PRYWATNY ANTYDOŁOWY ZESTAW RATUNKOWY

Listopad. Nie znam miesiąca bardziej depresyjnego, ponurego i dołującego. Środek jesieni. Coraz krótsze dni (już w okolicach siedemnastej jest ciemno, lada moment ściemni się o szesnastej).

Ogołocone gałęzie drzew. Zeschłe liście na chodnikach i ulicach, pojedynczo i w kupkach. Zimno, a przynajmniej zimnawo. Deszcz – nie ciepła mżawka czy letnia burza, po których świat wygląda, jakby sobie przemył twarz, tylko jesienna plucha lub bura ulewa, które rozmywają wszystko w szare, smutne smugi. Mało słońca. Dużo chłodnego wiatru i ostrego powietrza. Nawet w ładniejszy dzień (jak miniona sobota) nie znika świadomość, że nastał listopadowo-jesienny okres. Jest listopad, proszę Państwa. Czas na grubsze ubrania, cieplejsze buty i kurtki, coś na głowę, na szyję i na ręce. Czas na wstawanie i kładzenie się, gdy za oknem ciemno. Czas na pilnowanie, czy parasol jest stale pod ręką. Czas na kichanie i kasłanie, grypy, przeziębienia i zwolnienia. Czas na grabienie tych nieszczęsnych liści w ogrodzie albo przed domem. Czas na zwiększone rachunki za ogrzewanie. I wreszcie – czas na listopadową deprechę.

Listopadowa deprecha to nie to samo co prawdziwa depresja czy depresja zimowa. Dół jesienno-zimowy to rzecz z reguły mniej groźna, niewymagająca leczenia przy pomocy psychoterapii i/lub odpowiednich leków. To nie jednostka chorobowa; to po prostu obniżenie nastroju, spadek energii, uczucie „szaro, buro i ponuro”. Sporo zmęczenia, trochę zniechęcenia, nieco zniecierpliwienia. Przytępiona zdolność cieszenia się i zachwycania, wyostrzona umiejętność dostrzegania tego, co brzydkie lub przygnębiające. Z myślą „oby ten listopad już minął, oby do świąt, oby do wiosny” zderza się dołowy niechcemiś. (Niechcemisie to takie małe niedźwiadki, które rodzą się za każdym razem, gdy ktoś stwierdza: „Nie chce mi się”. Niechcemisie wiosenne są figlarne i uśmiechnięte. Niechcemisie letnie są tłuściutkie, rozespane i szczęśliwe. Niechcemisie jesienno-zimowe są nieforemne, nieładne, pokryte ostrą sierścią i wiecznie naburmuszone. Taki dołowy, jesienno-zimowy niechcemiś potrafi sprawić, że przestajemy wierzyć nawet w nadejście wiosny).

Gdy powyższe elementy zbiorą się razem, wszystko jest jak w „Deszczu jesiennym” Leopolda Staffa:

„O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno…
Jęk szklany… płacz szklany… a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny…
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny… […]”

I jak tu się dziwić, że dopada nas listopadowy dół? Jasne, że dopada, wręcz musi dopaść. Nie ma przed nim ucieczki – chyba że do innego kraju i innego klimatu. Ale to szansa dla nielicznych, reszta – jak ja – pozostaje w samym środku wcale nie takiej złotej polskiej jesieni, w samym środku listopada i w samym środku jesiennego doła.

Na szczęście, mimo niesprzyjającej aury, nie jesteśmy aż tak bezradne i skazane na listopadowe dołowanie, jak się w pierwszej chwili wydaje. Ten paskudny okres można przetrwać zupełnie znośnie, dość bezboleśnie, a nawet całkiem miło, pod warunkiem, że ma się dobry antydołowy zestaw ratunkowy. Tylko – no właśnie – trzeba go mieć. A skompletowanie jakiegoś sensownego zestawu to nie jest rzecz do zrobienia w pięć minut, od ręki i na zawołanie.

Antydołowy zestaw ratunkowy to wszystko, co możemy wykorzystać w celu poprawienia swojego psychicznego i fizycznego samopoczucia; wszystko, po co możemy sięgnąć równie pewnie i bez obaw, jak po sprawdzone i zaufane tabletki na ból czy przeziębienie; wszystko, z czym mamy ochotę mieć do czynienia nawet podczas najgorszego humoru. Do takiego zestawu mogą należeć rzeczy domowe: miękki koc, wygodny fotel, sterta kolorowych poduszek, ulubiony kubek. Może to być jedzenie lub picie: tabliczka czekolady, owoce, wyjątkowo smaczna herbata lub kawa, coś kupowanego tylko przy ważnych okazjach albo kupowanego niemal codziennie. To może być coś związanego ze sztuką czy kulturą: książka, piosenka, film, obraz, zdjęcie. To mogą być miejsca: sypialnia, kuchnia, własne mieszkanie, mieszkanie kogoś bliskiego, park, uliczka, centrum handlowe (bo i czemu nie, jeśli komuś odpowiada). To może być czynność: czytanie, rysowanie, gra w karty, układanie puzzli, oglądanie i porządkowanie kolekcjonowanych rzeczy. Wreszcie – to mogą być zwierzęta i ludzie: psy, koty, członkowie rodziny, przyjaciele, znajomi. Jednym słowem – to może być wszystko i mogą być wszyscy, pod warunkiem, że odpowiadają na nasze jesienno-dołowe potrzeby, a wyjęcie ich z pudełka „prywatny antydołowy zestaw ratunkowy” przynosi dobry efekt. Na marginesie, wielką zaletą takiego zestawu jest fakt, że wcale nie potrzebujemy nań specjalnego pudełka (choć, oczywiście, można je sobie zrobić).

