ODROBINĘ NIETYPOWE POLECANKI KSIĄŻKOWE W ROKU 2018 (CZĘŚĆ 2)

Dziś zaczniemy od dokończenia drugiej kategorii polecanek na 2018, którą w poprzednim felietonie otworzyła książka „Jak być egoistą” Josefa Kirschnera. Jak zapewne pamiętacie, Kirschner zachęcał, aby skupić się na realizowaniu własnych pomysłów na życie i nie bać się zarzutu „jesteś egoistką”, bo świadczy on nie o „złym charakterze”, lecz o tym, że umiemy czerpać z własnego życia i się nim cieszyć zamiast podporządkowywać się cudzym wyobrażeniom.

Jeśli jednak to cieszenie się życiem nam nie wychodzi, bo autosabotażysta cały czas działa, mniej albo lepiej zakonspirowany gdzieś w zakamarkach naszego umysłu – czas na książkę „Ty jako swój największy wróg. Jak pokonać kompleksy” Kennetha W. Christiana. Ten amerykański psycholog opisał przedziwne zjawisko, które zauważał wielokrotnie i w swojej zawodowej praktyce, i w życiu prywatnym: ludzie o dużym potencjale, wartościowych umiejętnościach i obiecujących perspektywach w jakimś momencie sami sobie strzelają w kolano, tak jakby się bali odnieść sukces. I… rzeczywiście się boją. Wynika to z różnych przyczyn, od zadawnionych spraw z dzieciństwa po najświeższe doświadczenia, ale efekt jest ten sam: zawodzenie samego siebie, brak satysfakcji życiowej, niepewność, przekonanie, że nigdy się nie uda. Jak się okazuje, istnieje zestaw scenariuszy takiego sabotowania własnego życia i samego siebie; istnieje też zestaw sposobów, by się ze scenariuszami uporać, ale wymaga to pewnej pracy, a przede wszystkim – uświadomienia sobie problemu.

 

Nie sugerujcie się polskim podtytułem „Jak pokonać kompleksy”, jest bardzo nieadekwatny. Nie chodzi o to, czy macie kompleksy – chodzi o to, czy siedzi w Was mały autosabotażysta, taki osobisty miniterrorysta, który sprawia, że bez względu na to, jak wielki i dobry rozbieg bierzecie do przeskoczenia kolejnej życiowej poprzeczki – w ostatniej chwili potykacie się o rozwiązane sznurowadło, własną stopę albo kamyk, który poprzednio, przy próbnych skokach, w ogóle nie przeszkadzał. Jeśli tak się dzieje – już wiecie, po co sięgnąć.

 

Był okres, gdy książkę Christiana czytałam niemal codziennie. Od dłuższego czasu stoi na mojej półce nieruszana – co jest chyba najlepszą pozytywną recenzją, jaką można jej wystawić.

Przejdźmy do klimatów bardziej organizacyjno-realizujących: „18 minut” Petera Bregmana. To świetna pozycja dla wszystkich szukających inspiracji i podpowiedzi w zarządzaniu swoim czasem. Z „18 minut” wyniosłam koncepcję „obszarów skupienia”, która przemawia do mnie bardziej niż cztery ćwiartki Coveya; „obszary skupienia” zakładają wybranie w danym okresie konkretnych przestrzeni – zawodowych, prywatnych, rozwojowych etc. – które będą naszymi celami głównymi. W ramach tych obszarów wyszukujemy i wybieramy „podobszary”, czyli to, czym konkretnie chcemy się zająć (a podobszary, rzecz jasna, dzielimy w codziennym użytkowaniu na różnorodne podobszarowe części pierwsze).

Jednak Bregman to nie tylko „skupieniowe obszarówki”; to także, a nawet przede wszystkim, fascynująca podróż po krainie koncentracji, precyzowania i działania, podróż przebiegająca przez wszystkie nasze „słabe punkty organizacyjne”, podsuwająca pomysły na poradzenie sobie z autosabotażem i przygniatającą codzienną „bieżączką”, która uwielbia pojawiać się właśnie wtedy, gdy już siadamy do pracy nad czymś ważnym i ciekawym, i całkowicie wybija nas z rytmu (dla mnie taką bieżączką są najczęściej kolejne i kolejne maile służbowe albo wyskakujące niczym królik z kapelusza drobne sprawy „na wczoraj”, które zajmują nieproporcjonalnie spory w stosunku do swoich rozmiarów kawał czasu. Poza tym pewnie doskonale wiecie, ile zajmuje powrót do stanu skupienia i efektywnego działania po przerwie wywołanej takim „bieżączkowym atakiem”). Bregman to także pochwała rytuału, powtarzalności, swoistej rutynowości – szczególnie ważnej podczas „momentów zarządzających”, czyli rano, gdy planujemy nowy dzień, i wieczorem, gdy podsumowujemy dzień mijający oraz myślimy o tym nadchodzącym. „Moc rytuału wynika z jego przewidywalności”, stwierdza autor. W tej przewidywalności – o ile dobrze ją wykorzystamy – tkwi olbrzymia siła.

„18 minut” to jeden z moich przewodników po samoorganizacji i zarządzaniu własnym czasem. Sprawdźcie same – to książka, której warto poświęcić godzinę lub dwie, zwróci się z nawiązką.

Ostatnia kategoria to dwa peany na cześć sprzątania i jednocześnie zamknięcie temu zarządzania sobą. Zrobiłyście już porządki po świąteczno-noworocznych zabawach, spotkaniach, odpoczywaniu i bałaganieniu? Nie? To dobrze. Tak? Też dobrze. Bez względu na to, w jakim punkcie sprzątania (lub nieposprzątania) jesteście, warto sięgnąć po KonMari i… odkryć, że sprzątanie może być niesamowitą zabawą, a także ważnym punktem własnego rozwoju.

