Nauczona doświadczeniami z ostatniej podróży do Azji uznałam, że tym razem wycieczka w tak dalekie rejony nie może zakończyć się na jednym państwie. Korzystając ze świetnych promocji jakie oferują tamtejsze linie lotnicze, zafundowaliśmy sobie z towarzyszami podróży trzydniowy wypad do Kuala Lumpur w Malezji. To był strzał w 10!
Fakt, że wizyta w KL wpadła nam na ostatnią chwilę spowodował, że nie miałam czasu na dogłębną analizę tego, co zastanę na miejscu. Bardzo pomogły mi blogi podróżnicze pisane przez Polaków, z których ściągnęłam właściwie gotowy plan zwiedzania na 3 dni (nie wiem czy nazwać to lenistwem czy wygodą, ale plan był konkretny, sensowny i nie wzbudzał podejrzeń ). Jak wszyscy, kojarzyłam KL głównie z dwiema wieżami Petronas Twin Towers i filmem Osaczeni, w którym piękna Catherina Zeta-Jones i Sean Connery wiszą na kilkuset metrach, próbując przedostać się pomiędzy budynkami. Wieże rzeczywiście robią wrażenie, jednak samo miasto ma o wiele więcej do zaoferowania! Mieszają się tu 3 kultury- malajska, chińska i hinduska. Mieszanka może wydawać się wybuchowa… no cóż, ja określiłabym ją bombową 😉
Przyznaję się, że w 3 dni ciężko było spróbować wszystkiego. Malajskie kolacje były serwowane w naszym hostelu bezpłatnie, lecz nie przypadły mi do gustu. Myślę, że była to wina bardziej kucharzy niż samej kultury, którą zamierzam poznać lepiej następnym razem. Za to kuchnia chińska i hinduska… co tu dużo pisać, była boska ☺ zwłaszcza po 2 tygodniach mało zróżnicowanej kuchni filipińskiej (o której napiszę następnym razem).
Wybór noclegu uzależniony był głównie od bliskiego dostępu do najatrakcyjniejszych miejsc i dobrej komunikacji (nota bene rewelacyjnie rozwiniętej w KL!). Padło na chińską dzielnicę, rzut beretem od Petaling Street – najsłynniejszej ulicy, na której znajdziecie praktycznie wszystko. Najczęściej odwiedzane przeze mnie były oczywiście food court’y! Tyle jedzenia w jednym miejscu, dosłownie za grosze… byłam w 7 niebie. Pomieszanie smaków całej Azji, z kuchnią tajską na czele. Owoce morza, makarony, zupy, sałatki i mięsa… Do tego świeżo wyciskane soki w kuflach od piwa <3 Ciężko było zdecydować się na coś konkretnego! Na deser nie sposób było przejść obojętnie obok straganów z owocami, które niejednokrotnie widziałam pierwszy raz (na żywo ). Co raz próbowałam czegoś innego, pochłaniając wykałaczką kawałki owoców umieszczone w małych woreczkach.
Dzień w klimacie chińskim był za mną, przyszła kolej na dzień hinduski. O zwiedzaniu za dużo pisać nie będę, bo nie to jest tematem przewodnim tego artykułu (mimo wszystko gorąco polecam- kilka haseł umieszczę na końcu ) ale wydarzeniami z dzielnicy Little India muszę się z Wami podzielić. Tak wypadło, że był to dzień moich urodzin więc rzuciłam hasło, że idziemy na „banana leaf rice” (co to było dokładnie wtedy nie wiedziałam, polecali w internetach, więc musiałam spróbować ). Sama dzielnica, a raczej ulica, nie zachwyciła nas aż tak bardzo, jak była opisywana. Obeszliśmy, usmażyliśmy się w przeraźliwym upale i głodni zaczęliśmy poszukiwania. Żadna z knajp nie wyglądała zachęcająco, wiedziałam jednak, że nie to będzie wyznacznikiem smaku, dlatego też zaczęłam poszukiwania „lokalsów” (mieszkańców, a nie turystów zasiadających w restauracji). Udało się! Od razu zagadał nas właściciel, menager lub pan od liczenia kasy (ciężko to było ustalić), zaczął pokazywać mi dziesiątki dań, które wyglądały wyśmienicie, więc skradł moje serce bez reszty.

