asian-1294092_1280Nie lubię chodzić do lekarzy, naprawdę. Mimo to zdaję sobie sprawę, jak cenne jest zdrowie, więc staram się monitorować jego stan w miarę regularnie. Skończyłam studia na Uniwersytecie Medycznym, gdzie uczyło mnie grono lekarzy i profesorów, mówiących o najnowszych trendach i wytycznych oraz o tym, że dietoterapia to jeden z najważniejszych elementów profilaktyki, a także często leczenia większości chorób i przypadłości. Przepełniona optymizmem i dawką sporej (jw mojej ocenie ☺) wiedzy, chodziłam do różnych lekarzy konsultując problemy, z którymi borykałam się od lat, bądź leczyłam choróbska, które są nieodłączną częścią naszego życia (np. przeziębienie). Domyślam się, że znacie już finał tych historii- w większości (chodź nie zawsze) mój poziom optymizmu spadał do zera, a nadzieja na konstruktywną rozmowę i wcielenie w życie dietoterapii z odpowiednim leczeniem była tylko mrzonką. Żeby nie być gołosłowną, przytoczę kilka przykładów:

1. Dietetyk u gastrologa.
Batalię z bólami brzucha toczę od wielu lat. Rozpoczynając dietetykę postanowiłam coś z tym zrobić, czyli zacząć od diagnozy. Przebiegu gastroskopii nie muszę wam opisywać, w każdym razie mocno zniechęca do podejmowania kolejnych kroków… Zwłaszcza gdy lekarz jest niemiły i nie przygotuje Cię psychicznie do badania. Ok, koniec użalania się, czas na diagnozę. Zapalenie błony śluzowej żołądka plus Helicobacter pylori. Leczenie: eradykacja dwoma antybiotykami i inhibitorem pompy protonowej, czyli dziesiątki tabletek do połknięcia. Na moje pytanie jak odżywiać się podczas leczenia, usłyszałam odpowiedź, że mam jeść normalnie, bo moje problemy zapewne wynikają z tego, że jem za zdrowo… Gdy zapytałam o leki osłonowe, probiotyki czy cokolwiek, co wspomoże organizm w tym okropnym dla niego czasie wyjałowienia, dowiedziałam się, że jest to zbędne. I wszystko to mówił lekarz gastrolog, który na moje dietetyczne oko ważył co najmniej 120 kg, a guziki od koszuli na poziomie brzucha tylko czekały, żeby wystrzelić pacjentowi w oko… Jaki był efekt? Kolejne kilka miesięcy z niewyobrażalnymi bólami brzucha i uczuciem, jakbym połknęła nadmuchany balon. O innych dolegliwościach wspominać nie będę, napiszę tylko, że przywrócenie harmonii w moim organizmie zajęło mi 4 lata…

2. Dietetyk u dermatologa.
Kolejna historia z czasów studenckich, kiedy to studiowałam biotechnologię, a o zdrowym żywieniu i racjonalnym odżywianiu się nawet nie myślałam. Jak u większości nastolatków był czas, kiedy miałam problemy z cerą. Dosyć późno, bo na początku studiów, ale nie zmieniało to faktu, że młodej pannie problemy natury estetycznej bardzo przeszkadzały 😉 Wybrałam się więc do dermatologa. Bez zastanowienia zgodziłam się na miesięczną kurację antybiotykami z grupy tetracyklin. Kuracja średnioehr-1476525_1280 pomogła, nie wspominając o tym, że wtedy o probiotykach też nikt mi nie powiedział… Jednak nie chcielibyście widzieć mojego zażenowania, gdy przy końcu kuracji na jednych z zajęć w Katedrze Mikrobiologii i Immunologii dowiedziałam się, że tetracylin nie można przyjmować z nabiałem. Dlaczego? Ponieważ jony wapnia tworzą z nimi kompleksy, które tracą tym samym swoją aktywność biologiczną. Podsumowując, piłam codziennie szklankę mleka na śniadanie i spożywałam antybiotyki, które oprócz spustoszenia w moich jelitach, za wiele mi nie pomogły… a wystarczyła tylko wskazówka od lekarza podczas przepisywania recepty…

3. Dietetyk u lekarza rodzinnego.
Szkoda mi lekarzy rodzinnych. Okrojony czas na wizytę setek pacjentów, ponadprogramowe prośby o pilne przyjęcie i gros innych problemów sprawiają, że ich obojętność potrafi przyprawić mnie o palpitacje serca. Jestem pełna podziwu dla ich zawodu oraz tego, że jako lekarze pierwszego kontaktu powinni mieć chyba najszerszą wiedzę ze wszystkich specjalizacji, żeby prawidłowo zdiagnozować pacjenta. Niestety doctor-906140_1280CZĘSTO (nie zawsze- miejcie to proszę na uwadze czytając ten artykuł) ich wiedza kończy się wraz z zakończeniem studiów, a szanse na podążanie za najnowszymi wytycznymi są nikłe… Czy Wam także zdarzyło się robienie badań na własną rękę, a wyniki przekraczające normy były bagatelizowane? Czy przy Was też lekarz sprawdzał w doktorze Google, co właściwie oznacza słowo lub schorzenie, o które właśnie zapytałaś? Czy Tobie też lekarz wypisywał antybiotyk na wirusowe zakażenie, chodź powszechnie wiadomo, że leki te stosowane są w leczeniu bakterii…? Myślę, że większość osób odpowie tak…

Czekam na moment, kiedy standardy medyczne z zachodu zakorzenią się u nas na dobre. Kiedy to prawdziwy zespół medyczny będzie składał się nie tylko z lekarzy i pielęgniarek, a także z dietetyków i psychologów. Czekam, aż lekarze uzmysłowią sobie, że większość schorzeń można wyleczyć, albo chociaż załagodzić odpowiednim żywieniem, a pacjenci będą wiedzieli, że nie tylko tabletka potrafi zrobić porządek z ich ciśnieniem, poziomem cukru, równowagą hormonalną albo niepłodnością… Jeśli Wasze zdrowie jest dla Was cenne, pamiętajcie, że nie zawsze warto ślepo wierzyć we wszystkie wytyczne lekarzy, biorąc pod uwagę fakt, że na studiach lekarskich kilka godzin z żywienia nie zastąpi wiedzy wykwalifikowanego dietetyka.

Magda ZarębskaMagda Zarębska

Dietetyczka, biotechnolożka, absolwentka Uniwersytetu Szczecińskiego i Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie, koordynatorka programów prozdrowotnych w szkołach i przedszkolach, konsultant gabinetów dietetycznych, animatorka sportowa. W wolnym czasie przerzuca ciężary na siłowni, eksperymentuje kulinarnie i czyta kryminały.