PIĘĆDZIESIĄT

Czy zdajecie sobie sprawę, że to już pięćdziesiąty felieton w „Bazgrolniku”? Naprawdę. W zasadzie mały jubileusz (chyba z tej okazji kupię sobie jakiś prezent).

Pięćdziesiątka od jakiegoś czasu wydaje mi się bardzo specyficzną „babską liczbą”. Taką – nową trzydziestką. Kto czytał „Kobietę trzydziestoletnią” lub inne utwory Balzaca, ten pamięta doskonale: kobieta trzydziestoletnia to kobieta, która (o ile nie dosięgły jej szpony straszliwego demona staropanieństwa) jest już ładne ileś lat po ślubie, dochowała się dzieci, teraz już dorastających i wchodzących powoli w świat, sporo doświadczyła, w tym doli i niedoli małżeńskich, zostawiła za sobą świeżość i blask pierwszej młodości „końcówka nastu lat – początek lat dwudziestu” oraz młodości dojrzewającej „druga połowa dwudziestki”, wkracza zaś w wiek dojrzały – trzydziestkę. Balzac (przy całym swoim seksistowsko – patriarchalnym spojrzeniu na płeć przeciwną) zauważał i podkreślał – pozytywnie! – niezwykle istotną kwestię: kobieta trzydziestoletnia jest kobietą dalej interesującą, seksowną i seksualną, emocjonalną i głodną świata. Ba, pod pewnymi względami jest nawet ciekawsza i bardziej fascynująca – bo ma już jakieś życiowe doświadczenia (nie tylko w kwestiach damsko-męskich), poglądy, ukształtowaną osobowość. W Balzakowskim świecie komedii ludzkiej to właśnie kobieta trzydziestoletnia staje się równorzędną partnerką mężczyzny, a nawet jego niebezpieczną konkurentką. Wprawdzie rozgrywa się to głównie na poziomie relacji miłosno-erotycznych, czasem powiązanych z kwestiami finansowymi (ach, te nieśmertelne weksle, kręcący się wokół lichwiarze oraz ciągłe kombinowanie, kto po kim, ile i kiedy odziedziczy!), ale i tak jest znaczące. Co jeszcze bardziej znaczące, kobiecie trzydziestoletniej, więc kobiecie dojrzałej, zamężnej, dzieciatej, obłożonej obowiązkami domowymi, towarzyskimi i społecznymi – tej kobiecie Balzac przyznaje prawo do głodu świata, uczuć i przeżyć, a ponadto – również prawo do zaspokajania tego głodu.

Jednym słowem, kobieta trzydziestoletnia u Balzaca to baba, która stwierdza: no dobra, kochani, dla was już się nażyłam i narobiłam, teraz moja kolej.

Dzisiejsza trzydziestolatka w gruncie rzeczy dopiero wchodzi w świat, który Balzakowska trzydziestka zna już na wylot. Dzisiejsza trzydziestolatka nierzadko nie jest jeszcze ani zamężna, ani udzieciowiona, ewentualnie w jednym i drugim przypadku ma niewielki staż. Dzisiejsza trzydziestolatka dokształca się, rozwija, poznaje świat, czasami naprawia różne błędy z okresu dwudziestki. Wprawdzie hasełka społecznej presji (partner!, małżeństwo!, dzieci!, stabilizacja według schematu!) powoli zaczynają się wychylać z różnych kątów, ale dzisiejsza trzydziestka ma znacznie więcej możliwości wyboru, a także nieeleganckiego, lecz jakże niekiedy skutecznego pokazania środkowego palca nachalnym stworkom. Co więcej, ma na to coraz więcej odwagi.

Tak, dzisiejsza trzydziestka to zupełnie inna historia niż ta z Balzaca (dzięki wam, pokolenia emancypantek i feministek, dzięki którym my, dzisiejsze trzydziestki, możemy wybierać: kariera, rodzina lub kariera i rodzina, możemy krzyczeć głośno „żądamy równych praw i płac”, możemy – choć nadal trudniej niż mężczyźni – dochodzić do wysokich stanowisk, dużych pensji i życiowego spełnienia w takiej formie, jaka odpowiada nam, a nie społecznemu widzimisię. Dzięki wam za to i wybaczcie, że tyle kobiet korzystających z owocu waszego trudu tak bezmyślnie i bezczelnie mówi: „Ależ ja nie jestem feministką!”. Przykro mi. Podejrzewam, że jeden dzień w waszej skórze skutecznie by je wyleczył z gadania głupot). A jednak balzakowska kobieta trzydziestoletnia nadal istnieje – tylko w innej grupie wiekowej. I – na szczęście – ma bardziej urozmaicone pole poszukiwań niż tytułowa bohaterka.

