PRZEWÓZ SPERSONALIZOWANY

Na ogół nie jeżdżę PKS-ami i busami firm przewozowych; dotąd moje podróże wpasowywały się zawsze w ramy pociągów lub samochodu. Jednak w ramach realizowanego przez uczelnię projektu – zajęć edukacyjnych dla seniorów na uniwersytetach trzeciego wieku – stanęłam przed koniecznością dostania się do miejscowości, do których pociągi albo nie dojeżdżają, albo jeżdżą w godzinach zupełnie mi niepasujących. Załatwienie samochodu też utrudnione. Pozostają – i dzięki wam za nie, bogowie – prywatni przewoźnicy. Tak właśnie w poprzedni poniedziałek wczesnym popołudniem znalazłam się w żółtym busie firmy Fedeńczak w drodze do Golczewa.

Pierwsze wrażenie: ładne samochody i sympatyczni, życzliwi kierowcy. Pan z busu „nie do Golczewa” wyjaśnia, gdzie stanie jego kolega (bus „tak do Golczewa”). Drugiego dnia ten sam pan zagaduje, czy to nie ja wczoraj o tej samej porze czekałam na ten sam bus. Nadjeżdża bus „tak do Golczewa”. Kierowca przypomina (a niezorientowanym, jak ja, uświadamia), że przesiadka w Goleniowie. Spokojnie, on nam pokaże, przekaże nas koledze. Kolega wie, bo czeka. Pan próbuje mnie namówić na bilet studencki albo na podjęcie studiów, bo przecież w każdym wieku można (no ba!). Jedziemy.

W poniedziałek w busie raptem trzy osoby, przesypiam godzinę drogi. W Goleniowie przesiadka – i przykra niespodzianka, bo bus „druga część drogi do Golczewa” zapchany, trzeba stać (a i tak początkowo ścisk). Powoli narasta we mnie złość, bo przecież tak nie powinno być, powinno być więcej busów, powinny częściej jeździć, powinno się wyrzucić tę część ludzi, która mnie ściska i przez którą ja i torebka ledwo możemy się utrzymać. Poza tym jest duszno, trzęsie i w ogóle beznadzieja. No i żołądek mam gdzieś w okolicach gardła.

A potem uderza mnie pewna rzecz: nikt w busie się tym nie irytuje. Ani nastolatki w firmowo podartych spodniach, ani starsi ludzie, którzy nie wymyślają na tę paskudną dzisiejszą młodzież, ani ludzie mniej czy bardziej w moim wieku.

Nie czuję irytacji. Nie czuję napięcia. Nie czuję „Jesteśmy spóźnieni z całym życiem o pięć minut!”. Nie czuję nic – tylko drogę. Czuję podrygującą i powarkującą pod stopami podłogę, poszarpywanie przy zakrętach, niewygodną pozycję, w której stoimy ja i torebka, powiew świeżego powietrza na przystankach, ruch ciał w jedną i drugą stronę, by przepuścić wysiadających i wpuścić wsiadających. Jedyny pęd, jaki odczuwam, to pęd samochodu – nie ludzki. I mój wewnętrzny pęd, który tak lubi zapędzać mnie do wszystkiego, gdzieś się pod drodze gubi. Może wypchnięto go z busu koło Miękowa?

Cała sytuacja zaczyna mnie bawić. Więcej, zaczyna mi się podobać. Czuję się trochę jak w innym świecie – w świecie, w którym ludzie w czasie jazdy jadą zamiast się awanturować, że jeszcze nie dojechali, tłoczą się bez pretensji, że ten bezczel za mną czy przede mną tak się rozpycha, stoją lub siedzą bez fochów, że akurat nie siedzą lub stoją. W świecie, w którym nikt nie grozi kierowcy skargą, sądem albo wysoko postawionymi znajomymi za to, że bus nieduży i nie da się rozciągnąć jak guma.

W Goleniowie kierowca busu „druga część drogi do Golczewa” pocieszał jowialnie: „W Miękowie się rozluźni! A już w Przybiernowie na pewno”. Przepowiednia się sprawdza, w Miękowie mogę już usiąść (torebka też). Wygodniej, przyjemniej i spokojniej. Żołądek wprawdzie dalej za wysoko, ale również ma lepszy humor. Jedziemy dalej. Drogi miejscami gorsze, widoki coraz piękniejsze: lasy, lasy, lasy. Korony drzew nade mną, żołądek uspokajający się we mnie. Tak można jechać.

