POCHWAŁA DYLETANTYZMU

Żyjemy w epoce ekspercko-specjalizacyjnej. W różnych dziedzinach potrzeba ekspertów, fachowców, specjalistów; w założeniu im bardziej się w danej działce zawodowej wyspecjalizujemy, tym bardziej będziemy wartościowi, niezbędni, niezastąpieni. Celujemy w niezajęte jeszcze nisze, których poznanie i opanowanie wymaga nieraz sporych nakładów energii, czasu i środków, ale opłaca się dzięki zagwarantowanemu potem statusowi „tych speców od tego tam, czego nikt inny nie czai”.

Jednocześnie zaś – paradoksalnie – żyjemy  epoce wiecznego przebranżawiania i imperatywu nieustannej elastyczności rynkowej. Wczoraj pedagog, dziś przedstawicielka handlowa, jutro kosmetyczka. Pojutrze, być może, animatorka kultury, a w przyszłym tygodniu grafik stron www. Nic nie jest wykluczone – w życiu zawodowym spodziewajmy się niespodziewanego, bo w codziennej niepewności, w jakiej żyjemy, tylko zmiany są pewne.

Zauważyłyście, jak sprawnie i naturalnie, niekiedy wręcz niezauważenie (zwłaszcza dla samych siebie) łączymy te dwa pozornie przeciwstawne trendy? Zresztą dotyczy to nie tylko pracy; w życiu prywatnym też żyjemy w stanie dwoistości: z jednej strony dążymy do wyprofesjonalizowania się, z drugiej natomiast – jesteśmy gotowe na ciągłe przemiany, modyfikacje i przechodzenie z dziedziny w dziedzinę.

Czu zastanawiałyście się kiedyś, jak życie w dzisiejszych czasach i wymogi rynkowo-życiowe odebraliby nasi przodkowie? Może uznaliby, że jesteśmy opętani (no, trochę jesteśmy, choć diabeł z rogami i widłami niewielkie ma w tym udziały). Może zarzuciliby nam posługiwanie się czarną magią (nawet niegłupi zarzut). A może oszaleliby, przytłoczeni ogromem informacji, oczekiwań i obowiązków? W końcu oni najczęściej rodzili się i umierali w jednym zawodzie, jednym stanie społecznym i nierzadko w jednym miejscu. Mobilność, multitasking i multibranżowość to nasze współczesne skille.

Ciekawa jestem, jak by zareagowali. Ciekawa jestem, co by powiedzieli.

A czy przyszło Wam do głowy, że ta wymagana i pożądana elastyczność zawodowa, gotowość do przebranżawiania się oraz odnajdywanie się w zupełnie nowych rolach to umiejętności, które mogą być powiązane… z dyletantyzmem? Nie wyłącznie, oczywiście – ale przynajmniej trochę. Z dyletantyzmem określanym przez słowniki jako „zajmowanie się jakąś dziedziną bez fachowej wiedzy lub odpowiedniego przygotowania; dyletanctwo, amatorszczyzna” („Słownik wyrazów obcych”) i stanowiącym raczej pejoratywne określenie? Dyletant to ten, kto dotyka tylko powierzchni, orientuje się po łebkach, trochę z widzenia, trochę ze słyszenia, co nieco ze skojarzeń i odrobinę na wyczucie. Dyletant, ten, który nie jest specjalistą-profesjonalistą, który tylko się bawi tematem, a nie pracuje z nim.

Nie każdy może być specem. Każdy może być dyletantem.

I to ostatnie stwierdzenie jest chyba punktem wyjścia do zrozumienia naszej wielobranżowości. Bo dyletantyzm, jak od ładnych paru lat coraz bardziej się przekonuję, jest podstawą przygotowania do przeskakiwania: z zadania na zadanie, z dziedziny na dziedzinę, z zawodu do zawodu. Dyletanckie orientowanie się w wielu zakresach to zabezpieczenie: nie przed wypadnięciem z opanowanej już działki zawodowej, bo przed tym trudno się uchronić w stu procentach, lecz przed czymś znacznie gorszym – przed pozostaniem z niczym. Pierwsze przykazanie świeckiego dekalogu pracy powinno brzmieć: „Będziesz miał inne zawody poza mną”. Kto łamie to przykazanie i potrafi wykonywać tylko jeden zawód, odnaleźć się tylko w swojej pierwotnej niszy specjalizacyjnej, skazuje się wcześniej czy później na porażkę i utratę zawodowej egzystencji. Nie zawsze, oczywiście; jednak więcej znajdziemy wokół siebie potwierdzeń tej reguły niż wyjątków od niej.

