POWRÓT Z URLOPU DO PRACY, CZYLI PRZYŁĄCZ SIĘ DO ŚWIĘTOWANIA PDPU

Podobno powrót po urlopie do pracy jest dla organizmu takim samym szokiem, jakim chwilę wcześniej było pójście na urlop. Tyle że z innych powodów: najpierw nie możemy się przyzwyczaić do wolnego, odpoczynku i braku obowiązków zawodowych, a potem… nie możemy się przyzwyczaić do braku wolnego, braku odpoczynku i obecności obowiązków zawodowych. Jak mawia mój ojciec, gdy mimo uważnego przemyślenia sprawy coś mu nie wyjdzie: jakbyś się nie obrócił, d… olna część ciała z tyłu.

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że po urlopie właściwym powinien jeszcze przysługiwać „urlop przedpowrotny”, podczas którego oswajałoby się z myślą o powrocie do pracy. Widzę to tak: budzę się rano, o szóstej, i myśląc „Dziś jeszcze nie muszę o tej godzinie wstawać, ale za tydzień zacznę”, wyleguję się do dziewiątej. Następnie jem śniadanie, powtarzając w myślach: gdy za tydzień wrócę do pracy, o tej porze będę siedzieć przed komputerem i stukać zawzięcie w klawiaturę. (Tu wizualizacja palców dręczących klawiaturę, po chwili przesłonięta wielką gałką porannych lodów albo kawałkiem chleba z powidłami domowej roboty. Nie żebym umiała robić powidła albo zdołała uchronić choć odrobinę kupionych poprzedniego wieczoru lodów do następnego dnia). Słoneczne przedpołudnie mija mi na huśtaniu się w ogrodzie na krześle hawajskim (mam), podziwianiu pięknie posprzątanego ogrodu (nie mam), wyobrażaniu sobie siedzących w upale przy biurkach koleżanek z pracy (całkiem miły widok, gdy ja na tym krześle) i zaraz potem samej siebie przy kolejnym biurku (a kysz!). Wczesne popołudnie spędzam na kanapie, z odprężającą książką w ręku i wizją całych ton ważnych dokumentów do pourlopowego czytania w głowie. W czasie degustacji obiadu raz przełykam jedzenie, raz świadomość, że w pracy będę miała na talerzu może i to samo (jeśli starczy mi poprzedniego dnia sił na przygotowanie sobie czegokolwiek), ale będę połykać szybko i nerwowo, z talerzem na biurku, klawiaturą obok sztućców i z jednym okiem wbitym w uciekający spod widelca kawałek papryki, a drugim – w otwarty w komputerze plik. Późne popołudnie poświęcam na jakąś rozrywkę, na przykład kino, spotkanie ze znajomymi albo siłownię, a jednocześnie w głowie utrwalam afirmujące stwierdzenie: „Cholera wie, kiedy znów będę miała na to czas i siły, pewnie dopiero podczas następnego urlopu”. Kolację zjadam w łóżku lub na kanapie, przy odcinku ulubionego serialu, na którego oglądanie po urlopie – głowo, uważaj, przyswajamy – może już nie pojawić się szansa. Wieczorne domowe spa (maseczki, kremy, peelingi) dawkuję sobie wraz z łagodnym przypomnieniem, że po urlopie powinnam się cieszyć, jeśli nie zasnę na stojąco pod prysznicem. Dla szybkiego zaśnięcia i dobrego snu zamiast owiec liczę sprawy, które powinnam po powrocie do pracy jak najszybciej załatwić. Zasypiam z błogą świadomością, że jestem na półmetku przyzwyczajania się: kładę się tak samo późno jak w okresie nieurlopowym, tylko przejście w fazę o wiele (za wiele) wcześniejszego wstawania jeszcze przede mną.

Doba urlopu przedpowrotnego numer jeden zakończona sukcesem, następnego dnia budzę się do doby urlopu przedpowrotnego numer dwa. I wszystko zaczyna się od nowa.

Nie jestem jednak do końca przekonana, czy taki urlop przedpowrotny naprawdę by mi pomógł. Całkiem możliwe,  że po jego zakończeniu wzięłabym kolejny urlop – albo zwolnienie lekarskie…

Nie mam, po prostu nie mam przepisu na dobry powrót po urlopie do pracy. Chodzi mi po głowie jedynie kilka pomysłów, które wydają się mniej lub bardziej sensowne, przynajmniej dopóki nie trzeba ich wprowadzać w życie.

