PRZESUWANIE I FIKANIE

Czy uderzyła Was kiedyś myśl, jak bardzo potrzebujemy ludzi, którzy potrafią zwykłe rzeczy uczynić niezwykłymi, a niezwykłe – zwykłymi? Potrzebujemy ich, i co naj – najśmieszniejsze, najdziwniejsze, najsmutniejsze – często mamy ich gdzieś w pobliżu, wokół siebie, na wyciągnięcie ręki, tylko nie dostrzegamy. Albo dostrzegamy, lecz owa umiejętność uzwyklania niezwykłości i uniezwyklania zwykłości wydaje nam się tak naturalna, oczywista i „ichnia”, że jej sobie za bardzo nie uświadamiamy.

Jeśli w którymś momencie powiedziałyście sobie: „Łał, ależ ona to zrobiła / on to zorganizował, było niesamowicie, chociaż niby takie nic” – to znaczy, że trafiłyście na (nazwijmy to roboczo) uniezwyklaczkę lub uniezwyklacza. Jedni bywają uniezwyklaczami od czasu do czasu, inni dość często, a niektórzy są już nałogowcami. Efekt w każdym razie jest zawsze podobny: coś zwykłego zyskało klimat niezwykłości, a coś niezwykłego zostało podane w sposób tak bezpretensjonalny i prosty, że aż urzekło zwyczajnością.

Spotykam czasem takich uniezwyklaczy albo odkrywam ich w ludziach już znanych. Zaledwie kilka dni temu taką uniezwyklaczką stała się dla mnie Małgorzata Narożna.

W zeszłym tygodniu, we wtorek, uczestniczyłam w „Przesunięciu FiKi” – świętowaniu przeniesienia Kluboksięgarni FiKa z lokalu numer 6 w alei Papieża Jana Pawła II do lokalu numer 8 w alei Papieża Jana Pawła II. Wydawałoby się, że to banał – zmiana lokalizacji o dwa numery, dwa domy, 33 kroki na lewo, jak informowano w wydarzeniu na Facebooku. Niektórzy może się nawet nie zorientują, może się przez moment na ulicy zawahają, myśląc: „To chyba było jakoś wcześniej, bliżej?”. A jednak z tego pozornie prostego, zwykłego wydarzenia uczyniono coś niebanalnego, niezwykłego właśnie. I nie, nie chodzi o wydarzenie na fejsie – w dzisiejszych czasach wszystko można zareklamować, a przy odpowiednim marketingu dałoby się sprzedać Francuzom wieżę Eiffla i jeszcze im wmówić, że robi się Francji przysługę. Chodzi o klimat, jaki udało się stworzyć, klimat, do powstania którego potrzeba czegoś więcej niż dobrej strategii promocyjnej i wyrafinowanego programu działań.

Na pewno duży wpływ na ten klimat miało uniezwyklenie zwykłego wydarzenia, czyli właśnie przeniesienia księgarni o całe dwa lokale dalej. Okazało się, że da się z tego wycisnąć spotkanie sympatyków konkretnej księgarni, miłośników książek (zwłaszcza książek dla dzieci), wielbicieli Szczecina i pozytywnie zakręconych osób, które zwyczajnie miały ochotę pogadać z innymi pozytywnie zakręconymi. Da się oczarować wciąż jeszcze urządzaną przestrzenią księgarni (już wzdycham do tego pokoiku na piętrze, w którym będzie się można schować z książką lub czymś do picia przed całym światem). Da się zorganizować spacer po mieście, spacer w wersji mini, na przestrzeni kilku ulic, i pokazać spacerowiczom, którzy przecież mieszkają tu od tylu lat, oblicze miasta Gryfa, którego nawet nie podejrzewali. Da się pozwolić gościom na swobodę, dzięki której dobiorą się bez przymusu w grupki rozmawiające lub grające i „zasiedzą sobie” FiKę po swojemu.

A z drugiej strony – cała niezwykłość „Przesuwania FiKi” miała formę tak zwykłą, że w pierwszym momencie się myślało: o, jaka codzienna normalka, ja, grupa innych książkoświrów i impreza w księgarni… zaraz, może nie aż taka codzienna normalka. Znacie to uczucie? Jesteście w samym środku jakiegoś wydarzenia i dopiero po chwili dociera do Was, jak bardzo jest ono niezwykłe. To opóźnione „łał” wynika najczęściej z zachowania gospodarza. Jeśli gospodarz otwiera drzwi z miną „Przygotuj się na łał”, a za jego plecami miga neon „To jest megałał wydarzenie, przeżywaj i lajkuj!”, to oczywiście jest się w pełnej gotowości bojowej i cały czas się pamięta o obowiązku zachwycania się (choćby na własny użytek). Ale jeśli gospodarz ma na twarzy po prostu „Cześć, jak fajnie, że wpadłaś”, a neonu za plecami brak, to…

To jest jak w tamten wtorek w Fice: wciąga klimat, który w zasadzie sam się stworzył, rozmowy zaskakują spontanicznie, a przegrupowania rozmawiających odbywają się z pominięciem checklisty i bez obowiązkowego według koleżanek Bridget Jones prezentowania: „Sally, to jest Mike, Mike kolekcjonuje zdjęcia żyrafich zadków. Mike, to jest Sally, Sally regularnie zakłada niepoprawne politycznie koszulki pomnikom”.

Czułam się trochę jak na imprezie składkowej (przyniosłam ciasto, któraś z dziewczyn – szampana). Czułam się trochę jak na wiecu zwierzolubów – Olek, małe czarne psisko z zawadiacką czerwoną chustką na szyi, pozwalał się fotografować na tle książek i książkofilów oraz głaskać do upadłego (głaskałam więc, myśląc z tęsknotą o pozostawionym w domu własnym futrzaku). Czułam się trochę jak w samym środku francuskiego filmu obyczajowego, w którym ludzie siedzą, chodzą, piją i gadają scenarzysta jeden wie, o czym. Jeśli oglądasz taki film, to skręca Cię z zazdrości, że nie należysz do tej grupy i też tak nie siedzisz wewnątrz księgarni, grając w jakąś odmianę Dobble’a, albo na zewnątrz księgarni, na parapecie wystawowego okna, rozmawiając o pisarzach iberoamerykańskich, książkowych boomach i antyboomach, skali Kinsleya oraz masie innych rzeczy, które płynnie przechodzą jedna w drugą. Jeśli należysz do tej grupy, to… refleksja, że do niej należysz, dopada Cię dzień później, gdy wspominasz wspaniałe wczorajsze spotkanie, ciekawych ludzi i świetną pogawędkę, której treści nawet nie pokusisz się odtwarzać, bo trzeba tam być, by docenić jej smak.

Przede wszystkim jednak czułam się – w tym gronie zupełnie mi obcych, pierwszy raz spotkanych osób – bardzo swojsko. Książkofile, to raz. Fikofile, to dwa (mam do FiKi taką sympatię, jaką chyba musi mieć każdy, kto mimo dawno skończonej osiemnastki nadal pasjami czyta książki dla dzieci). Szczecinofile, to trzy (szczeciński spacer z Michałem Rembasem to wycieczka naprawdę warta każdego przedreptanego metra). A poza tym – ludzie, którzy z łatwością odnaleźli się w kameralnej przestrzeni księgarni i bezpretensjonalnej atmosferze całego „przesuwania”. Chyba zresztą właśnie ta bezpretensjonalność najbardziej utkwiła mi w głowie, i to już w trakcie imprezy. Bezpretensjonalność jest trudna; łatwo ją przeoczyć albo pomylić ze zwykłością rozumianą jako bylejakość lub nijakość. Utrzymać bezpretensjonalny klimat wydarzenia, które z założenia miało być (i było) dość niezwykłe, to naprawdę sztuka. Małgosia Narożna dokonała tej sztuki w Fice z łatwością, jakby przy okazji podawania arbuza czy napojów; i o ile w pierwszych chwilach spotkania miałam pełną świadomość, że nikogo z obecnych nie znam ani nikt z obecnych nie zna mnie, o tyle w chwilach ostatnich, przed pożegnaniem się, przysięgłabym, że w tym towarzystwie z FiKi przesiedziałam nie godziny, a co najmniej tygodnie. W samej Fice – dopiero co otwartej pod numerem ósmym – też.

Nowa siedziba FiKi to zresztą osobna historia. Pamiętam pierwszą, mieszczącą się w części holu Muzeum Narodowego na Wałach Chrobrego; była tam, gdy się wchodziło po raz pierwszy, przemiłym zaskoczeniem, a przy kolejnych odwiedzinach – naturalnym i wyczekiwanym elementem. W drugiej siedzibie, przyznaję z żalem i pretensją do siebie, nie byłam; zostało mi teraz poobserwowanie przez szybę słynnych już rysunków na ścianach, zanim zostaną zamalowane. Trzecia siedziba zauroczyła mnie od pierwszej chwili (szczególnie ten wspomniany czytelniczy pokoik na piętrze, który w przyszłości zamierzam okupować do upadłego). Jednak im dłużej myślę o lokum FiKi i o samej Fice, tym bardziej dochodzę do wniosku, że siedziba siedzibą, ale kwintesencję FiKi tworzy człowiek, który ją tworzy. Nawet jeśli FiKa zmieniłaby lokalizację jeszcze ze sto razy (czego jej w żadnym wypadku nie życzę), nie mam się o co martwić, ów klimat zawsze odnajdę.

Wracając do wtorkowego „przesuwania” – to było wyjątkowo niezwykłe wydarzenie, podane w urzekająco uzwyklający, prosty i bezpretensjonalny sposób. Małgosiu, dziękuję Ci za to Fikowe spotkanie i za uzwyklanio-uniezwyklanie rzeczywistości. Tak po prostu.

Barbara Popiel. Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.