Docieramy do jednej z mniejszych miejscowości. Kilka osób wysiada na wyznaczonym przystanku – i wtedy kierowca pyta: kto tu trochę dalej? Starsza pani mówi, że ona, o tam, parę ulic za przystankiem. I wtedy kierowca busu robi coś, czego nie umiem sobie wyobrazić u kierowców miejskiej komunikacji: przejeżdża dodatkowo te parę ulic i wysadza panią prosto pod domem. Bez wypominania, okazywania „jaką to ja łaskę robię”, marudzenia potem, że trzeba wykręcić i przejechać z powrotem kawałek drogi. Bez wahania. Jasne, wiem, że komunikacja miejska ma bardziej restrykcyjne wytyczne czasowe, więcej pasażerów i wyznaczone trasy, więc nie może sobie wjeżdżać w każdą małą uliczkę, która się natrafi. Jednak gdy sobie przypomnę, ilu kierowców autobusów czy tramwajów zamknęło mi lub znajomym drzwi przed nosem, choć widzieli nas biegnących i machających, jak parę razy kierowcy nie chcieli wpuścić ludzi do stojącego na pętli autobusu przed odjazdem, choć na dworze mróz wykańczał, jak się potrafili nieuprzejmie (duży eufemizm) odezwać w odpowiedzi na proste pytanie – gdy to sobie przypomnę, kierowca busu „druga część drogi do Golczewa” urasta w moich oczach na bohatera dnia codziennego.

Kolejna mała miejscowość, wysiada jakiś pan. Żegna go uwaga kierowcy: „Kury swoje zamknij”. Kury gdakają wokół kół i sprawiają wrażenie niezbyt przekonanych do tego czegoś dużego, żółtego i pozbawionego piór. Jakiś kiepski kurczak. I robi „wrum wrum wrum” zamiast „pi pi pi”.

Ostatnia część trasy. Drogi – przeboje i wyboje (z naciskiem na to drugie). Żołądek niechętnie ćwiczy zumbę, ale nie narzeka. Ja się napawam widokami za oknem. Torebka zachowuje stoicki spokój (traci go w zasadzie jedynie wtedy, gdy ją wybebeszam na wszystkie strony w poszukiwaniu czegoś, co przecież powinno być właśnie tam, gdzie tego nie ma).

I Golczewo. Żołądek powoli opada na swoje miejsce. Mogę iść na zajęcia.

We wtorek mała improwizacja: ponieważ dostajemy wiadomość, że bus w Golczewie jest zapchany po brzegi, kierowcy umawiają się między sobą: pierwszy dowiezie nas do Przybiernowa, drugi nas stamtąd przejmie. To oznacza o wiele wygodniejszą drogę – i w jednym, i w drugim busie cały czas spokojnie siedzę. Ale klimat się nie zmienia, nadal jest spokojniej, jakby wolniej (choć prędkość mamy dobrą) i sympatycznie. Kierowcy busów rozmawiają z pasażerami, których znają. W Przybiernowie chwila oczekiwania. Ciepło, słonecznie, więc poczekać można z przyjemnością. Wkrótce potem wysiadka w Golczewie. Żołądek, odbrażony już na dobre, siedzi na swoim miejscu i nie marudzi. Torebka jak zawsze.

To była jedna z najprzyjemniejszych podróży, jakie zdarzyło mi się odbyć komunikacją publiczną. Podróż naprawdę „spersonalizowania” – z kierowcami nastawionymi życzliwie do pasażera (który czasem zwyczajnie się w czymś nie orientuje), w dobrym klimacie, o wiele mniej nerwowo niż zwykle. Podróż z ludzką twarzą – tak, to właśnie było to. Przy całej świadomości specyficznych warunków tych przewozów, przy uwzględnieniu, że mogłam akurat trafić na sympatyczniejszych kierowców i współpasażerów, przy zgodzie, że w komunikacji miejskiej też są ludzie mili i pomocni – przy tym wszystkim stanowczo jednak stwierdzam, że podróż żółtymi busami była taką wyprawą, jakiej jeszcze dotąd nie przeżyłam, za to chętnie przeżyłabym ponownie.

Nawet gdybym drogę powrotną prywatnym samochodem znów musiała przebyć na linie holowniczej, bo alternator się zepsuł. No cóż, bywa. To właśnie wyniosłam z żółtych busów: bywa. I jedzie się dalej (albo nie. Co też bywa).

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.