Aby antydołowy zestaw ratunkowy był skuteczny, trzeba się najpierw porządnie przyjrzeć samej sobie, trochę się poobserwować i odpowiadać na własne pytanie: czego potrzebuję, co lubię, co mi sprawia przyjemność? To wcale nie takie łatwe, bo trzeba odsunąć na bok odpowiedź odruchową, preferowaną przez społeczeństwo / kulturę (w końcu stwierdzenie: „Potrzebuję książki uznawanej za grafomanię, piosenki uważanej za kicz lub potrawy odradzanej jako potwornie kaloryczna” nie zapewni nam oklasków. Ale może zapewnić satysfakcję) czy taką, która „wypada”. A pal diabli to, co eleganckie, stosowne i wypadające! Zestaw ratunkowy jest nie po to, by wypadał, tylko po to, by działał. Przy poważnych zatruciach czy otruciach nikt się nie przejmuje tym, że płukaniu żołądka brakuje elegancji; płukanie żołądka się robi, bo daje ono szansę na odratowanie pacjenta. Tak samo tutaj: zestaw antydołowy jest po to, by dołowi zapobiec, doła obniżyć lub z doła wyciągnąć; tym bardziej że dół jesienny, choć nie jest „normalną” depresją i nie jest tak niebezpieczny, nie należy również do zjawisk zupełnie niewinnych i niegroźnych. Niedoleczony dół może mieć różne konsekwencje, tak samo jak niedoleczone przeziębienie.

Poza tym nawet jeśli nasz dół przybiera formę „tylko” gorszego nastroju, ciągłego zmęczenia i wyraźnego przygaszenia, dlaczego nie miałybyśmy sobie pomóc? Jestem całym sercem za samopomocą, zwłaszcza gdy wykorzystuje ona to, co lubię najbardziej.

Swój osobisty antydołowy zestaw ratunkowy gromadzę od kilku (albo i kilkunastu) ładnych lat. Należą do niego rzeczy domowe: kanapa w salonie i „stolik herbatowy”; czerwony koc i poduszki w ładnych, niby ręcznie malowanych poszewkach; fotel-poducha przy drzwiach na taras; kubek, w którym obecnie najbardziej lubię pić herbatę, i inny (z idealnie trafiającym w sedno napisem: „Happiness is a mug”), w którym piję cappuccino; kilka ciuchów „po domu”, w których jest mi wyjątkowo ciepło i przyjemnie. Należy do niego jedzenie i picie: mocna czarna herbata, wspomniana właśnie cappuccino, pączki i ptysie, rodzynki, ciemne bułki z kremem czekoladowych lub powidłami śliwkowymi, sałatki owocowe. Należą do niego książki: kryminały, opowieści grozy, powieści dla dzieci oraz trochę mało ambitnej literatury (ze „Spekulantem” Korzeniowskiego na czele – koszmarna ramotka, ale napisana w tak uroczy sposób, że mimo wszelkich wad czytam ją co jakiś czas z niesłabnącym zadowoleniem). Filmy: powtórki tego, co znam i lubię (zasada inżyniera Mamonia często się sprawdza), jak choćby „Sex and the city”, „Monty Python” czy „Columbo”, a także nowości, zwłaszcza horrory lub animacja. Obrazki: rysunki na „Psich sucharkach” oraz oglądane na Facebooku zdjęcia psów i kotów. Miejsca: domowe kąty, Fanaberia na deptaku Bogusława, pizzeria niedaleko pracy i druga niedaleko domu, filia biblioteki miejskiej na placu Żołnierza. Czynności: czytanie (na kanapie, pod kocem, z kubkiem gorącej herbaty, nieraz powtórkowe, jak choćby wspomnianych kryminałów); przestawianie książek na półkach; robienie różnych list i planów; głaskanie psa; oglądanie wieczorem filmów; grafomańskie rysowanie; gra na flecie. I bliscy: pies leżący z pyskiem na mojej stopie; partner, do którego w czasie oglądania filmu można się przytulić; dobre koleżanki, do których pisze się SMS-y lub z którymi idzie się na herbatę, na pizzę, do kina, na pogadanie o wszystkim i o niczym.

Pilnuję tego zestawu jak oka w głowie. Jestem przywiązana do rzeczy sprawdzonych i otwarta na nowości, ale z umiarem. Na to, aby dołączyć do moich „antydołowców”, trzeba sobie naprawdę zasłużyć.

Z takim zestawem ratunkowym jakoś – może nawet całkiem znośnie – przetrwam kolejny jesienno-listopadowy okres dołowy. Tego samego życzę Wam: dobrego, przetestowanego – nawet jeśli niezbyt eleganckiego! – zestawu oraz znośnych dni w najsmutniejszym miesiącu całego roku.

A elegancja, wraz z jaskółkami i dobrym nastrojem, wróci na wiosnę.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.