PIĘKNO MILCZENIA

 

„– John Foster mówi tak – zacytowała Joanna – »Jeśli potrafisz spędzić z kimś pół godziny w zupełnym milczeniu i nie czuć przy tym wcale skrępowania, ty i osoba ta możecie zostać przyjaciółmi. Jeśli zaś milczenie będzie wam ciążyło, jesteście sobie obcy i nie warto nawet starać się o zadzierzgnięcie przyjaźni«.
– Widocznie i John Foster potrafi od czasu do czasu powiedzieć coś niegłupiego – zgodził się Eddy”*.

 

To jedna z najpiękniejszych i zarazem najprostszych definicji zarówno przyjaźni, jak i miłości: człowiek bliski to ten, z którym można – i chce się – i umie się – i nie boi się – milczeć. Definicja ta powtarza się w wielu książkach Montgomery; jest to tym bardziej znaczące, że słowa i mówienie stanowią główny element rzeczywistości jej bohaterek. Ania, Joanna, Pat, Emilka, Historynka, Jana, Marigold – one wszystkie mówią, by tworzyć relacje, wszystkie słowami kształtują świat wokół siebie. A jednak w najważniejszych momentach, w momentach sprawdzających siłę związków, to właśnie milczenie, nie słowo, okazuje się ostatecznym egzaminem.

 

W najnowszym, styczniowo-lutowym numerze „Coachingu”, znalazłam artykuł pod tytułem „Cisza ma głos”, rozpoczynający się od słów: „By wypuścić strzałę, musimy naciągnąć łuk. A im bardziej naciągniemy cięciwę, tym dalej i szybciej poleci. Taką samą zasadą kieruje się nasze życie. By szło do przodu, potrzebne są brak działania. I cisza”**. Co jakiś czas zarówno w czasopismach branżowych, jak i w zwykłych gazetach powraca hasło „cisza jest ważna”, „milczenie ma znaczenie”. Powiedzenie „mowa jest srebrem, a milczenie złotem” gdzieś tam jeszcze tkwi nam pamięci, czasem nawet zostaje wypowiedziane, zwykle wtedy, gdy ktoś w naszym otoczeniu miele językiem bez opamiętania. W gruncie rzeczy jednak z milczeniem mamy zdecydowany problem. Ba, problem – my się milczenia zwyczajnie boimy.

Milczenie rzeczywiście wystawia nas na próbę. Jeśli nie można zagadać swojej i cudzej obecności, to co pozostaje? Tylko i wyłącznie my – obdarci z dźwiękowych zasłon, które utrudniają dokładne zobaczenie siebie nawzajem. Zostają emocje, których nie ma czym zagłuszyć. Zostają różnorodne pytania, często niewygodne i nieprzyjemne, które nagle zyskują niezagadaną przestrzeń.

Kilka zdań o milczeniu znalezionych w powieści Montgomery towarzyszy mi już od czasów podstawówki, ale chyba dopiero w okresie licealnym zaczęłam je doceniać. Obecnie są jednym z podstawowych i wyjątkowo skutecznych sposobów sprawdzenia, czy czyjeś towarzystwo mi odpowiada. Ale cisza zapadająca między mną a drugim człowiekiem lub między mną a… mną ma też inne znaczenia.

 

Milczenie jest dobre. Zamilknięcie to nie tylko moment na zebranie myśli, to moment na coś o wiele ważniejszego – na pobycie, takie naprawdę intensywne i intymne, z samą sobą. To wcale nie jest łatwe; jeśli nawet nie przeraża Was stanięcie twarzą w twarz ze sobą, trudne może się okazać zwykłe wyłączenie własnej wewnętrznej gaduły, którą spotyka się właśnie wtedy, gdy zaczyna się świadomie szukać ciszy. Przerabiałam to podczas każdej medytacji w buddyjskim ośrodku: skupienie się na tym, na co się medytuje i próba uwolnienia umysłu od gonitwy codziennych myśli skutkuje tym, że te „myśli-bieżączki” zaczynają atakować z podwójną, potrójną, poczwórną siłą. Wrażenie w pierwszej chwili jest okropne i człowiek czuje się tak, jakby na dzień dobry przegrał z kretesem. Oczyszczenie umysłu? Wolne żarty. Chyba jeszcze nigdy ten umysł nie był tak zabałaganiony.

 

A jednak wcześniej czy później udaje się uchwycić, choćby na chwilę, to wyciszenie. Oczywiście jest ono cały czas narażone na ataki myśli-przeszkadzaczy, ale nawet krótka chwila uwolnienia od nich smakuje niesamowicie. Być może próbowałyście, być może spróbujecie (bez żadnego kontekstu religijnego, medytacyjnego czy ideologicznego): skupienie wzroku na jakimś punkcie, zastopowanie myśli, koncentracja (czysto fizyczna) na tym, co się widzi i na oddychaniu. W którymś momencie pojawia się, krótsze ;lub dłuższe, uczucie oderwania od wszystkiego, kompletnego wyciszenia – i oczyszczenia, oczyszczenia psychicznego oraz fizycznego jednocześnie. To milczenie, wewnętrzne milczenie, jest najlepszym lekarstwem, jakie znam, na lęki, stres i całą masę współczesnych niepokojów.

