PODEJRZANYCH PODANO, MADAME

Uwielbiam kryminały – obok opowieści grozy i książek dla dzieci to mój ulubiony dział literatury. Uwielbiam niewyjaśnione morderstwa, zagadki zamkniętego pokoju, grupę podejrzanych, z których żadne nie mogło tego zrobić, a jednak któreś zrobiło. Uwielbiam wędrować krok w krok za detektywami, patrzeć na ich działania, próbować (zwykle bezskutecznie) nadążyć za ich tokiem myślenia, a wreszcie z podziwem i szeroko otwartymi oczami (czasem też ustami) wysłuchiwać wyjaśnień, kto, jak, kiedy i dlaczego, bo przecież to oczywiste, drogi Watsonie, to logiczne, gdy się wysili małe szare komórki, drogi Hastingsie, bo ja po prostu z zasady nie ufam ludziom, dodaje skromnie pewna stara panna z St. Mary Mead.

Uwielbiam kryminały i bardzo często powracam do starych, klasycznych pozycji. Dobry kryminał można poznać po tym, że daje się go przeczytać ponownie z co najmniej taką samą przyjemnością (a nieraz i większą, bo człowiek skupia się już nie na „O rany, o rany, które z nich zatłukło?”, tylko na „Aaa, to w taki sposób morderca i autor mnie poprzednio wykiwali, jaki majstersztyk!”). Sięgam też co jakiś czas do najnowszych pozycji, które pojawiają się na naszym wydawniczym rynku. Niektóre podobają mi się bardziej, niektóre mniej; jedne zachwycają, nawet mimo pewnych niedociągnięć czy zawodów („Lokatorka” J.P. Delaneya), inne są po prostu niezłe czy poprawne i kilka chwil po przeczytaniu ani grzeją, ani ziębią („Kobieta w oknie” B.A. Paris), pozostałe wywołują wzruszenie ramion połączone z pytaniem „O co tyle hałasu, kanapka z rzodkiewką wzbudza więcej emocji” (Jo Nesbø). Niemal wszystkie jednak pozostawiają po sobie bardzo konkretne poczucie – poczucie braku wielkiej powieści detektywistycznej.

No cóż, możliwe, że dwa ostatnie słowa już wyjaśniają cały mój problem: w bardzo szeroko rozumianych kryminałach, dziś przenikających się z powieściami sensacyjnymi i thrillerami, miłością mojego życia jest powieść detektywistyczna, której serce stanowi zbieranie śladów, gromadzenie dowodów, analizowanie zeznań, przeprowadzanie dedukcji i odkrywanie kawałek po kawałku układanki pod tytułem „zbrodnia (nie)doskonała”. Co więcej – fascynują mnie historie o zabójstwach zwykłych, codziennych, wśród samych swoich, o mordercach, którzy są zwykłymi ludźmi, tyle że w jakiejś chwili postawionymi w sytuacji, w której nie widzą innego niż morderstwo wyjścia. „Mieszkańcy Broadhinny to wszystko bardzo porządni ludzie. A to, pamiętaj, było już nie raz motywem morderstwa”, wyjaśniał kiedyś Herkules Poirot zaprzyjaźnionemu policjantowi („Pani McGinty nie żyje”). I to jest ten najciekawszy element – nie zwyrodniali zbrodniarze, nie przebiegli socjopaci, nie recydywiści, dla których zabicie człowieka to jak wyrzucenie do śmietnika papierka po cukierku; nie – najciekawsi są ci zwykli, porządni ludzie, którzy na krótki moment wykraczają poza swoją porządność, by tę porządność móc dalej utrzymać, i którzy po zbrodni jak najszybciej do owej porządności wracają. I którzy bardzo szybko się orientują, że powrót wcale nie jest możliwy, a oni sami od tej pory są rozdarci między dwoma stanami świadomości, stoją jedną nogą w innym świecie. „Morderstwo to nic trudnego”, przekonywała Luke’a pewna starsza pani podczas podróży pociągiem, na kilka chwil przed tym, nim sama została zamordowana („Morderstwo to nic trudnego”). „Jak łatwo jest zabijać, gdy już się zacznie”, stwierdzała z przerażeniem i niedowierzaniem Jacqueline de Bellefort, gdy podliczała popełnione z Simonem zbrodnie („Śmierć na Nilu”). „Tylko pierwsze morderstwo jest trudne, potem już morderca się przyzwyczaja, nabiera pewności, że nikt go nie zdemaskuje, nabiera śmiałości – i nie ma już nic do stracenia, więc nie zawaha się zabić ponownie”, ostrzegał Herkules Poirot wiele osób, które zdradzały apetyt na szantaż, pogrywanie z mordercą lub samodzielne dochodzenie do prawdy (Poirot miał rację za każdym razem, więc nawet nie ma co się wysilać na podawanie tytułów; ale przynajmniej raz, w „Tragedii w trzech aktach”, udało mu się przekonać pewnego świadka, że prowokowanie mordercy, by go później dla swoich pisarskich celów poobserwować, jest pomysłem co najmniej chybionym. Może po prostu pisarze mają więcej niż inni ludzie wyobraźni potrzebnej do wyobrażenia sobie „Ups, mnie też może zabić”).