1. Po pierwszym dniu w pracy – zabrać samą siebie gdzieś na miasto, na herbatę, ciastko, spacer czy siłownię (wrócę do tego niebawem przy temacie solorandek). Tak w ramach uczczenia powrotu z urlopu i przetrwania pierwszych roboczych godzin. Można też wybrać wersję świętowania z przyjaciółmi, którzy tak się zatroszczą o stan Twoich pięciu klepek, że może i rachunek za Ciebie zapłacą.

2. Wraz z ponownym rozpoczęciem pracy rozpocząć coś innego, na co się miało ogromną ochotę, na przykład naukę języka (niekoniecznie na kursie), rysowanie (nie musi być udane), bieganie (choćby od domu do pobliskiej Żabki) czy oglądanie od początku wszystkich odcinków „Seksu w wielkim mieście” (może być inny serial; nie polecam takiego, który aż za bardzo kojarzy się z własną pracą, bo odniesiesz wrażenie, że ciągle w niej siedzisz). Chodzi o to, by wywołać pozytywne skojarzenie: powrót do pracy = znów historie Carrie i jej butów / przebieżka na świeżym powietrzu / kwadrans z hiszpańskimi słówkami / wstaw dowolne.

3. Prezent na nowy okres pracy – ponieważ żyjemy w świecie konsumpcjonizmu i materializmu, czasem trzeba się do tego głośno przyznać i po prostu sobie pofolgować. Skoro należą Ci się prezenty na urodziny, święta i Dzień Kobiet / Dzień Matki / inne święto, w  które jakiś prezentodawca da się wmanewrować, dlaczego nie ogłosić święta Pierwszego Dnia w Pracy po Urlopie (PDPU)? Ja ten dzień ogłaszam, komu się podoba, niech świętuje ze mną. Z okazji PDPU osobie powracającej do pracy należy się prezent od samej siebie: nowa torebka, ładne buty, utęskniona książka, wielka bombonierka (mam nadzieję, że moja trenerka personalna tego nie czyta). Ja z okazji PDPU sprezentowałam sobie torbę na siłownię i dwa stroje do ćwiczeń.

4. Lista pozytywnych stron pracy, do której się wraca – szczególnie polecana, gdy praca nie jest zbyt wielką pasją albo po prostu dała ostatnio porządnie w kość. Taka lista, najlepiej rozpisana na dużej kartce i kolorowymi pisakami, potrafi niekiedy zmienić nasze postrzeganie. A potem małe zadanie domowe: przez tydzień po powrocie do pracy siadasz i na osobnej kartce zapisujesz wszystkie hasła z listy głównej, które akurat tego dnia się potwierdziły (na przykład: fajny szef, z którym można się dogadać odnośnie wyskoczenia na kwadrans do banku; miła koleżanka z pokoju obok, z którą świetnie się gada; pensja, która nie powala na kolana, ale daje przeżyć, a dziś właśnie została wypłacona; możliwość samodzielnego planowania swoich zadań, dzięki czemu dzisiaj mogłam być naprawdę produktywna).

5. Weekend zadośćuczyniający – po pierwszym tygodniu pourlopowym wprost obowiązkowy, w następnych tygodniach fakultatywny. W czasie weekendu zadośćuczyniającego (za to, że urlop już się skończył) traktujemy się tak, jakby jeszcze był urlop: porządne wyspanie się, trochę lenistwa, trochę samodopieszczania się, jakieś sprawiające przyjemność wyjście. Dokańczanie pourlopowych zaległości albo w ogóle nie ma tu racji bytu, albo zostaje ograniczone do naprawdę niezbędnego minimum. Reszta soboty i niedzieli niech udaje, że urlop nadal trwa.

Bo tak naprawdę to urlop jest stanem właściwym i nadrzędnym, tylko okazjonalnie przerywanym pracą, prawda?

(Co napisawszy, idę odpisywać dalej na pourlopowo zalegające służbowe maile).

Autorka: Barbara Popiel

Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.