tai-chokolate-fullsizerenderSzczytowe miejsce na liście marzeń większości Polaków zajmują podróże. Dlaczego? Ponieważ oprócz odpoczynku psychicznego od codziennych obowiązków i stresów, podróżowanie nas inspiruje, motywuje i doświadcza. Każdy z nas wyjeżdża na wakacje z innymi założeniami, lecz u każdego efekt końcowy jest taki sam – naładowane akumulatory i mobilizacja do stawiania czoła kolejnym wyzwaniom.

Przyznam się, że mam hopla na punkcie podróży, zarówno tych małych, jak i dużych. W mojej głowie nieustannie tlą się plany odnośnie kolejnej destynacji, a blogi podróżnicze czytam z zamiłowaniem. Przed każdym wyjazdem wyszukuję informacje o miejscach, w których warto być i coś zjeść. Gdy mam gorszy dzień, przenoszę się myślami w miejsca takie jak bezludna, rajska wysepka, zachód Słońca na środku pustyni, czy zatłoczona meksykańska knajpka z wyśmienitym jedzeniem… I to właśnie jedzenie jest jednym z głównym powodów, dla którego potrafię pokonać tysiące kilometrów 🙂 dlatego też postanowiłam podzielić się tą miłością i zainspirować Was do porzucenia zorganizowanych wycieczek w zamkniętym hotelu z all inclusive i posmakowaniu prawdziwych smaków, które czekają na was chociażby na ulicznych straganach… 🙂

Opowieści o kulinarnych podróżach zacznę od Tajlandii, bo to ona skradła bez reszty moje serce! Eksplozja smaków, kolorów i zapachów była tak wspaniałym doświadczeniem, że zawsze chętnie będę wracała do tego miejsca na Ziemi. Dokładając do tego dostępność posiłków, które znajdowały się właściwie wszędzie 🙂 oraz ich niewiarygodnie niską cenę (np. Pad Thai z kurczakiem – smażony makaron z warzywami i orzeszkami- 5 zł), Tajlandia jest bez wątpienia mekką dla wszystkich tych, którzy kochają jeść.

Co ważne, większość smacznych posiłków zjadłam przypadkowo, przechadzając się po ulicach, w przydrożnych straganach lub “barach” (o ile kilka plastikowych krzesełek i stolików z wystawionymi garami na ulicy można nazwać barem 🙂 ), które okazały się o niebo lepszym rozwiązaniem, niż restauracje i znane sieciówki, uważane przez niektórych za najbezpieczniejsze źródło pożywienia. Warto tu dodać, że pomimo mojego delikatnego żołądka, który często daje mi o sobie znać w Polsce, o dziwo na wyjeździe nie bolało mnie nic 😉

12309913_1257060450977407_1060700150134864791_oKolejna rzecz, która przemawia za próbowaniem w Tajlandii wszystkiego, co napotkamy na swojej drodze to fakt, że niejednokrotnie można zjeść produkty niedostępne w Polsce (np. duriany) lub produkty powszechnie uważane za niejadalne (np. robaki 🙂 ). Są też sytuacje, w których okazuje się, że pewne produkty, smakują miliard razy lepiej w miejscu ich naturalnego występowania, niż te same, importowane do nas z dalekich zakątków świata (np. mango i arbuzy).

Przebywając w miejscach, gdzie są przyrządzane i podawane posiłki, poznajemy kulturę danego kraju. Obserwujemy zwyczaje mieszkańców, słuchamy ich ojczystego języka i mamy okazję porozmawiać o sprawach innych, niż utarte wypowiedzi przewodników i taksówkarzy. Takie spotkania uczą też często pokory, gdyż niejednokrotnie osoby, bądź całe rodziny, przygotowujące jedzenie to osoby ubogie, które pomimo swojej ciężkiej sytuacji życiowej wkładają całe serce w przyrządzanie posiłków, a ich radość i uprzejmość względem gości zaskarbia sympatię niejednego podróżnika, który przy każdej nadarzającej się okazji, wraca do tego samego miejsca, by odwiedzić osoby, które wywołują pozytywne, niewymuszone emocje w ich sercach.