Przyznaję, jestem ogromnie konserwatywna, jeśli chodzi o powieści detektywistyczne. Nie cierpię rozlewu krwi, bebeszenia wnętrzności, patroszenia ofiary i zalewania mnie, czytelnika, juchą szczegółów o tym, co, jak i w ilu kawałkach bohaterowi wyrwano, odcięto, wydłubano etc. Gdybym chciała takich szczegółów, poszłabym na medycynę i została patologiem. Zostałam jednak filologiem, więc bebeszę teksty, nie ludzi – i tego chcę się trzymać, również podczas czytania dla przyjemności.

Nie znoszę również ładowania w historię kryminalną wielkich intryg politycznych, wielokrotnych morderców-psychopatów wyskakujących zza każdego zakrętu niczym sprzedawcy w niektórych sklepach, zabójców wyciąganych jak króliki z kapelusza (aż chcę wtedy krzyknąć: „Hej, jak to pan zabił, pana dotąd nie było na liście płac, spadaj pan!”. Takie czytelnicze „Pan tu nie stał”.). A nade wszystko nie cierpię detektywów, którzy bardziej nadają się na odwyk, do psychiatryka lub na zasiłek dla bezrobotnych niż do pracy detektywistycznej – oraz nie cierpię robienia z policji gromady idiotów. OK, jasne, wiem, że zwykle detektywi trochę się zderzają z policją, bo wchodzą na ten sam teren – ale w niektórych książkach to już kpiny. Czytałam kiedyś dwie serie M.C. Beaton, „Agathę Raisin” oraz „Hamisha Macbetha”. Serie same w sobie całkiem sympatyczne, czasem słabe, czasem średnie, czasem lepsze, ale w obu pojawił się ten sam schemat: wszyscy policjanci, szczególnie ci głównodowodzący, byli kretynami do kwadratu, chamami do sześcianu i bezmózgami po prostu razy pięć. Wszyscy, ciągle, tom po tomie. Przez takie ustawienie sił odechciewało się czytać, serio.

Porównajcie to z Agathą Christie (dla mnie do dziś niezaprzeczalną królową kryminału, ba, cesarzową wręcz): policjanci są różni, ale nawet gdy są bardziej nadęci, denerwujący czy się mylą, nie są kretynami. Przede wszystkim stary dobry nadinspektor Japp: jasne, lubił sobie przypisywać część zasług Poirota (zwykle za jego przyzwoleniem); nieraz zamiast powiedzieć wprost: „Słuchaj, stary, nie radzę sobie, pomóż”, odgrywał wielce dobrotliwego „Jappa, który po koleżeńsku pozwoli Poirotowi pobawić się w śledztwo”; czasem ścierał się z Poirotem ostro albo niechętnie zgadzał się na jego pomysły; ale ile razy sytuacja stawała się krytyczna, Japp nie zawodził zaufania małego belgijskiego detektywa i sam nie przestawał mu ufać.

