PRZEDPOWAKACYJNA MELANCHOLIA POWAKACYJNA (PORADNIK DLA TYCH PO URLOPIE)

Końcówka wakacji – już tylko dwa tygodnie i po sierpniu, okres urlopowy kurczy się coraz bardziej, a mnie dopada przedwakacyjna melancholia powakacyjna. W zasadzie nie powinna, bo wakacje trwają nadal, mam jeszcze cały wrzesień (który jednak na uczelni jest okresem dość intensywnych prac), nadal jest lato (dzięki wam, bogowie od pogody, za prawdziwe, gorące szczecińskie lato w tym roku!), nadal trzyma się mnie wolniejsze i rozleniwione tempo działania (mimo że – również powoli – zaczynam się rozkręcać i mimo że „wolniejsze” nie oznacza „mniej skuteczne” czy „nicnierobienie”).

Tak czy inaczej, przedpowakacyjna melancholia powakacyjna powoli zaczyna mi doskwierać i muszę się jakoś przed nią bronić. Niektóre sposoby obrony testowałam przez parę lat; inne są tegorocznym eksperymentem; jedne pojawiają się intuicyjnie, drugie wymagają głębszego przemyślenia. Każdy jednak coś daje – bo ich zadaniem jest przede wszystkim wzmocnić odczuwanie „są wakacje, jest lato” i pozwolić wycisnąć z końcówki lata, wakacji, jak najwięcej przyjemności. Zgodnie z pouczeniami starożytnej retoryki słuchacz najlepiej zapamiętuje początek i koniec mowy; jak pokazują różne badania psychologiczne, na człowieka najmocniej oddziałuje pierwsze wrażenie, a jak udowadnia potoczne doświadczenie – również wrażenie ostatnie (znacie to pewnie doskonale: ktoś na dzień dobry strzelił gafę i do końca spotkania mu to pamiętamy; ktoś przez całe spotkanie robi na nas wielkie wrażenie, zazdrościmy mu tej swobody, nonszalancji etc., a tu na koniec malowniczo wylewa na siebie barszcz i klapa, przy pożegnaniu widzimy tylko tę wielką czerwoną plamę na koszuli czy sukience, nic nie pozostało z „och jej, jaki szyk, a nawet chic!”).

Podobnie jest z okresem wakacyjno-letnio-urlopowym: najbardziej pamiętamy początek (zwykle odliczanie ostatnich dni pracy do urlopu) i koniec (zwykle powrót do pracy po urlopie). Czyli – gafa i rozlany barszcz w jednym. Smuteczek.

Uruchamiam więc sprawdzone i nowe sposoby podkręcenia dobrego prawie powakacyjnego nastroju i skopania na bok czającej się z brzydką miną przedpowakacyjnej melancholii powakacyjnej, która tylko czeka, by zamienić się w pełnoprawną powakacyjną melancholię (przedjesienną).

Jeśli Was też dopada taki melancholijny paskud, zobaczcie, jakimi działaniami obronnymi udaje mi się go pokonać. Może coś z tego przyda się i Wam – a może podrzucicie mi własne pomysły? Można by je zebrać w jeden wielki, gruby zeszyt „Jak walczyć z przedpowakacyjną melancholią powakacyjną. Poradnik dla tych po urlopie”.

W mojej części poradnika znalazłoby się takie dziesięć punktów:

1. Czytanie książek dla dzieci. O książkach dla dzieci i powrotach do nich pisałam już kilkukrotnie, więc mogę się powtarzać, ale trudno. Książki dla dzieci – te dobre – to jeden z najlepszych odstresowywaczy, uwakacyjniaczy i dopoprawiaczy nastroju, jaki znam. Dodatkowo pozwalają czytelnikowi przypomnieć sobie pewne uczucia, nastroje i humory z dawnych lat – jak choćby ów dziecięcy zachwyt wakacjami i mniej lub bardziej nieokreślone przekonanie, że koniec sierpnia jednak nigdy nie nadejdzie.

