Młoda, piękna, pracowita, uśmiechnięta i gadatliwa żona sportowca. Dobrze brzmi? Słodki tabloidowy stereotyp żony piłkarza? Jeden dzień, jedna chwila, a jej życie na moment się zatrzymało a na zawsze zmieniło. Telefon. Wypadek w pracy, Paweł stracił nogę. 23 maja półtoratonowy dźwig spadł na Pawła Dąbrowskiego.

Były piłkarz Pogoni Szczecin przeżył, ale lekarze musieli amputować mu nogę. Ona natychmiast zmieniła się z dziewczyny płaczącej na serialach w twardą kobietę, głowę rodziny. Rzuciła pracę na etacie i na akord zajęła się usługami manicure, pedicure. Pracuje od świtu do nocy. Nie chce nic za darmo, więc cieżko pracuje, zbiera na protezę, którą należy wymieniać średnio co 3 lata. Never ending story. Jest wdzięczna za to jak zareagowali najbliżsi, przyjaciele ale i nieznajomi. Odzew na akcje charytatywne, pomagające zebrać środki przeszły najśmielsze oczekiwania. Wspaniale zachował się Kamil Grosicki, kolega z klubu Pawła nagrywając film wspomagający zbiórkę pieniędzy. Ewa pochyla się nad moimi paznokciami. Piłuje, wycina skórki, pięknie i dokładnie pokrywa neonowym różem. Rozmowa nie jest łatwa, mówi, że nie ma z tym problemu, że z natury jest gadatliwa a to jej pomaga przetrwać trudny czas. Coraz niżej pochyla głowę, by ukryć łzy. Nie może być inaczej, to trudne i bardzo świeże emocje.

Agata Baryła: Jeden telefon ze szpitala i życie wywraca się o 180 stopni?

Ewa Dąbrowska .: Około 10.00 rano dostałam telefon z pracy męża, że był wypadek, że mąż najprawdopodobniej stracił nogę. Nie dowierzam. Natychmiast wsiadłam w samochód i jadę do szpitala. Pomiędzy 14.00 a 16.00 potwierdziło się, że mąż nie będzie miał nogi – że już jest nie do uratowania.

A.B.: Pierwsze co Pani wtedy pomyślała, zrobiła?

E.D.: Powiedziałam do niego: chyba nie załamiemy się przez jakiś kawałek nogi! To go rozbroiło.  Nie wiem skąd było we mnie tyle siły, że nie uroniłam ani łzy. Gdy do niego weszłam, wtedy na SOR, widziałam jak płakał. Starałam się podtrzymywać go na duchu, że będzie wszystko ok, że jesteśmy razem i będzie dalej ok, że nasze życie nie zmieni się w żaden sposób. Co innego mogłam zrobić? Znana jestem z tego, że płaczę przy każdej okazji, na zawołanie. Wówczas jakby wstąpiła we mnie nieznana mi dotąd siła. Nie brałam innej możliwości jak tę że  zwyczajnie tak po prostu zmierzymy się z tym i tyle. Powiedziałam twardo, że damy radę i koniec!

A.B.: Uwierzył pani?

E.D.: W pewnym sensie uwierzył, bo chciał, choć miał chwile zawahania – do dzisiaj je ma. Wydaje mi się, że i tak jest dość twardy jak na to, co się wydarzyło. No, ale wiara czyni cuda. Jeżeli nie będziemy wierzyć to się oboje załamiemy i będzie po wszystkim.

A.B.: Nagle musiała pani stać się taką twardzielką – superwoman i to w najcięższej kategorii.

E.D.: Sama nie wiem jak to jest możliwe. Były takie momenty w szpitalu, że musiałam wyjść po prostu z sali. Widok amputowanej nogi najukochańszej osoby był dla mnie ciosem poniżej pasa. Płakałam ale nie przy nim, robiłam to tak aby nie widział… Skąd ta siła we mnie? Nie mam zielonego pojęcia.

A.B.: Zapytam o trudną, intymną rzecz. O tym się nie mówi a przecież to znaczna część życia. Jak pani postrzega tę sytuację w kontekście cielesności i atrakcyjności?

E.D.: Przez myśl mi nie przeszło, że jakoś bym to inaczej oceniała, że to coś zmieni między nami, w naszych stosunkach czy relacjach intymnych. Kompletnie mi to nie przeszkadza – sama jestem w szoku. W ogóle nie ma żadnego wpływu na nas.

A.B.: Mąż miał takie obawy?

E.D.: Zadał mi pytanie, jeszcze w szpitalu, czy nie będę się go brzydziła, gdy się koło mnie położy, ale moja odpowiedź była natychmiastowa, że nie. Nic to nie zmieniło. Mam cały czas przystojnego męża, atrakcyjnego i taki jest!

A.B.: Potężne emocje, które Wam towarzyszą od dłuższego czasu stały się bardzo medialne. Niestety rodzi to także negatywne reakcje otoczenia ale o tym później. Zastanawia mnie jak mocno zweryfikowaliście swoje życie, dalsze i bliższe plany. Gdy wcześniej rozmawiałyśmy uderzyło mnie to, że jeszcze miesiąc temu planowaliście wakacje i nie było mowy o udogodnieniach dla niepełnosprawnych…

E.D.: Na wakacje pojechaliśmy, nie poddajemy się. Wakacje zostały już zarezerwowane w maju, przed wypadkiem. Każdy dzień wakacji był inny niż zawsze. Paweł uczył się od nowa skakać o wody, poruszać po ośrodku. To zupełnie inne problemy. Wracaliśmy z plaży mąż stanął przy windzie dla niepełnosprawnych. Ofuknełam go, że to nie transport dla niego. Posłuchał się i grzecznie poszedł dalej. On potrzebuje szczerego zapewnienia że jest się przy nim, wsparcia, a nie litości i to robię, na razie działa. Życie na pewno w jakiś sposób się zmieniło. Dopóki mąż nie ma tej protezy … jak przyjdzie proteza na pewno wszystko wróci do, powiedzmy – normy. Na tę chwilę nie jest w stanie nawet przynieść sobie obiadu z kuchni. Ma dwie kule, ręce ma dwie zajęte, ale pranie w domu rozwiesza, nastawia pranie. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Pranie było cały czas jego i tak zostało. Nie muszę tego robić, bo tego nienawidzę – on jest w tym lepszy i niech tak zostanie (uśmiech).

A.B.: Jest coś, czego wcześniej nie robił, a dziś może się tym zająć bo „jest” w domu …?

E.D.: Nie, wręcz przeciwnie. Zaczął więcej wychodzić z domu, szuka sobie zajęć. Wcześniej  gdy wracał do domu to od razu się kładł i lubił sobie poleżeć, dziś jest odwrotnie. Jeździ na treningi pierwszej grupy popatrzeć na grę kolegów, którzy mają dwa, trzy razy w tygodniu gierki, w których on wcześniej też uczestniczył. Stara się być na każdej, chłopcy dają mu znać, przyjeżdża i ogląda z nimi.

A.B.: Wspaniale zachowali się jego koledzy, sportowcy w obliczu tego wydarzenia!

E.D.: Byli bardzo często w szpitalu, nawet nie sądziliśmy, że tak się mogą zachować. Wspierali mnie i Pawła. Zorganizowali zrzutkę, zorganizowali festyn u Kamila Grosickiego, był zorganizowany przez Tomka Mendaka bieg w parku, koncert charytatywny w Starej Rzeźni, tam mój nauczyciel z podstawówki się tym zajął, pan Grzegorz Szymański. Więc tak naprawdę, jeżeli chodzi o wsparcie to nawet się nie spodziewaliśmy, że mamy tylu przyjaciół i, że jesteśmy tak lubiani.

A.B.: Całe miasto o Was mówi a przecież podobnych, wypadków jest więcej. To rzeczywiście fenomenalny odzew. Jeśli chodzi o pani otoczenie, koleżanki, przyjaciółki, czy mogła pani liczyć na nie w tych chwilach?

E.D.: Koleżanki moje mnie nie zawiodły. Nawet klientki, które nie znają mojego męża uczestniczyły w festynach, na koncercie były, podarowały vouchery, by można było wylicytować pieniądze dla męża na protezę.

A.B.: Ile się udało zebrać do tej pory?

E.D.: Z całej zrzutki około 76 000 zł.

A.B.: Ile kosztuje tzw. dobra proteza? 

E.D.: Między 100 a 200 000 zł. Co trzy lata musi być wymieniana.

A.B.: Czyli tak naprawdę, cały czas będziecie zbierać na kolejne protezy…

E.D.: Tak, niestety…

A.B.: Powiedziała pani, że rzuca etat i pracuje na akord, czyli poświęca się pani by wspierać męża.

E.D.: W tych początkowych chwilach muszę być z mężem, towarzyszyć mu, pomagać. On mnie potrzebuje, muszę być przy nim.

A.B.: A co pani robi by sobie pomóc?

E.D.: Chyba nic…

A.B.: Trzeba jednak pomyśleć o sobie także. Spotkania, rozmowy; choćby nawet rozmowy z klientkami dają efekt często terapeutyczny.

E.D.: To też. Przychodzą dziewczyny, które są już latami ze mną, rozmowa z nimi jest odskocznią. Moja mama codziennie dzwoni pytając jak się czuje Paweł. Mama jest chorym człowiekiem, ale codziennie dzwoni, się pyta. (chwila ciszy, głos grzęźnie w gardle, przerywamy na chwilę…) Siostry też, męża i moje. Ale wiadomo każdy ma swoje życie. „Boom szpitala” minął, już jest to troszeczkę inaczej. Teraz musimy sobie w jakiś sposób sami radzić z tą codziennością. Wiadomo, jakbym zadzwoniła do kogoś z rodziny, do siostry, to by przyjechali ale każdy ma swoje życie a my musimy wrócić do, w miarę możliwości normalnego życia.

A.B.: Jak syn to wszystko znosi?

E.D.: Syn jest dość skrytą osobą, bardzo małomówny, po mężu, więc trudno się dowiedzieć od niego tylko co zaobserwuję. Wydaje się, że radzi sobie z tym nawet lepiej niż bym sądziła Ja za to urodzoną jestem gadułą, zawsze z kimś znajdę kontakt.

A.B.: Rozmawiacie o tej sytuacji?

Podarunki na rzecz Pawła Dąbrowskiego można wylicytować podczas wizyty u Pani Ewy

E.D.: Syn powiedział, że dla niego najważniejsze jest to, że tata jest i żyje, że jest z nami. To były też pierwsze sowa mojego męża: „to cud że żyję”. Wszyscy za to dziękujemy!

A.B.: Zweryfikowała pani swoje marzenia na przyszłość? Czy to jeszcze nie jest ten moment?

E.D.: Chyba jeszcze nie wierzę, że jest coś takiego jak marzenia… teraz liczy się mąż.

A.B.: A gdybym miała panią „przycisnąć” i spytać: jakie jest pani marzenie na „teraz”?

E.D.: Wyjechać do Nowego Jorku z mężem.

A.B.: Tego pani życzę, dziękuję za rozmowę.

E.D.: Dziękuję ( uśmiecha  się smutno ale w jej oczach widzę błysk nadziei,  niesamowitą siłę i zwyczajną dobrą energię)

Kochane jeśli chcecie wesprzeć Ewę i Pawła w jakikolwiek sposób napiszcie 
na adres redakcja@kobiecasprawa.pl Wspierać można w postaci darowizny 
rzeczowej, pieniężnej czy korzystając z usług manicure i pedicure Pani Ewy. 
Więcej informacji jak można wesprzeć Państwa Dąbrowskich uzyskacie 
pod numerem telefonu telefonu pani Ewy +48 501 196 315.

 

Foto: archiwum prywatne

Film Kamila Grosickiego dla Pawła

Paweł, jesteśmy z Tobą, teraz czas na ciężki trening , żeby w tej koszulce kiedyś zagrać oficjalny mecz w Amp Futbol Polska #laczynaspilka

Publiée par Kamil Grosicki sur Samedi 22 juin 2019