 

Milczenie jest silne. Podczas zajęć z komunikacji powtarzam studentom i uczniom: mówca, który potrafi na chwilę zamilknąć, może zawładnąć salą. Prelegent, który nie boi się momentów ciszy w swoim wystąpieniu, wydaje się silniejszy, a sama cisza podkreśla znaczenie słów. Najgorszy jest słowotok, w którym brakuje choćby krótkich pauz. Pamiętam przeczytaną niegdyś poradę: jeśli podczas twojego wystąpienia publiczność rozmawia, przerwij wypowiedź i spójrz na gadających. Nie uciszaj. Nie komentuj. Nie krzycz (zwłaszcza nie krzycz! Krzyk „Proszę o ciszę!” zdradza bezradność). Stój, patrz i milcz. Dość szybko rozmawiający zorientują się, że wokół nich jest dziwnie cicho, a jeszcze wcześniej mogą ich uciszyć inni słuchacze. Przetestowałam tę metodę na dorosłych, na nastolatkach i na dzieciach. Zawsze działa. Gdy odpowiedzią na słowa jest milczenie – odbiorca milczenia nie wie, o co chodzi, co się dzieje. Silniejszy – milczący – kontroluje sytuację.

 

Milczenie jest też piękne. Naprawdę. Najpiękniejsze jest w nim to, że pozwala usłyszeć inne dźwięki. Właśnie dlatego towarzystwo ludzi, którzy nie potrafią milczeć, okazuje się tak męczące – niszczy urok tych wszystkich otaczających nas odgłosów, które można usłyszeć i poczuć dopiero wtedy, gdy się zamilknie.

 

Pamiętam spacery z pewnym chłopakiem, z którym się kiedyś spotykałam. Spacery były irytujące, bo chłopak, niestety, z milczeniem czuł się źle i co chwila dopytywał: „O czym myślisz? Czemu milczysz? Dlaczego nic nie mówisz?”. Wędrówka po lesie sama w sobie mogła być urocza, ale niestety ciągłe wypytywanie wszystko psuło. Poza tym, uwierzcie, takie zagadywanie na siłę potrafiło wyzwolić w człowieku dość mroczne instynkty. Nic dziwnego, że owe spacery bardzo szybko się skończyły.

Pamiętam opowieść pewnej koleżanki o jej przyjaciółce: miła dziewczyna i tak dalej, ale ma jedną koszmarną wadę: buzia jej się nie zamyka. Nawet gdy siedzą gdzieś na dworze i patrzą w niebo, przyjaciółka musi czymś zagadać przestrzeń: o, jakie chmury. O, drzewo. O, siedzimy tu już tyle a tyle czasu. Koleżankę szlag trafiał i coraz bardziej unikała towarzystwa nałogowej gaduły.

 

Pamiętam kilka dłuższych wypraw samochodem, podczas których trafiali się rozmowni współpasażerowie. Jazda samochodem jest dla mnie dość specyficznym momentem, bo wtedy właśnie wyjątkowo się odprężam i mam ochotę jedynie milczeć, patrzeć przez szybę oraz słuchać – ale nie rozmów, tylko dźwięków zza okna, odgłosów jadących samochodów, szumu powietrza. Aby uszanować własne prawo i jednocześnie nie urazić tych, którzy chcą pogadać, zwykle udaję, że śpię. Jednocześnie za każdym razem w takich sytuacjach jeszcze bardziej doceniam własnego partnera, który potrafi przemilczeć ze mną całą drogę podczas podróży samochodem. To właśnie taki rodzaj milczenia, o którym pisała Montgomery – milczenie możliwe tylko tam, gdzie ludzie naprawdę mają sobie coś do powiedzenia.
Jeżeli mamy wokół siebie ludzi, z którymi możemy i chcemy milczeć, doceńmy ich – to wcale nie tak częste i nie tak powszechne dobro. I nie bójmy się samego milczenia. Jest dobre, jest silne, jest piękne. Pozwala pobyć sam na sam ze sobą. Umacnia pozycję silniej niż krzyk czy słowotok. I jest czymś, czym można się napawać jedynie w towarzystwie tych naprawdę wyjątkowych dla nas ludzi.

* Lucy Maud Montgomery, „Błękitny Zamek”, tekst opracowany na podstawie wydania polskiego z 1926 r., Warszawa 1985, s. 77–78.
** Marta Sawicka-Danielak, „Cisza ma głos”, „Coaching” 1/2018 styczeń–luty, s. 78.

Barbara Popiel

Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień