Nie wszystko złoto, co się świeci, czyli o praniu brudnych pieniędzy słów kilka…

Kiedy poszukujemy pracy lub dorywczego zajęcia, które zasili budżet domowy, najczęściej robimy to za pośrednictwem internetowych portali z ogłoszeniami. Na pierwszy rzut oka jest w czym wybierać, bo publikowanych w internecie ofert jest całkiem sporo i zdawać by się mogło, że nawet ktoś stosunkowo niedoświadczony znajdzie w sieci dobre zatrudnienie. Ogromnym zainteresowaniem wśród internautów cieszą się zwłaszcza oferty pracy zdalnej, czyli wykonywanej we własnym domu przy użyciu komputera bądź telefonu komórkowego. Takie internetowe rekrutacje często sprzyjają jednak nieuczciwości i bywają czasem po prostu niebezpieczne. Jeśli trafimy na oszusta zamiast wymarzonej zdalnej pracy możemy zyskać nie tylko poczucie niesmaku, ale też wielkie prawne problemy. Taka właśnie historia stała się udziałem naszej bohaterki – pani Marzeny.

Przed ubiegłoroczną Gwiazdką pani Marzena postanowiła nieco dorobić do swej skromnej pensji woźnej w jednej z zachodniopomorskich szkół. Święta za pasem, a tu znów trzeba tyle pieniędzy, aby wystarczyło na wszystko. Największym wydatkiem było jednak dla kobiety zbliżające się wesele jej ukochanego siostrzeńca, którego traktowała zawsze jak własne dziecko. Pani Marzena planowała dołożyć się do kosztów uroczystości, ofiarować młodym jakiś gustowny prezent na nową drogę życia i, co tu ukrywać, odstawić się tak, żeby mężowi, z którym od roku żyła w separacji, „oko zbielało”.
Za radą przyjaznego jej nauczyciela informatyki swoje poszukiwania zaczęła jeszcze w szkolnej kafejce internetowej od popularnego serwisu z ogłoszeniami. Grafik pracy w szkole dawał pani Marzenie odetchnąć tylko w  weekendy, ale jak na złość takiej pracy w małym miasteczku nie było. Miała już zakończyć swoje bezowocne poszukiwania, gdy jej uwagę przykuł następujący tekst:

Prosta praca przy komputerze. Wymagane: komputer z dostępem do sieci i chęć zarabiania. Praca dobrze płatna, 5 godzin w tygodniu. Zgłoś się już dziś.

Pani Marzena bez zastanowienia posłała na podany adres mailowy przygotowane wcześniej CV. I z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udała się do domu. Następnego dnia było wolne – sobota. Pełna dobrych przeczuć sprawdziła pocztę na swym wysłużonym komputerze. Z satysfakcją kliknęła w nowo odebraną wiadomość w skrzynce mailowej. Z jej treści wynikało, że oto pani Marzena właśnie uzyskała angaż i to nawet  bez żadnej rozmowy czy wstępnego spotkania. W zasadzie można zacząć już od zaraz, bo „im szybciej, tym szybszy będzie zysk”. Umowa została przesłana w załączniku. Znajdowała się w nim również krótka lista zadań dla nowej pracownicy. Pierwsze zadanie brzmiało:

podaj numer swojego konta bankowego, a otrzymasz służbowy przelew, który później rozdysponujesz wśród wskazanych kontrahentów według załączonej instrukcji. Twoja pierwsza wypłata już za kilka dni – kusił Marzenę jej wirtualny pracodawca.

Kilka dni później pani Marzena zamiast cieszyć się pierwszą gotówką… zeznawała jednak na komisariacie w sprawie dotyczącej… prania brudnych pieniędzy.

Co właściwie przytrafiło pani Marzenie? Pytam o to naszego eksperta, mecenasa Mateusza Przybylskiego:

Zorganizowane grupy przestępcze coraz częściej werbują przez internet „słupy”, czyli osoby pośredniczące w praniu brudnych pieniędzy. W praktyce owymi „słupami” zostają często osoby, które – tak jak pani Marzena – otrzymują drogę mailową oferty rzekomo doskonale płatnej pracy. Ich zadanie polega na przyjmowaniu zleconych przez przestępców przelewów na własne rachunki bankowe oraz przesyłaniu ich dalej, zazwyczaj za pośrednictwem serwisów świadczących usługi w postaci pilnych, międzynarodowych przekazów pieniężnych dla osób fizycznych. Zapłata za tego typu „usługę” wynosić może niejednokrotnie nawet 10 proc. przelewanej kwoty, co oczywiście potrafi skusić i sprawić, że wyzbywamy się cechującej nas w innych sytuacjach ostrożności. W rzeczywistości chodzi natomiast o legalizację środków pieniężnych pochodzących z niezgodnych z obowiązującym prawem lub nieujawnionych źródeł. Rzecz jasna, część, i to zapewne zdecydowana, z wciągniętych w ów proceder osób, podobnie jak pani Marzena, absolutnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że uczestniczy w procesie powszechnie nazywanym praniem brudnych pieniędzy. Niejednokrotnie wszystko jest tak zorganizowane, iż faktycznie wygląda niczym rekrutacja do pracy. Zainteresowani otrzymują przecież od zleceniodawców umowy cywilnoprawne, regulaminy i instrukcje, a czasami nawet propozycje założenia własnej działalności gospodarczej.