A ci wszyscy policjanci, którzy mieli do czynienia z panną Marple? Niektórzy jej nie lubili (inspektor Slack!). Niektórzy uwielbiali (sir Henry Clithering); dla jednych była irytującą, śmieszną lub roztargnioną staruszką, która jakimś cudem odkryła, w czym rzecz, dla innych – stanowiła bazę informacyjno-strategiczną (inspektor Dermot Craddock – pięknie to widać w tomie „Zwierciadło pęka w odłamków stos”). Jednak żaden, nawet ten, który nie docenił najwybitniejszej mieszkanki St. Mary Mead, nie został przez autorkę oznaczony etykietką „durny policjant i koniec”. Bo tak szczerze mówiąc, co to za chwała i sława dla detektywa, rozwiązać zagadkę, skoro jego przeciwnikiem w tym działaniu jest gromada idiotów? Poirot, panna Marple, Sherlock Holmes, lord Peter (Dorothy L. Sayers) czy Joe Alex (kto wie, że to polski autor?) mieli do czynienia z policjantami, którzy znaleźli się w policji dlatego, że mieli ku temu jakieś predyspozycje, a nie dlatego, że w powieści był potrzebny policjant-debil. Naprawdę, autor, który musi stworzyć postać policjanta-debila, by główny bohater-detektyw rozbłysł mu wreszcie niczym gwiazda na Broadwayu, to słaby autor. I słaby detektyw.

Dobra postać detektywa, dobra postać policjanta i ciekawa zagadka morderstwa – tak, to trzy bardzo ważne składniki porządnej powieści detektywistycznej. Ale tym, co decyduje o smakowitości dalszej lektury, jest – lista podejrzanych. Och, intrygująca listo podejrzanych, jakże cię uwielbiam! Szereg zróżnicowanych postaci, o odmiennych charakterach, historiach, możliwych motywach! Postacie zebrane razem (jeśli dochodzi do tego przypadek rodem z „Kart na stół”, gdzie morderca znajduje się wśród zamkniętej z ofiarą grupy ludzi, jestem podwójnie szczęśliwa). Podejrzani, do których stosuje się zasada huśtawki: wszyscy są podejrzani i wszyscy mogli to zrobić – a nie, nikt nie mógł tego zrobić i każdy ma alibi – a nie, każde alibi gdzieś szwankuje, znów wszyscy są podejrzani – a nie, znów pojawia się coś, co wyklucza wszystkich razem i każdego z osobna – a nie…

Nazywam to podaniem podejrzanych na tacy i uważam za najbardziej smakowitą sytuację detektywistyczną. Zamknięta grupa potencjalnych winnych, wykluczające się wzajemnie zeznania, klaustrofobiczne „Kto z nas? Kto z nich?” i moja czytelnicza możliwość przebierania w podejrzanych – to coś wspaniałego. Christie wyraźnie też to lubiła, i nic dziwnego, najlepsze powieści stworzyła właśnie na tym schemacie (z „Dziesięcioma Murzynkami” na czele).

Czytam obecnie kolejne części próbujących utrzymać (ze średnim skutkiem) ten klimat przygód Perry’ego Masona („Sprawa…”, Erle Stanley Gardner). Dopiero co przeczytałam „Pozwól mi wrócić” B.A. Paris, „Bez śladu” Linwooda Barclaya, w ostatnich miesiącach w ogóle wczytywałam się w głośne teraz thrillery. Wrażenia są przeróżne, ale refleksja końcowa ta sama: w zalewie thrillerów i powieści sensacyjnych odczuwam coraz silniejszy brak klasycznej powieści detektywistycznej. Jak Agatha Christie. Jak Dorothy L. Sayers. Jak Joe Alex. Jak Georges Simenon (choć Simenon lubił czasem wyciągać mordercę z tylnej kieszeni, co nie zmienia faktu, że komisarz Maigret jest świetny). Jak Gilbert Keith Chesterton (cudowny ksiądz Brown, który mógłby się mierzyć z Poirotem, gdyby miał choć jeden procent Poirotowego wielkiego ego). Jak – by sięgnąć po bardziej współczesne nazwiska – Martha Grimes (jej Richard Jury, inspektor Scotland Yardu, a zarazem bibliofil, to piękne nawiązanie do starszych wzorów detektywa, a zagadki morderstw rzeczywiście intrygują i wciągają) oraz Carola Dunn („Kryminalne przypadki Daisy D.” są uroczym powrotem nie tylko do międzywojennych lat Wielkiej Brytanii, lecz również do wątku detektywa-amatora, który idzie ramię w ramię z policją. W tym przypadku detektyw-amator jest jednocześnie młodą arystokratką, która wbrew sprzeciwowi rodziny postanawia sama zarabiać na życie – nie, nie jako detektyw, tylko jako dziennikarka, ale tak się składa, że gdzie Daisy Dalrymple się nie pojawi, tam trup ściele się gęsto. Ot, taka karma, panna Marple miała to samo, „przyciągała morderstwa”, jak czasem niektórzy stwierdzali mniej lub bardziej na serio. Z kolei owo „idzie ramię w ramię” w sytuacji Daisy okazuje się dość dosłowne, bo nadinspektor Alec Fletcher szybko ulega urokowi tej dziennikarki-detektywki, ale ku jego utrapieniu Daisy nie tylko jako panna Dalrymple, lecz również jako pani Fletcher nie daje się odciągnąć od wtykania nosa w nie swoje sprawy i nie swoje trupy. I chwała jej za to).

