1 sierpnia 2018 roku – kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Z tej okazji zabierałem się do przygotowania dwóch artykułów na ten temat, gdy nagle… dopadła mnie intelektualna niemoc.

 

Nie potrafiłem w żaden sposób przelać swych myśli na papier; każda próba uszeregowania swojej wiedzy i zamieszczenia jej w tym materiale kończyła się fiaskiem. Dlaczego? Przecież znam ten temat na tyle dobrze by móc bez problemu stworzyć całkiem niezły tekst.

Robiłem to wiele razy bez żadnych potknięć i nic nie stało na przeszkodzie by znów wszystko toczyło się normalnym torem, lecz zdałem sobie z tego sprawę, że jestem związany z tym tematem zbyt emocjonalnie by chłodnym okiem  spojrzeć na związane z nim wydarzenia.

Postanowiłem zrobić to bez żadnych wyszukanych słów. Nieobiektywnie, emocjonalnie i niekiedy dosadnie. Nie wstydzę się, bo i nie mam czego… Wszystko płynie z mojego wnętrza. Na pewno skreślona słowa nie przypadną niektórym do gustu… Nie muszą. Mam to gdzieś. Moje przemyślenia uzewnętrzniam, bo czuję taką potrzebę.

Na wszystkie głosy mówiące: „po co zajmować się przeszłością? Liczy się teraźniejszość!”, odpowiadam: dzięki temu „zajmowaniu się” zachowuję swoją tożsamość i mogę dziś mówić po polsku, a w niedalekiej przyszłości będą robić to moje dzieci. Brzmi to wyświechtanie? Może, ale co w tym złego, że czuję się kimś jasno sprecyzowanym, a nie obywatelem tworu polityczno-gospodarczego wmawiającego mi, że narodowość i patriotyzm to „faszyzm”.

Drażni mnie ta niewolnicza mentalność zakładająca, iż musimy za każdym razem bić się w pierś i uważać na to, by pewnymi niewygodnymi faktami nikogo nie urazić. Ta mentalna kastracja robi z Nas coraz częściej oprawców stawiając na równi z okupantem. Każdy narodowy zryw zyskuje miano „mitu”, który na siłę chce pokazać beznadziejność i bezcelowość podejmowanych działań.

Nic tylko mea culpa, mea culpa…

Nie jestem ignorantem niedostrzegającym tych wszystkich fatalnych skutków jakie przyniosło z sobą Powstanie, ale empatia zmusza mnie do tego, by zadać jedno proste pytanie: czy ci wszyscy młodzi ludzie zdawali sobie z tego sprawę? Nie!

Dla nich to był czas narastającej frustracji, która musiała znaleźć w czymś ujście. Widok łapanek, rozstrzeliwań na ulicy, wywózek i zwyczajny brak możliwości prowadzenia normalnego, cywilizowanego życia potęgował w nich uczucie uzasadnionej nienawiści – mieli już dość życia w strachu pod niemieckim butem. Chcieli żyć, kochać, marzyć… po prostu być ludźmi. Walczyć o wolność, a nie biernie czekać na śmierć.

Moraliści oczywiście podważą słowo „uzasadnionej”… niech podważają. Każda zbrodnia przeciwko ludności nie może pozostać bez odzewu i musi liczyć się z odwetem. Oczywiście od razu podniosą się tu głosy o rozmaitych „polskich oprawcach”/ “polskich konfidentach” uczestniczących w mordowaniu innych polskich obywateli (różnego pochodzenia). Ci ludzie zapominają o tym, że w każdym narodzie trafiają się jednostki zdemoralizowane, prostackie; w których wojna wyzwala najpodlejsze instynkty… wszyscy chyba zapomnieli o tym co działo się, zupełnie współcześnie, podczas rozpadu byłej Jugosławii.

Lepiej pluć, generalizować i odpowiednio zmieniać kierunek klęczenia tak, by skutecznie popłaszczyć się w czyjąś stronę.

Jeśli już mowa o konfidentach… to współczesne donosicielstwo też ma się całkiem dobrze. Europejskie instytucje chętnie wysłuchują osoby “zatroskane” o los naszego kraju… i swojego portfela. Wszystko oczywiście w imię jakiś bliżej nieokreślonych wartości tylko dla niepoznaki skrywanych pod płaszczem jednego z największych osiągnięć starożytnych Greków…

I nie mówię tu o filozofii, choć ta mogłaby nauczyć niektórych samodzielnego myślenia.

Współczesne, prawie że, orwellowskie “nowomyślenie” stwarza okazję do wylewu wszelkiej maści „autorytetów” prężących swe wątłe muskuły i dokonujących gwałtownej rewizji polskiej historii.

Większość tych ludzi noszących zaszczytne miana „publicystów”, „profesorów” i innych „polityków” może teraz uzasadniać sobie bezcelowość Powstania Warszawskiego gdy już znają jego przebieg.

Dobrze gdyba się przy porannej kawce i pączku, gdy na ulicach stoją samochody, które przewożą ludzi do pracy, a nie wywożą ich do obozu.

Gdy powietrze przeszywa gwizd zniesmaczonych protestujących, a nie gwizd kul – po fakcie każdy może być mądry. Każdy może poddawać analizie fakty uchodząc za mentora.

„Gdybym wiedział, że się przewrócę to bym się położył” – nie da się cofnąć przeszłości, ale znając jej przebieg można zadbać o przyszłość.

A z tą bywa różnie… patriotyzm staje się coraz bardziej „modny”, choć jak zwykle trafi się ktoś, kto będzie próbował zdyskredytować jego wszelkie objawy, dorabiając do niego ksenofobię i inne plugastwa.

Jak grzyby po deszczu rynek wydawniczy zalewają publikacje pokazujące, że w sumie „to ci akowcy tacy fajni nie byli”… Cenzura już dawno zniknęła i mamy wolność wypowiedzi, niemniej jednak, niektórzy nadużywają tego prawa fałszywie naginając rzeczywistość dla swoich materialnych korzyści – nic się nie sprzedaje tak dobrze jak kontrowersja i sensacja.

Zwłaszcza jeśli dotyczy pewnych dogmatów narodowych.

Uff… zdaję sobie z tego sprawę, że zapanował tu pewien chaos połączony z chaotycznością… Tekst miał być o Powstaniu, a przerodził się w rozważania na tematy „okoliczne”. Trudno, nie będę go zmieniał. Emocje wzięły górę.

Dodam tylko tyle, że nie boję dumy jaka mnie ogarnia gdy słyszę o Polakach walczących pod Monte Cassino, Lenino, w Bitwie o Anglię i na barykadach Warszawy. Nie boję się wzruszeń oglądając serial „Kolumbowie” i czytając książkę Romana Bratnego.

W tym duchu będę wychowywał swoje dzieci – z dala od tych wszystkich idei wymazujących granice z mapy i zlewających kulturę w jedną, bezkształtną masę.

Nie jestem niewolnikiem… niczyim.

 

Chwała bohaterom!

 

autor: (matador)

 

grafika tytułowa: Dominik Wiśniewski