Jakie mogą być dalsze losy naszej bohaterki? Co jej grozi?

Kwestie te reguluje art. 299 w paragrafach l,  2, 5 i 6 Kodeksu karnego. Wskazane przepisy nakazują surowo karać sprawców takich przestępstw – z karą bezwzględnego pozbawienia wolności do 8 lat włącznie. Jednak by ukarać sprawcę, trzeba najpierw udowodnić jego świadome działanie. Pociągnięcie do odpowiedzialności karnej sprawcy przestępstwa prania brudnych pieniędzy wymaga wykazania mu świadomości posługiwania się wartościami majątkowymi o przestępczym pochodzeniu oraz wolę udaremniania lub znacznego utrudniania identyfikacji tych pieniędzy przez uprawnione organy.

Ale to przecież ona została oszukana, nie działała w złej wierze, wykonywała tylko polecenie służbowe…
 
Tak jak wskazałem powyżej, by postawić zarzuty osobie zamieszanej w proceder prania brudnych pieniędzy, trzeba udowodnić, że postępowała świadomie. Tymczasem wiele tzw. „słupów” może – jak pani Marzena – w ogóle nie zdawać sobie sprawy, że uczestniczą w tego typu działaniu i żywić przekonanie o wykonywaniu w pełni zgodnej z prawem pracy zarobkowej. Nie znaczy to jednak, że unikną one wszelkich kłopotów. To, jakie faktycznie grożą im konsekwencje, zależy od stopnia udziału takich osób w całym procederze lub – jeżeli zwerbowano je do pracy – od ich pozycji w danym podmiocie. Tak czy inaczej, nawet jeśli pani Marzenie nie zostaną postawione zarzuty, ponieważ trudno będzie wykazać jej świadomość w zakresie źródła pochodzenia przelewanych z rachunku na rachunek pieniędzy, to bez wątpienia zostanie ona przesłuchana w charakterze świadka i będzie zmuszona uczestniczyć w wieloetapowym postępowaniu karnym, w pierwszej kolejności przygotowawczym, czyli prokuratorskim, a następnie sądowym.

Panie mecenasie, co powinno nas zaniepokoić w internetowych ogłoszeniach o pracę? Na co zwracać uwagę, żeby się nie „naciąć”?

Przestępcy posługują się rozmaitymi technikami manipulacji społecznej, czego doskonałym przykładem jest właśnie metoda pozyskiwania wspomnianych „słupów” do współpracy. Dlatego też internetowe oferty trzeba bardzo wnikliwie analizować. Chciałbym w tym miejscu uczulić wszystkich otrzymujących podobne propozycje drogą elektroniczną, by zachowali czujność przy ich weryfikacji. Z całą pewnością wątpliwości może wzbudzać już sam fakt, iż przykładowo następuje jednorazowa realizacja wielomilionowej transakcji, która sama w sobie rzekomo pozostaje jedynie „zwykłą” operacją finansową. Podejrzenia powinno też budzić to, że proponowane wynagrodzenie czy, mówiąc szerzej, zysk, jaki ktoś ma osiągać za podobne usługi, jest określony na bardzo wysokim poziomie. Warto też zastanowić się, dlaczego w ogóle nasz „pracodawca” nie dokonuje tych przelewów osobiście, a zamiast tego decyduje się w tym celu zatrudnić dodatkową osobę i ponieść związany z tym faktem niebagatelne przecież koszty. Oddzielną kwestią są nietypowe życzenia pracodawcy dotyczące na przykład udostępnienia mu skanu naszego dowodu tożsamości lub… danych naszych rodziców. W takich przypadkach pozyskane dane mogą zostać wykorzystane przez przestępców choćby do usiłowania wyłudzenia pożyczek.

Na pewno zawsze warto poszukać o danym pracodawcy opinii wśród znajomych oraz w internecie. Jeśli jednak o danej osobie bądź firmie nie możemy znaleźć niczego w sieci, to powinno nas to skłonić co najmniej do większej czujności. We wszystkim potrzebny jest również zwyczajny zdrowy rozsądek. Czy pracodawca o niepoważnie brzmiącym, nieprofesjonalnym mailu, bez własnej domeny, może oferować zdalną, intratną i uczciwą posadę? Naprawdę nie sądzę. Te wszystkie niejasności winny spowodować, że po przeczytaniu w internecie podobnej oferty świetnie płatnej, zdalnej pracy w naszej głowie zapali się czerwona, ostrzegawcza lampka.

Artykuł przygotowany przy współpracy z mecenasem Mateuszem Przybylskim