2. Znalezienie sobie nowej obsesji kolekcjonerskiej. Może być związana z tematem wakacji, ale nie musi. Moja nowa obsesja kolekcjonerska nazywa się „wszystkie powieści dla dzieci Roalda Dahla, muszę je mieć!”, została rozbudzona podczas opisywanego ostatnio spotkania w Fice i zyskała katalizator w postaci „Matyldy”. Mam już cztery książki Dahla, ostrzę sobie zęby na kolejną (wspaniałe „Wiedźmy”!), ale moim numerem jeden i tegowakacyjną miłością czytelniczą jest „Matylda”. Obecnie czytam ją codziennie. Nie, nie przesadzam. Codziennie. Fragmentami, pomijając to, na co akurat nie mam ochoty, powtarzając i ze trzy razy to, co w danym momencie szczególnie mi się podoba – spędzam z „Matyldą” poranki, popołudnia albo wieczory. Kto powie mi, że to strata czasu, ten nigdy nie zakochał się w książce.

3. Jedzenie owoców. Zwłaszcza sezonowych, takich, na które czeka się cały rok, by przez miesiąc, dwa czy trzy się nimi cieszyć. Czereśnie! Winogrona! (Właśnie dojrzewają mi na tarasie). Jabłka! (Te z własnej jabłoni). Porzeczki, truskawki, borówki i maliny! Opychajmy się nimi, dopóki się da, bo gdy ich zabraknie, będzie to niechybny znak, że wakacje naprawdę się skończyły.

Do owoców dodajmy lody – i zestaw idealny będzie kompletny. Lody, ten pean na cześć upałów, czekoladowe lody i pływające w nich sezonowe owoce! Chwilo, trwaj, jesteś piękna. Lodowo-owocowa.

4. Wypady do kina. Do kina chodzę przez cały rok, ale wypady wakacyjne mają szczególny urok (wiadomo, bo wakacyjne). Ogólnie rzecz biorąc, do kina chodzę przede wszystkim po rozrywkę i odprężenie, więc moje wybory tytułów w ostatnich latach nie wpisywały się w kategorię „ambitne kino współczesne”, chyba że akurat przypadkiem zahaczyło to o moje prywatne sympatie – stąd „Julieta” Almodovara czy „Prawdziwa historia” Polańskiego. Ale reszta… No cóż, w skrócie: w ramach wakacyjnych wypadów do kina obejrzałam „Iniemamocnych 2” oraz minimaraton „Ant-Mana” („Ant-Man” plus „Ant-Man i Osa”), a w planach mam jeszcze „Krzysiu, gdzie jesteś?” oraz „Księgarnię z marzeniami”. Wiem, są też ambitniejsze, poważniejsze tytuły – ale są też wakacje, a kino w wakacje rządzi się swoimi prawami (czyli moimi zachciankami).

5. Powrót do rzeczy zaniedbanych. Mam na myśli rzeczy zaniedbane z powodu „poważnego przedwakacyjnego świata obowiązków”. Wybaczcie cudzysłów. Po prostu ciągle bywam na siebie zła za odstawianie na boczny tor rzeczy, które lubię, które sprawiają mi przyjemność i na których mi zależy. Odstawiam, oczywiście, bo „są ważniejsze sprawy”. No owszem, czasem są, a czasem nawet rzeczywiście są ważniejsze. Tylko że ciągłe uznawanie ważniejszości innych spraw w pewnym momencie przestaje bawić. Właśnie wakacje są takim momentem, gdy się buntuję; wtedy najłatwiej powrócić do czegoś, co się zaniedbało i odkładało na mityczne „potem”.

Szkoda tylko, że po wakacjach tak często rzeczy zaniedbane znów są zaniedbywane. Może po tegorocznych wakacjach będzie jednak inaczej? Może mnie grę na pianinie, a Wam coś innego, mniej ważnego niż „ważniejsze sprawy”, uda się ocalić od powakacyjnego zaniedbania? Oby.