Przeglądając oferty atrakcji turystycznych do zwiedzenia w danym miejscu coraz częściej znajduję również tematykę szkola-kulinarna-img_0944kulinarną. W Tajlandii postanowiłam z niej skorzystać, dlatego też zgłębiłam sztukę kulinarną tego narodu w Thai Kitchen Cookery Centre w Chiang Mai. Wraz z osobami z Niemiec, Austrii i Holandii odwiedziliśmy targ, na który turyści raczej nie zaglądają (nikt ze sprzedających nie mówił po angielsku :)). Po zapoznaniu się z charakterystyką potrzebnych składników wróciliśmy do naszej szkoły, gdzie podzieleni na zespoły, robiliśmy wybrane przez nas posiłki. Przygotowane dania spożywaliśmy wspólnie, częstując się wzajemnie i wymieniając doświadczenia 🙂 W naszym menu znalazły się m.in.: kurczak w zielonym curry, sałatka z papai, smażony makaron, krewetki w mleczku kokosowym, spring rollsy i wyśmienite mango “stricky rice”. O samej wizycie w tej szkole kulinarnej mogłabym napisać opowiadanie, lecz skrócę to tylko do krótkiego hasła – musicie tego spróbować sami!

Jak w każdym innym kraju z odmienną kulturą spotkają Was pewne niuanse, na które trzeba się przygotować. Jedzącjedzenia-z-workow-12322474_1257060020977450_4955731169248543382_o na ulicznych straganach przygotujcie się na spożywanie posiłków z woreczka, często bez użycia sztućców, siedząc na pobliskim krawężniku 🙂 niech nie zdziwi was widok przemykającego obok was szczura… tak, one żyją w pełnej symbiozie z miejscową ludnością i są jej nieodłącznym elementem. Jedzenie na plastikowych talerzykach w lokalnym “barze” (j.w.) to już luksus dla backpackera. Nie oburzajcie się więc, gdy obok was jeden z Tajów będzie miał wiadro z wodą, w którym “spłucze” talerz poprzedniego gościa i poda na nim wasz posiłek. To, co utkwiło mi w pamięci, to sytuacja, gdy zamówiłam ryż z krewetkami w ananasie. Po podaniu wyglądałparowka-zamiast-krewetek-12291178_1251022161581236_8913726981352848041_o przepysznie, lecz w trakcie jedzenia mimo uporczywych poszukiwań krewetek w nim nie znalazłam. Dlaczego? Ponieważ ich nie mieli lub były stare. W kulturze Tajów niedopuszczalne jest podanie nieświeżego posiłku. Często wymieniają oni składniki na coś, czym obecnie dysponują i co dostaną rano na targu. Nie róbcie więc afery, gdy zamiast ryżu z kurczakiem, dostaniecie ryż z jajkiem- cieszcie się, że gospodarz zadbał o wasze brzuszki i oszczędził Wam rewolucji żołądkowych 😉

fullsizerender1Tajlandia to kraj tysiąca smaków, zapachów i świątyń, które naprawdę warto zobaczyć. Rzeczy, o których mogłabym się rozpisywać jest mnóstwo, ale postaram się ograniczyć do kilku haseł, nawiązujących do moich kulinarnych wspomnień z tamtego regionu: smażone robaki, pająki i skorpiony na słynnej Khao San Road, ekspresowe naleśniki z bananem, niebieski ryż na słodko barwiony płatkami kwiatów, najostrzejsza, wypalająca usta zupa Tom Yum, orzeźwiająca Papaya Salad, woda z łupanego kokosa i moje ukochane “thai chocolates” (i nie chodzi tu o czekoladę, a przyprawę chilli, której używają na potęgę 🙂 ). Do tego miejsca takie jak pływające targi, nocne markety i wszędobylskie stragany to coś, co za każdym razem przyprawia mnie o kulinarny zawrót głowy 🙂 Uprzejme usposobienie Tajów i nieodłączny uśmiech na ich twarzach zarażał optymizmem, który sprawiał, że pomimo ciężkiego plecaka, nieznośnych upałów i setek kilometrów w niekomfortowym transporcie, uważam ten wyjazd za jeden z najlepszych, jakie mogły mnie spotkać.
Mam nadzieję, że zachęciłam Was po próbowania życia, niekoniecznie tylko na dalekich trasach. Jedzenie w hotelu owszem może być dobre i wygodne, ale prawdziwy charakter regionu, w którym przebywacie, poznacie wychodząc do ludzi, którzy gotując z sercem oddadzą Wam na talerzu skrawek swojej kultury, w której się wychowali.

A Wy, jakie miejsca i potrawy byście nam polecili? 🙂

Magda Zarębska