Kto poza zawodem, którego się wyuczył, specjalnością, którą opanował, niszą, którą wypełnił swoją działalnością, zna się jeszcze dyletancko na dwóch czy trzech innych rzeczach, po amatorsku wykonuje jakieś zadania czy z czysto prywatnego zainteresowania poznaje jakąś dziedzinę, ma szansę wykorzystać je, odwołać się do nich, gdy nadejdzie czarna godzina „Tutaj już pana nie potrzebujemy” albo „Wyczerpała pani swoje możliwości, szukamy na to miejsce świeżego umysłu”. Przecież takie sytuacje się zdarzają. Tak, nawet nam.

Może się też zdarzyć sytuacja odwrotna – to ja potrzebuję świeżej przestrzeni do działania, to ja potrzebuję czegoś innego. Bez zaplecza w postaci mniej lub bardziej dyletanckich umiejętności trudno nie tylko szukać nowych miejsc, lecz nawet wybrać kierunek tych poszukiwań.

Dyletantyzm ma jednak dla mnie jeszcze jedną wartość, o wiele ważniejszą, a związaną z życiem prywatnym. Otóż wiele drobnych powodów do codziennego szczęścia, zadowolenia czy uśmiechu zawdzięczamy właśnie dyletantyzmowi.

Dyletancko muzykuję. Umiem grać na pianinie (choć ostatnio mam dłuższą przerwę od grania), uczę się (też z przerwami) grać na flecie. Gram… znośnie. Gdy już się złapie rytm, jest nieźle; gdy się tego rytmu jeszcze szuka, wychodzi niezłe rzępolenie. Mylenie nut, gubienie linii melodycznej, niewłaściwe naciśnięcie pedałów (pianino) albo kłopot z właściwym utrzymaniem opuszek placów na dziurkach (flet) bywa irytujące, czasem zniechęca – ale tylko trochę i na chwilę. Po momencie irytacji łatwo się uspokoić – w końcu robię to tylko dla siebie, dla zabawy, dla przyjemności. Żadnych harmonogramów do przestrzegania, deadline’ów do dotrzymania, punktów do odhaczenia z to-do listy. Jesteśmy tylko ja, czynność, która mi sprawia przyjemność oraz czas, który poświęcam właśnie sobie.

Dyletancko rysuję i maluję. Właściwie należy to określić mianem malarskiej grafomanii, bo malować nie umiem, umiem tylko paćkać farbą z lepszym lub gorszym efektem. Nie robię tego regularnie – czasem najdzie mnie ochota na wyciągnięcie zza komody sztalug albo kredek z pudełka. Wychodzą mi rzeczy bardziej lub mniej do siebie podobne. Efekty odkładam do szafy. Nie są warte uwagi i zachwytu – i nie do tego są mi potrzebne. Potrzebna jest mi sama zabawa z rysowaniem / malowaniem, zmaganie się z kreską i kolorem bez żadnego napięcia, szczególnego oczekiwania czy spodziewanych korzyści. Bazgrolę na płótnie albo na kartce. I tyle.

Dyletancko się uczę niektórych języków. Języki nowożytne, języki europejskie – ich nauka jest jasna, zrozumiała, oczywista, jeśli chodzi o sens, potrzebę i przydatność w życiu zawodowym. Ale co w sytuacji, gdy dany język jest mi zbędny? Pamiętam niezwykłe uczucie, gdy w czasie studiów śródziemnomorskich mieliśmy semestr hebrajskiego. Język zupełnie mi do niczego niepotrzebny, język, z którym nie będę pracować, język, wobec którego nie miałam żadnych planów – po prostu chciałam go poznać, chociaż trochę, choćby wstępnie, przynajmniej po to, by mieć kontakt z pisaniem od prawej strony i brakiem samogłosek. By zrozumieć, w minimalnym stopniu, jego istotę. Ten semestr nauki hebrajskiego był najpiękniejszy i najintensywniejszym doświadczeniem studenckim: oto uczyłam się czegoś tylko po to, by się tego nauczyć, dla samej przyjemności uczenia, zupełnie bez potrzeby i bezinteresownie. Nie zrozumcie mnie źle – z wielką przyjemnością uczyłam się wielu innych rzeczy i na polonistyce, i na śródziemnomorskiej, ale we wszystkich przedmiotach widziałam jakieś, mniejsze lub większe, pragmatyczne uzasadnienie ich obecności w programie nauczania. Hebrajski wyprosiliśmy sobie u władz uczelni sami – cała grupa, garstka zdziwaczałych pasjonatów, którzy chcieli hebrajskiego, a potem skręcali się z zazdrości, gdy młodszy rocznik wywalczył z kolei semestr akadyjskiego. Niesamowite uczucie „uczę się tego po nic, dla czystej frajdy uczenia się czegoś” powraca do mnie do dziś. Mam wrażenie, że wtedy właśnie dotknęłam takiej quasi-platońskiej idei nauki: uczenia się dla bezinteresownego poznania. Nadal pamiętam początek psalmu, który należało przygotować na zaliczenie przedmiotu: „Im Adonai lo iwne…”. Uczyłam się go przez kilka tygodni, werset po wersecie. Zazdroszczę dawnej sobie momentu triumfu, gdy usiadłam przed profesorem i wyrecytowałam płynnie cały tekst.