„Magia sprzątania” oraz „Tokimeki. Magia sprzątania w praktyce” KonMari, czyli Marie Kondo, były dla mnie odkryciem zeszłego roku (wiem, boom na tę autorkę pojawił się parę lat temu, ale na boomy literackie jestem nieco uczulona, więc wówczas po wymienione tytuły nie sięgnęłam. Być może musiałam na nie trafić właśnie w tym, a nie innym momencie). Nigdy dotąd nie czytałam czegoś tak pięknie, a zarazem sensownie, logicznie i praktycznie mówiącego o sprzątaniu. Dwie proste porady zawarte w „Przedmowie” przemówiły do mnie wyjątkowo mocno: „Zacznij od wyrzucania rzeczy. Następnie starannie zaaranżuj swoją przestrzeń”. Choć może ta prostota jest tylko pozorna… Wyrzucanie – zalecane przez autorkę jako działanie pierwsze, a nie drugie (na zasadzie „co się nie zmieści, to wywalę”) – okazuje się bowiem wyjątkowo trudne, nawet gdy zastosuje się metodę KonMari polegającą na „sprawdzianie radości”. Jesteśmy przywiązane do rzeczy. Mamy mniej lub bardziej brzydki nawyk mniej lub bardziej intensywnego chomikowania. Pamiętam scenę z „Marii i Magdaleny” Samozwaniec: siostry Kossak wraz z okolicznymi dziećmi zebrały stare, zniszczone zabawki i chciały je oddać ubogim maluchom. Zamożni rodzice, widząc to, kazali zabawki odnieść z powrotem tam, skąd zostały zabrane – czyli ze strychów i innych zakamarków. Dlaczego? Bo „to się może kiedyś przydać”. Samozwaniec podsumowała z mieszaniną kpiny i irytacji: tak bardzo się przydało, że albo przez lata pleśniało ze starości, albo ginęło w pożarze. Oczywiście jedno i drugie było o niebo lepsze niż oddanie tych starych, zbędnych rupieci potrzebującym biedakom.

Na chomikowanie bardzo dobry jest „sprawdzian radości”. Mnie też dopada nieraz nieprzyjemna myśl „ale przecież to się może kiedyś przydać”; nieprzyjemna, bo wywołująca wyrzuty sumienia, że coś się chciało wyrzucić i że się kiedykolwiek cokolwiek wyrzuciło. „To się może przydać” jest równie zdradzieckie, jak „może kiedyś z tego skorzystam”. Zapytanie samej siebie, czy dana rzecz sprawia radość, stanowi niezłe wsparcie. W taki sposób pozbyłam się właśnie dużej sterty gromadzonych przez lata gazet (wyrwałam z nich tylko te artykuły, które albo naprawdę przydadzą mi się na zajęcia, albo które mam ochotę po raz kolejny przeczyta). Pozbyłam się sterty nienoszonych ciuchów. Pozbyłam się książek, o których wiem, że nie wywołują we mnie poczucia szczęścia. Uwalniam swoją przestrzeń od nadmiaru rzeczy, które trzymałam już głównie siłą przyzwyczajenia, i naprawdę mi z tym dobrze. Bardziej szczegółowo o moim „domowym konmari” piszę obecnie na „Dwóch ćwiartkach” i do tego tematu z pewnością jeszcze wrócę, bo okazuje się niezwykle inspirujący.

Oczywiście nie wszystkie metody KonMari muszą wszystkim pasować. Do mnie na przykład nie przemawia składanie ubrań tak, by ustawiać je pionowo, więc tego nie robię; natomiast przy ręcznikach i ścierkach układ pionowy bardzo mi się spodobał, właśnie wypróbowuję go w codziennej praktyce. Nie mam szans na zrobienie pełnych porządków w krótkim czasie, musiałam to rozłożyć na kilka podejść (zwłaszcza przegląd książek). Nie podoba mi się robienie pudełek na różne rzeczy z innych pudełek (na przykład pudełka na biżuterię z tekturowego pudełka po chusteczkach higienicznych). Ale to są pojedyncze elementy, które można dopasować do siebie; natomiast całość – koncepcja wielkiego sprzątania, które umożliwi w przyszłości zachowanie stałego porządku, i spojrzenie na porządkowanie własnej przestrzeni jako na jeden z podstawowych elementów porządkowania własnego życia zdecydowanie mnie przekonują. Jeśli szukacie inspiracji do zrobienia generalnego, pełnego i trwałego porządku oraz różnych praktycznych pomysłów do wykorzystania w domu i poza domem – „Magia sprzątania” oraz „Tokimeki” są właśnie dla Was. Trudno nie polubić Marie Kondo, która nie ma w sobie nic z Perfekcyjnej Pani Domu, za to bardzo dużo z nas – normalnych, prawdziwych kobiet, które zmagają się z mniejszym lub większym bałaganem wokół siebie. A poza tym książki KonMari są dowodem na to, że gdy się pisze o czymś z pasją, można tym zachwycić i zarazić czytelnika. Nawet gdy się pisze o czymś tak pozornie zwykłym i nieciekawym jak sprzątanie.

Mam cichą nadzieję, że zechcecie sięgnąć po choć jedną z książek, o których opowiadałam w tym lub poprzednim felietonie, i że jej lektura okaże się przydatna. Tego Wam (nam) życzę na cały rok: książek, które będą pozytywnie zmieniać nasze życie, inspirować, wspierać… i zwyczajnie cieszyć.

Zapraszam na mój blog: https://barbarapopiel.blogspot.com/2018/01/domowe-konmari-czyli-jak-w-sprzataniu.html

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.