Uświadomiłam to sobie kilka lat temu: dzisiejsza wersja kobiety trzydziestoletniej Balzaca to kobieta pięćdziesięcioletnia. Ta dzisiejsza pięćdziesięciolatka, która odchowała już dzieci (a czasem nawet załapała się na wnuki) lub – rzadziej – dzieci nie ma, która dalej pracuje zawodowo, czasem jest mężatką, czasem wdową, czasem rozwódką, czasem singlem, jest lub nie jest zadowolona ze swojego życia prywatnego i zawodowego; ta dzisiejsza pięćdziesięciolatka, która robi trzecie życiowe podsumowanie (pierwsze jest po trzydziestce, drugie po czterdziestce), podsumowanie, które bywa wyjątkowo bolesne i niepokojące, bo „mam już szósty krzyżyk na karku – i co dalej?”. Ta dzisiejsza pięćdziesięciolatka, która zaczyna rozbijać pewne szklane sufity, obalać pewne społeczne stereotypy, jednym słowem – wyłamywać się (i przy okazji nas, przyszłe pięćdziesięciolatki) z powszechnie akceptowanego wzorca „pani w średnim wieku”. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, kto by dziś nazwał pięćdziesięcioparolatków „ludźmi w średnim wieku”? Ja nie potrafię.

Uświadomiłam to sobie, obserwując własną matkę, kilka koleżanek z pracy (z którymi świetnie mi się rozmawia i spędza czas mimo dwudziestu lat różnicy), a także kobiet dookoła. Pamiętam pewien kurs tańca, stworzony specjalnie dla kobiet powyżej czterdziestki, na którym ja i ze dwie dwudziestoparoletnie dziewczyny byłyśmy w miażdżącej mniejszości.

Na marginesie – czy macie pojęcie, jaki to wspaniały widok, kobieta „pięćdziesiąt plus”, która tańczy taniec brzucha, zyskuje (lub odzyskuje) sympatię do swojego ciała (nieudającego, że nie ma pięćdziesiątki), dobrze się bawi i dobrze się czuje w swoim byciu kobietą? Czy macie pojęcie, jak niesamowicie pięknym widokiem jest gromada pięćdziesięcioparolatek, które tańczą skomplikowany układ, są ubrane w egzotyczne stroje, śmieją się radośnie i każdym swym ruchem przekazują „mamy wywalone na to, czy wypada, czy nie wypada”?

Nie wiem, czy macie pojęcie. Ja mam. I myślę, że możliwość obserowowania tych kobiet była dla mnie niesamowitym szczęściem – oraz dobrą wróżbą na przyszłość.