W całym zamieszaniu i żargonie ponakładaliśmy sobie dań bez opamiętania, zastrzegając przy tym, że nie chcemy nic bardzo ostrego (ze względu na wcześniejsze przygody niektórych uczestników wyprawy i fakt, że następne dwa dni mieliśmy spędzić w samolotach). Wszystko oczywiście według nich było łagodne…  Zaprowadzili nas do stolika i obsługując w co najmniej 6 osób zaczęli rozkładać liście bananowca, dziesiątki przystawek, sosów i przypraw, wprowadzając nas w niemałą konsternację.

Kolega skwitował to krótko – ciekawe ile zapłacimy? (głodni, rzuciliśmy się na jedzenie jak szczerbaty na suchary, nie ustalając uprzednio, ile będzie nas kosztowała taka przyjemność). Prosząc, aby nic już nie dokładali, zaczęliśmy jeść. Panowie, po namowach zdecydowali się na jedzenie rękoma, ja z koleżanką zostałyśmy przy sztućcach. Smaki były oszałamiające, podobnie, jak pieczenie gardła od ostrego smaku ☺

„Wyżera” była nieziemska, klimat przesympatyczny, a za całość na 4 osoby wydaliśmy ok. 80 zł. Na bogato, nieprawdaż? Nie zapomnę też wszystkich ludzi dookoła, pytających czy wszystko nam smakowało z uśmiechem na twarzy, osobnego pomieszczenia do mycia rąk, oraz kelnera, który nie wiedział co ma zrobić z napiwkiem (poszedł do ww. zarządzającego, czy oby na pewno może zatrzymać te pieniądze). Krótka fotorelacja w zdjęciach poniżej.
Na uwieńczenie wyjazdu zafundowaliśmy sobie wizytę w słynnej galerii Pavilion i zjedliśmy w jednej z knajpek serwujących sushi na ulicy Tokijskiej. Klimat ulicy zaaranżowanej na jednym z pięter galerii przeniósł nas do Japonii. Stylowo, bardzo smacznie i kolorowo. Było to jedno z lepszych sushi, jakie miałam okazję zjeść- zapewne również ze względu na dostępność składników, o które u nas trudno.

Jedyne, co według mnie może Wam się nie spodobać w Malezji to cena alkoholu. Rząd obłożył go 100% podatkiem, stąd też puszka piwa kosztowała średnio ok. 15 zł… o cenach wysokoprocentowych alkoholi wspominać nie będę (rada dla potrzebujących- zaopatrzcie się wcześniej w Polsce lub na lotnisku ).

Pozostaje więc picie wody i soków, a biorąc pod uwagę klimat, który tam panuje, napoje schodzą w zastraszającym tempie i butelka wody powinna być cały czas na podorędziu.

Podsumowując, jeśli planujecie podróż do Azji, zachęcam do odwiedzenia Kuala Lumpur. Port lotniczy jest naprawdę ogromny i często wykorzystywany jako miejsce przesiadek pomiędzy połączeniami z Europy do konkretnych krajów Azji. Czemu by więc nie zrobić sobie tam dłuższego przystanku, zanim wyruszymy w najdalsze zakątki świata?:)

A oto kilka haseł ode mnie, co warto zobaczyć, zwiedzić, przeżyć i spróbować (oprócz wymienionych powyżej):
– wizyta na punkcie widokowym w Menarze i posiedzenie na szklanym balkonie kilkaset metrów nad ziemią (uwierzcie, kolana Wam zmiękną ☺ )
– selfie pod Petronas Twin Towers- punkt obowiązkowy każdego turysty 😉
– wizyta w meczecie Masjid Negara i muzeum Islamu (chociażby ze względu na przepiękną architekturę)
– Batu Cave, a jeszcze bardziej położoną obok Ramayana Cave
– Bird Park i zrobienie fotki z Hornbill’em (symbol Malezji)
– dla backpackerów nocleg i impreza na dachu w hostelu Reggae Mansion- nie pożałujecie
– noc w hotelu z widokiem na Petronas Towers i Menarę oraz basenem infinity- dla pięknego zdjęcia
– spacer po Petaling Street
– dla odważnych- lody z Duriana w centrum handlowym pod Petronas Towers

Zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć 🙂

Autor: Magda Zarębska

Dietetyczka, biotechnolożka, absolwentka Uniwersytetu Szczecińskiego i Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie, koordynatorka programów prozdrowotnych w szkołach i przedszkolach, konsultant gabinetów dietetycznych, animatorka sportowa. W wolnym czasie przerzuca ciężary na siłowni, eksperymentuje kulinarnie i czyta kryminały. Na co dzień prowadzi gabinet wsparcia dietetycznego Doradztwo Żywieniowe Magda Zarębska