Nie ma wielkiej powieści detektywistycznej bez przyciągającej postaci detektywa, bez fascynującej zagadki morderstwa i bez smakowitej listy podejrzanych. W każdym razie według mnie nie ma. I dziś o taką wielką powieść detektywistyczną coraz trudniej. Są wciągające na pięć minut historyjki-pytania „O, a tu kto zabił?”, są detektywi-fachowcy, którzy muszą mieć ze sobą więcej problemów niż niektórzy politycy mają z liczeniem (na przykład publicznych pieniędzy), są detektywi-amatorzy z przypadku i są mordercy, którzy z całych sił nie chcą mieć nic wspólnego ze zwykłym człowiekiem, muszą więc być w jakimś stopniu psychopatyczni lub demoniczni, a przynajmniej straumatyzowani i pokrzywdzeni przez los, innych ludzi czy brak Świeżaków w Biedronce. To wystarcza na chwilę, na jedno przeczytanie. Ale do takich powieści nie będę wracała po pięć, dziesięć, dwadzieścia razy, nie będę ich za każdym razem czytała z takim samym zachwytem i nie będę o nich myślała, pamiętała po latach, by rzucać nazwiskami, sytuacjami, cytatami. „Mieszkańcy Broadhinny to wszystko bardzo porządni ludzie. A to, pamiętaj, było już nie raz motywem morderstwa” Poirota tkwi w mojej głowie bardzo mocno jako piękne podsumowanie pewnego społecznego zjawiska. „Ja z zasady nie ufam ludziom. Nie należy wierzyć w nic, co ludzie mówią o sobie” panny Marple to gorzka lekcja zaufania społecznego, w którą z każdym dniem wierzę bardziej i bardziej. „Dlaczego jako jedyny zobaczyłem w lustrze samego siebie? Może dlatego, że z reguły nie patrzę w lustro”, piękne wykpienie zarozumialstwa „ważnych person” w wykonaniu księdza Browna wciąż wywołuje u mnie uśmiech. Co pozostało w mojej głowie z lektury współczesnych kryminałów, thrillerów, powieści sensacyjnych? Jakiś niewyraźny miks nazwisk, które nie wywołują emocji. Niewiele sytuacji, chwilę po zakończeniu lektury zupełnie nieistotnych. Ani jeden cytat, który mógłby mieć choćby minimalne znaczenie w codziennym życiu.

I ani jeden zestaw podejrzanych na tacy, który wywołałby czytelnicze oblizywanie ust. Dobry zestaw podejrzanych to wyjątkowy smakołyk, którym czytelnik chce się delektować. Tylko powrót do klasycznej powieści detektywistycznej sprawia, że mogę nasycić ten apetyt.

Nie przestawajcie czytać Agathy Christie, Joe Alexa, Gilberta Keitha Chestertona. Klasyczna powieść detektywistyczna to nie tylko fenomenalne wyzwanie intelektualne – to także wyjątkowa uczta dla czytelniczych zmysłów. Wybieranie „swojego” podejrzanego z zestawu podanego na tacy jest niczym wybieranie czekoladki z najwyższej jakości bombonierki. Nie wiesz, na co trafisz, nie wiesz, czy akurat to nadzienie przypadnie Ci do gustu – ale mimo wszystko masz pewność, że będzie Ci smakować. I to także jedna z niepowtarzalnych cech wielkiej powieści detektywistycznej. Tego się nie da podrobić.

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.