Gdy teraz, w wieku trzydziestuparu czy nawet czterdziestuparu lat, myślimy o swojej pięćdziesiątce i tym, co nastąpi po „pięćdziesiąt plus”, być może jeszcze nie odczuwamy, jak bardzo będziemy potrzebować pozytywnych wzorców; wzorców realnych, bliskich i codziennych, nie z ekranów kin, okładek tabloidów czy wpisów na plotkarskich portalach. Guzik mi da wiadomość, że ta „gwiazda 50+” codziennie biega, tamta „prezenterka 50+” zmieniła pracę, wyszła z nieudanego związku i właśnie odkrywa swoje nowe życiowe powołanie, a owamta „bizneswoman 50+” rozwija karierę na maksa i jednocześnie uczy się tańca przy rurze. Gwiazdy, celebryci i cała reszta serwowana w telewizji śniadaniowej nic mi nie da i nie jest żadnym punktem odniesienia. Jedynym punktem odniesienia, wartościowym wsparciem i porządną inspiracją będą kobiety wokół – im bliżej, tym lepiej. Własna matka, koleżanki z pracy, sąsiadki, panie uczęszczające do miejsc, w których i ja bywam. Kobiety, które są prawdziwe, namacalne, codzienne – bo to w nich jest największa siła, to one odwalają najważniejszą i najcięższą robotę. Łatwo być fit, hit i trendy, gdy ma się status gwiazdy lub celebrytki, potężną sumę na koncie, trenera personalnego, znajomości w świecie mody i poczucie społecznego poparcia („Och, jak to super, że aktorka z mojego ukochanego serialu jeździ na łyżwach, choć już przekroczyła pięćdziesiątkę!”). Trudniej – o wiele, wiele trudniej – gdy jesteś „tylko” Anią z zieleniaka, Małgosią z księgowości, Dominiką z bilbioteki czy Zuzanną z działu promocji i marketingu; gdy jesteś zwykłą kobietą, jakich wiele na ulicy, masz swoją rodzinę (forma dowolna: partner, dzieci, zwierzaki, rodzice, grupa przyjaciół), stertę naczyń do pozmywania, ratę kredytu do zapłacenia i jeszcze wypadałoby zrobić przegląd samochodu. Wtedy właśnie – jako „tylko zwyczajna kobieta” – dostajesz w twarz tymi wszystkimi społecznymi stereotypami, które nie mają odwagi podskakiwać przy celebrytach, a nawet jeśli podskakują, to przez to jeszcze tylko podkręcają „niezwykłość” celebryckich działań. Więc, jak pisałam, naprawdę nic mi nie da fakt, że ta aktorka „50+” chodzi na jogę i uprawia slow jogging (polecam najnowszy numer „Coachingu”, ciekawa sprawa), a tamta dziennikarka „50+” związała się z facetem młodszym od niej o dziewięć lat. Nie. Coś da mi dopiero fakt, że moja matka po pięćdziesiątce wreszcie przyznała sobie prawo chodzenia do kosmetyczki, moja koleżanka po pięćdziesiątce żyje w udanym nieformalnym związku i spędza ze swoim partnerem urlop, pedałując jak szalona przez bory i lasy, a moja fejsowa znajoma po pięćdziesiątce zakłada własną firmę, uczy się nowego języka i zbiera pieniądze na samotną podróż w wymarzone miejsce. To są przykłady, które za kilkanaście lat staną się dla mnie wsparciem, a już teraz – drogowskazami. I które – powiedzmy to sobie szczerze – przecierają szlaki. Dla nas, dzisiejszych trzydziestek, życie pięćdziesięciolatki prawdopodobnie stanie się o niebo łatwiejsze, przyjemniejsze i bogatsze – właśnie dzięki dzisiejszym kobietom „pięćdziesiąt plus”, kobietom zwykłym, codziennym i bliskim, które społecznemu, potocznemu i przestarzałemu poglądowi „w pewnym wieku nie wypada, w pewnym wieku kobieta się kończy jako kobieta, pewne rozrywki, prace i przeżycia są zarezerwowane tylko dla młodych” pokazują język (zupełnie jak smarkule) i robią po swojemu (zupełnie jak dorosłe). Dzisiejsze pięćdziesięciolatki biorą na klatę zmaganie się z tym, z czym – miejmy nadzieję – my, dzisiejsze trzydziestolatki, za dwadzieścia lat zmagać się już nie będziemy. I choćby po to – po to, by w wieku pięćdziesięciu lat móc żyć po swojemu, bez wpasowywania się w odgórne ramki „w tym wieku wolno, nie wolno”, by żyć dalej jako pełnowartościowy człowiek i pełnowartościowa kobieta – warto te dzisiejsze pięćdziesięciolatki wspierać. Jeśli więc macie matkę, ciotkę, kuzynkę czy koleżankę z grupy „pięćdziesiąt plus”, która robi coś, co potocznie „w tym wieku już nieszczególnie wypada”, weźcie do rąk pompony i zafundujcie jej cheerleaderskie „go, go, fifty-girl!”. Bo jeśli dziś Wy nie zrobicie tego dla niej, za ileś lat nikt nie zrobi tego dla Was. A możecie – możemy – w którymś momencie okropnie tego potrzebować.

Lubię patrzeć na moją matkę, odkąd skończyła pięćdziesiątkę. Lubię patrzeć, jak robi rzeczy, których jako czterdziestolatka pewnie by nie zrobiła, bo „przecież już za późno, już nie wypada”. Lubię patrzeć na to i lubię ją w tym wspierać – a wystarczą naprawdę drobiazgi, choćby pójście razem na zakupy, sprezentowanie wymarzonych okularów przeciwsłonecznych, w których czuje się jak gwiazda filmowa, czy ucieszenie się, że jedzie samotnie na zagraniczny urlop. Czasem mówię jej, że po skończeniu pięćdziesiątki stała się mentalną szesnastką – w pozytywnym, na plus zwariowanym sensie. Widzę ją w jednym z pierwszych szeregów Pochodu Kobiet Pięćdziesięcioletnich XXI wieku – pochodu, do którego kiedyś chętnie się przyłączę. Jeśli po piećdziesiątce będę miała choć połowę tej energii, tego zaciekawienia życiem i tej codziennej siły, które ma dziś moja matka – stanę się kobietą pięćdziesięcioletnią, z którą trzydziestodwuletnia ja chętnie poszłaby na herbatę, ploty i wypełniony śmiechem spacer po mieście.

A Wy? Jak wyobrażacie sobie własną spełnioną pięćdziesiątkę – lub, jeśli już jesteście w tym wieku, co robicie, aby był to naprawdę udany i satysfakcjonujący okres Waszego życia? Prześlijcie swoje pomysły i odpowiedzi na adres „Kobiecej Sprawy”: redakcja@kobiecasprawa.pl – najciekawszą wypowiedź Redakcja planuje nagrodzić małym upominkiem. Jesteśmy ogromnie ciekawe, co napiszecie!

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.