6. Domowe SPA. W zeszłym roku wliczyłam domowe SPA do sposobów na urlop w mieście; w tym roku o tym przypominam, bo się sprawdza. Zgoda, maseczka z saszetki to nie to samo, co profesjonalny gabinet w wysokiej klasy hotelu, ale też ma swoje dobre strony. Najważniejsza zaleta: możesz mieć to SPA codziennie, mimo że urlop już dawno pomachał Ci łapskiem na pożegnanie. Zawsze coś.

7. Nowe hobby. Podobnie jak zaniedbane przyjemności, tak i nowe hobby często wpada do worka „musi poczekać na potem, bo teraz są ważniejsze sprawy”. Postawienie pierwszych kroków w nowym hobby, wciągnięcie się w nową pasję podczas wakacji to dobry wybór, bo zwykle możesz poświęcić na to więcej czasu i energii; a gdy już się porządnie zakotwiczysz, łatwiej będzie walczyć o to nowe po wakacjach. Choć raz z pomocą przychodzi nam siła przyzwyczajenia: skoro całe wakacje to robiłam i weszło mi to w krew, jak mam to rzucać, bo „już po urlopie, wakacjach i lecie”? Jeśli nie codziennie, to chociaż raz w tygodniu, chociaż godzinę, chociaż trochę.

W te wakacje odkryłam fotografowanie (druga wersja: zostałam nim zarażona. Efekt ten sam, mam własny aparat). Na pewno nie chcę ani aparatu, ani tego zainteresowania odstawić na półkę po sierpniu czy wrześniu. I możecie być pewne, że postaram się, aby za rok o tej porze nie kajać się felietonowo z powodu powakacyjnego porzucenia hobby. (Kciuki w tej intencji mile widziane).

8. Chodzenie w sandałach. Tak, jestem wielbicielką szpilek, wyznawczynią butów na wysokich obcasach oraz wierną poddaną pantofli na dziesięcio-, jedenasto- i trzynastocentymetrowym słupku. W tym roku jednak odkryłam urok, wygodę i przyjemność chodzenia w płaskich butach (może to znak, że się starzeję?), a znalezione w CCC sandały Lasockiego, zupełnie bez obcasów, płaskie jak naleśnik, są moim tegorocznym hitem wśród butów. Uwielbiam je. Razem z nimi zadeptuję wszelkie ślady kończenia się wakacji.

9. Jazda rowerem do pracy. Akcja jak najbardziej wakacyjna (może zahaczyć o późną wiosnę i wczesną jesień, ewentualnie bardzo łagodny początek zimy, ale jej kluczowy moment przypada właśnie na lato). Nawet jeśli nie jesteście szczególnie rowerolubne, to parę przejazdów do pracy i z pracy na rowerze od razu wywoła dumne poczucie „jestem eko-fit-wakacyjna”. A przy okazji nogi i zadek też nabiorą bardziej wakacyjnej linii. Przed wielkim obżarstwem bożonarodzeniowym – jak znalazł (w końcu trzeba myśleć perspektywicznie).

10. Śniadanie w ogrodzie (albo na tarasie, balkonie lub przy oknie, w zależności od możliwości lokalowych). Śniadanie w ogrodzie to coś, na co (jako osoba ciepłolubna, a nawet upałolubna) mogę sobie pozwolić tylko przy wysokich temperaturach i ładnej pogodzie. Śniadanie w ogrodzie jadłam w czasie urlopu, a teraz będę jeść w wolne weekendy – korzystając z faktu, że jeszcze mam wolne weekendy. Dopóki mogę siedzieć z kanapkami, gorącą herbatą, czymś słodkim i książką lub czasopismem na huśtawce pod jabłonią – są wakacje. Do diabła z kalendarzem.

Tyle ode mnie, dodawajcie swoje punkty do „Poradnika dla tych po urlopie”. Wcześniej czy później każda z nas będzie musiała po niego sięgnąć.

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.