych amerykańskich poradników”, zaczniemy od dość już wiekowej (pierwodruk w 1976, polskie wydanie – 1993!) książki niemieckiego autora.

„Jak być egoistą” Josefa Kirschnera przeczytałam po raz pierwszy jeszcze w podstawówce i od tej pory jest to moja biblia nad bibliami – biblia życia po swojemu, a nie po cudzemu. Kirschner odczarowuje słowo „egoista”, zdziera z niego brzydkie potoczne znaczenie i wskazuje, w czym rzecz: egoista to człowiek, który najpierw myśli o sobie, a potem o innych, bo wie, że jeśli sam o siebie nie zadba, inni też tego nie zrobią. Co więcej – nie będzie się dobrym kandydatem na przyjaciela, partnera, pracownika, jeśli nie umie się troszczy o samego / samą siebie. Wszyscy jesteśmy egoistami, stwierdza autor, i to zupełnie naturalne. Problem w tym, że część ludzi uważa za egoizm życie według własnych potrzeb, natomiast za brak egoizmu – życie według cudzych potrzeb. Paradoksalna i kuriozalna sytuacja, którą można ująć tak: gdy robię to, co chcę, X uważa, że jestem egoistką. Gdy robię to, co chce X, X uważa, że nie jestem egoistką, jestem w porządku. Jednocześnie gdy ja chcę, by X zrobił coś zgodnie z moją wolą, X zarzuca mi egoizm, ale gdy X robi coś tak, jak chce, nawet wbrew mnie – według X wszystko jest w porządku. Rozpoznajecie ten schemat? Tak, bardzo wielu ludzi (my też, powiedzmy sobie szczerze) działa w ten sposób, rzadziej albo częściej.

Wszyscy tak postępujemy, stwierdza Kirschner, i jest to dość naturalne, tak jak naturalne jest dbanie o samego siebie, o swoją przestrzeń i granice. A przynajmniej powinno być.

„Jak być egoistą” to świetna pozycja zwłaszcza dla osób, które czują, że w zarzucie „jesteś wstrętną egoistką, bo ośmielasz się o sobie myśleć” tkwi jakiś błąd, lecz jednocześnie boją się słów „egoistka” i „egoizm”, bo to takie brzydkie i nieładnie o nas świadczy. Powołując się na Kirschnera, powiem tak: zawsze ktoś nas nazwie egoistką, bo nie zdołamy zadowolić wszystkich, nawet jeśli postawimy sobie taki życiowy cel. Najwścieklej będą nas wyzywać od egoistów ludzie, którzy jednocześnie będą nas najbardziej wykorzystywać. I którzy, oczywiście, śmiertelnie się obrażą, gdy my ich nazwiemy egoistami. Więc może najwyższy czas nauczyć się bycia egoist(k)ą i… cieszyć się życiem, o którym same marzymy, a nie taki, które narzucają nam inni?

Kirschner oduczył mnie bać się określenia „egoistka”. Ależ tak, jestem egoistką – tak egoistycznie zadowoloną i tak egoistycznie o siebie dbającą, że nie mam potrzeby narzucać innym swoich pomysłów na życie, za bardzo jestem zajęta życiem własnym. I nie przeszkadza mi, gdy inni żyją po swojemu. Z tego miejsca, drogi autorze „Jak być egoistą”, serdecznie dziękuję za lekcję, której mi udzieliłeś. Była ona – i jest – wielu z nas bardzo potrzebna.

Kolejne cztery propozycje za tydzień, na razie spróbujcie się zapoznać z którąś z dotąd wymienionych. Jestem bardzo ciekawa Waszych wrażeń.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.