Teraz wracam do tamtego uwodzicielskiego uczucia. Klasyczny tybetański też nie jest mi do niczego potrzebny – do niczego poza czystą przyjemnością nauczenia się języka tylko po to, by ten język znać. No i trochę ze względów religijnych. Ale bez żadnego napięcia, terminów i podnoszonych poprzeczek. Na tej samej zasadzie chciałabym się kiedyś nauczyć – chociażby wstępnie – sanskrytu: bo po prostu ciekawi mnie ten język, jego odmienność od języków europejskich, jego historia i gramatyka. Po co? Właściwie po nic. Ot tak, dla poszerzenia dyletanckich obszarów.

Dyletancko jeżdżę na łyżwach. Nie bywam zbyt często na lodowisku, nadal zdarzają mi się upadki; z podziwem i zazdrością patrzę na ludzi, którzy potrafią się okręcać lub jeździć tyłem, ale to zazdrość niewinna, wynikająca z podziwu. Nawet nie wiem, czy chciałabym tak jeździć. Wystarczy mi fakt, że już się nie trzymam barierki, że potrafię zrobić nawet kilka okrążeń lodowiska bez wywrotki i bez zatrzymywania się, że udaje mi się zapanować nad nogami (które lubią same skręcać). Pewnie obserwowana z boku, wyglądam jak marna podróbka pingwina. Ale radość z samego utrzymywania się na łyżwach zupełnie mi wystarcza – i nawet nie mam pretensji o więcej.

Dyletancko czytam kryminały i opowieści grozy. Jako filolog jestem naznaczona uruchamianiem filologicznego warsztatu przy czytaniu czegokolwiek (może poza instrukcjami obsługi), do szukania kontekstów, analizowania i oglądania pod kątem literaturoznawczym, językoznawczym, teoretycznoliterackim, kulturoznawczym. Jednak przy kryminałach i opowieściach grozy ten warsztat zawieszam – może nie w pełni (zboczenie zawodowe robi swoje), ale pozwalam sobie na powrót do nieskrępowanego pierwszego czytania, do zwykłej rozrywki dzięki lekturze i do cieszenia się tym, co przeczytałam. Nie twierdzę, że w przypadku innych lektur nie jest to możliwe; ale gdy czytam jedynie po to, by się rozerwać i odprężyć, czuję się znów jak małe dziecko, które zaczytuje się ukochaną baśnią. Pozwalam sobie ignorować różne błędy, wady i niedociągnięcia, skupiam się tylko na tym, czy historia (choćby najbardziej banalna) mnie wciąga. To takie czytelnicze guilty pleasure. Ale tych tekstów nie badam naukowo, więc mogę sobie pozwolić na mniej profesjonalne podejście do sprawy.

Mam wrażenie, że bez dyletantyzmu nie bylibyśmy szczęśliwi – nie mielibyśmy przestrzeni na oddech, rozrywkę i niezobowiązujący rozwój; na robienie rzeczy przyjemnych i wciągających bez specjalnych ku temu predyspozycji; na banalne cieszenie się czymś, co jest nam wprawdzie potrzebne jak w moście dziura, ale jednak sprawia przyjemność. Nie umiem sobie wyobrazić pełni człowieczeństwa bez odrobiny dyletanctwa; tym bardziej że poczucie bycia dyletantem to także ochrona – ochrona przed nadmiernym przekonaniem o swojej wyjątkowości, omnipotencji i wszechdoskonałości. Dobrze wiedzieć, że w jakiejś dziedzinie jest się co najwyżej niezłym amatorem. Dobrze wiedzieć, że niektóre rzeczy można robić tak sobie i bez zobowiązań. Dobrze wiedzieć, że nie ma się szans na bycie perfekcyjnym pod każdym względem. Być absolutnie perfekcyjnym – to dopiero byłby koszmar. I dla nas, i dla ludzi wokół nas.

Na szczęście każdy jest w jakimś stopniu, w jakimś zakresie dyletantem. I niech tak zostanie.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.