Jednym z  niezawodnych pomysłów na spędzenie walentynkowego wieczoru był seans w kinie. Co zrozumiałe, tego dnia tradycyjnie największym powodzeniem cieszą się filmy o tematyce miłosnej i romantycznej. W tym roku widzowie wybierali zapewne głównie pomiędzy „Sztuką kochania” a „Ciemniejszą Stroną Greya”.  Grey to  bez wątpienia wybór dla miłośników słynnej serii obfitującej w „ostre” erotyczne sceny, lekko kiczowata stylistyka ekranizacji powieści, której autorka ukrywa się pod pseudonimem E.L. James, posiada chyba tyle samo zwolenników, co zagorzałych antyfanów gatunku. „Sztuka kochania” to zdecydowanie wybór bardziej uniwersalny – i to dla zakochanych różnych generacji.

I to ten film właśnie weźmiemy na warsztat w naszej recenzji.
Wyreżyserowana przez Marię Sadowską „Sztuka Kochania” jest oczywiście opowieścią o życiu i dziele kontrowersyjnej polskiej  ginekolog i seksuolog Michaliny Wisłockiej. Jej życie obraca się wokół wykonywania praktyki ginekologiczno-seksuologicznej, dzielenia męża i mieszkania z najlepszą przyjaciółką oraz płomiennego romansu z żonatym mężczyzną. Jej dzieło to natomiast rozprowadzona w ilości około 7 milionów sztuk i znana niemal w każdym polskim domu „Sztuka kochania”, czyli napisany przystępnym językiem rewolucyjny poradnik dotyczący spraw seksu – ze szczególnym uwzględnieniem wagi kobiecego orgazmu. Nietrudno się domyślić ze owa „wywrotowa” tematyka książki bezkompromisowej i znanej z ciętego języka doktor Wisłockiej oraz jej niezbyt wzorcowe życie prywatne nie zaskarbiły jej względów ówczesnej władzy, która na wszelkie sposoby starała się nie dopuścić do wydania „Sztuki kochania”, kierując się rzekomo troską o ewentualne zgorszenie społeczeństwa. O tym wszystkim opowiada właśnie ostatni obraz Marii Sadowskiej.

„To ja jestem rewolucją seksualną. I nadchodzę!” – oto słowa wypowiedziane w filmie przez doktor Wisłocką.

I choć sama lekarka rzeczywiście nieźle namieszała w życiu erotycznym Polaków, to traktujący o niej obraz jakąś specjalną rewolucją raczej nie jest, choćby i dlatego, że od samego początku, siłą rzeczy, wiemy wszak, jak zakończy się jego główny wątek. Docenić należy więc ciekawy zabieg scenarzysty, Krzysztofa Raka, który z historii Wisłockiej uczynił swego rodzaju przekładaniec, przeplatając namiętne chwile młodości bohaterki z jej wiekiem mocno dojrzałym i nierzadko gorzką samotnością naukowca.

Dzięki temu opowieść o Wisłockiej potrafi być dość zajmująca nawet dla tych bardziej wtajemniczonych w meandry jej biografii. Dla dociekliwych lub po prostu ciekawskich sporym minusem filmu może być jednak pewne okrojenie historii z wątków rodzinnych. Według filmowej „Sztuki kochania” podczas lat batalii o wydanie swej słynnej książki Wisłocka zdaje się prawie nigdy nie widywać z dorastającą Krysią ani z resztą swojej rodziny. Czy rzeczywiście po zakończeniu relacji specyficznego erotycznego trójkąta już nigdy nie zobaczyła się ze swym mężem i piękną Wandą? Tego niestety nie dowiemy się z obrazu. Te białe plamy w biografii Wisłockiej doskonale rekompensuje jednak znakomita gra aktorska Magdaleny Boczarskiej, która w filmie wykreowała wizerunek Miśki Wisłockiej jako charyzmatycznej i bardzo życzliwej ludziom nietuzinkowej lekarki – wojowniczki, która poraniona w życiu osobistym prawdziwe potwierdzenie swej kobiecości znajduje dopiero w objęciach Jurka, czyli Eryka Lubosa rozbrajającego w wydaniu nieco nieokrzesanego (ale i umiejętnego) marynarza-amanta. Na uwagę zasługuje również znakomita Justyna Wasilewska w roli intrygującej Wandy, która potrafi być na przemian jasna i niewinna, czarująca i uwodzicielska lub nieprzyjazna i bardzo obca. Właśnie tak wyobrażałam sobie nietypową towarzyszkę życia państwa Wisłockich. Wojciech Mecwaldowski i  Arkadiusz Jakubik jako komunistyczni  urzędnicy także wypadają bardzo przekonywująco, w filmie pozostają tandemem wzorcowo wręcz nieprzejednanym i zamkniętym na próbę jakiegokolwiek sensownego dialogu dotyczącego problematyki życia seksualnego.

W filmie nie brakuje dość śmiałych scen erotycznych, które zdają się być naturalne w dobrym tego słowa znaczeniu, nie wywołują bowiem w widzu zażenowania czy niezdrowej ekscytacji. Budzić mogą jedynie delikatną tęsknotę za możliwością bycia z ukochaną osobą w tak intensywny, naturalny i piękny sposób. A taka była przecież misja samej doktor Wisłockiej.
Film warto obejrzeć, choćby dla niepowtarzalnej atmosfery, obfitujących w siermiężny absurd lat PRL-u. „Sztuka kochania” bowiem to prawdziwa gratka dla miłośników specyficznego stylu tamtej epoki. Zarówno kostiumy, jak i całą scenografię charakteryzuje wyjątkowa dbałość o szczegóły. Rezultat jest naprawdę bardzo, bardzo klimatyczny. Strony wizualnej obrazu znakomicie dopełnia  ścieżka dźwiękowa autorstwa Jimka, czyli Radzimira Dębskiego, oraz „oldskulowy” głos Ani Rusowicz.

Czy filmowy seans z Miśką Wisłocką to dobry pomysł na walentynkową randkę zarówno dla czytelników pierwszego wydania (1976) bestselleru, jak i dla tych młodszych… będących nierzadko owocem poradnikowych nauk doktor Wisłockiej?
I jednym, i drugim obraz powinien przypaść do gustu.

A o tym, że kochanie zarówno to duchowe, jak to i fizyczne jest prawdziwą sztuką warto pamiętać przez wszystkie dni w roku i nie zaniedbywać wraz z ukochaną osobą owej sztuki zgłębiania.

Daria Woszczatyńska-Przybylska

foto By Mateusz Opasiński – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=21704417

By Adrian Grycuk – Praca własna, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=20716542