Rodzicielstwo bliskości –fanaberia młodych rodziców czy powrót do korzeni?

Wychowanie dziecka jest najtrudniejszą rolą, jaką przyjdzie nam wypełniać w swoim życiu. Zostając rodzicem, bez znaczenia jest to, jak wiele książek się przeczytaliśmy oraz jak wiele mądrości i porad życiowych od innych przyszło nam wysłuchać. Zaskoczenie z powagi sytuacji i napięcie wynikające z uświadomienia sobie swojej odpowiedzialności za inne życie dopadnie każdego świeżoupieczonego rodzica. Jeszcze przed narodzinami dziecka najważniejszym naszym wyborem jest to, jaki wózeczek kupić i skąd wziąć na to całe „przedsięwzięcie” pieniądze. Natomiast po narodzinach wszystkie te sprawy schodzą na boczny tor i pozostaje jedno istotne pytanie – w jaki sposób wychować tego małego człowieka?

Przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przyniosły nam modę na wychowanie typowo behawiorystyczne, czyli opierające się głównie na nagradzaniu pozytywnego zachowania oraz karaniu negatywnego – nie było mowy o poszanowaniu uczuć czy woli dziecka, wszystko miało się opierać na odgórnych wytycznych, zasadach, które należało wprowadzać już od narodzenia dziecka. Karmienie wyliczone co do godziny, dziecko płaczące, ale czyste i najedzone należało zostawić w łóżeczku, bo każda jego potrzeba została spełniona, więc noszenie czy też przytulanie mogłoby doprowadzić do rozpieszczenia tudzież wyuczenia „złych” nawyków u dziecka. Matki płakały razem z dziećmi, ale większość trzymała się twardo zasad, które przekazywali lekarze, położne, starsze pokolenie. I tak dzieciątka pozostawione same sobie w łożeczkach nie były zbyt często tulone czy też noszone, bujanie ograniczało się do trzęsącego się wózeczka, z którego nie były wyjmowane na spacerach, mimo płaczu i lamentu. Starsze osobniki również nie miało za wiele do powiedzenia w kwestii własnych racji i chęci. „Dziecko ma być widziane, a nie słyszane” – modne motto przyświecało starodawnemu wychowaniu. Takie podejście świetnie pasowało do ówczesnych czasów, gdzie dorośli również mieli poddawać się bezwolnie autorytetom i nie włączać własnego myślenia, jedynie posłusznie wykonywać swoją rolę w społeczeństwie.

Badania psychologiczne z okresu lat osiemdziesiątych nad wpływem wychowania dzieci na późniejsze wybory życiowe, pokazały jednak, że kluczowe jest nawiązanie prawidłowej, bliskiej relacji z dzieckiem. Teoria przywiązania Bowlby’ego potwierdzała przypuszczenia, że człowiek, który w dzieciństwie miał poczucie bycia kochanym, był otoczony miłością i zaufaniem, będzie miał większe szanse na nawiązanie relacji z innymi ludźmi w dorosłym życiu, niż osoba, która nigdy takiego uczucia nie doświadczyła. Tłumacząc to w prosty sposób – nie tylko zaspokojenie potrzeb fizjologicznych ma znaczenie dla dziecka, ale ważne, wręcz kluczowe jest także zaspokojenie jego potrzeby miłości i bliskości, którą każdy człowiek ma wrodzoną. Dlatego też noworodek płacze, mimo tego, że jest najedzony i przebrany – czuje potrzebę bliskości. Jednocześnie inne badanie obaliły tezę, jakoby płacz dziecka wpływał na niego pozytywnie – wręcz przeciwnie, już u noworodka wysoki poziom kortyzolu, czyli hormonu stresu, który powstaje w wyniku silnych negatywnych przeżyć – a dla dziecka pozostawienie go samego w łóżeczku do wypłakania jest właśnie takim przeżyciem – wpływa negatywnie na cały jego układ nerwowy. Dodatkowo uwaga dziecka skupiona jest wtedy jedynie na tym, by zaspokoić swoją potrzebę bezpieczeństwa – jeśli rodzica nie ma w pobliżu, stresuje się tym, nie rozwijając się w prawidłowy sposób, gdyż cała energia jest pożytkowana na jeden cel.

Teorie te trafiły na podatny grunt – młodzi rodzice, wychowani w tzw. „zimnym chowie”, czyli bez silnej więzi emocjonalnej z własnymi rodzicami, uwierzyli, że nie tędy droga, i obiecywali sobie, że swoich dzieci nie wychowają w taki sam sposób, w jaki robili to ich rodzice. W latach dziewięćdziesiątych narodziła się idea wychowania bezstresowego. Często jest ona tłumaczona właściwie jako brak jakiegokolwiek wychowania, a więc pozwalanie dziecku na wszystko, spełnianie jego zachcianek, byleby tylko dziecko nie płakało i nie złościło się. Można powiedzieć, że było to wręcz przeskoczenie z jednego bieguna na drugi – od tresowania dzieci do kompletnej samowolki. Tak skrajne podejścia nigdy jednak nie spełniają swojej roli, dlatego też zagubieni rodzice nadal poszukiwali idealnego modelu wychowania dla siebie. Wielu rodziców chciało być zarówno blisko swojego dziecka, ale niekoniecznie wiązać to z zupełnym poddaniem się temu małemu człowiekowi. Rozwiązanie okazało się być bliżej niż myśleli – rodzicielstwo bliskości spełnia te założenia. Termin ten powstał już w 1982r., jednak prawdziwa „moda” na rodzicielstwo bliskości pojawiła się kilkanaście lat temu. William Sears, lekarz pediatra, wraz z żoną, dyplomowaną pielęgniarką oraz doradczynią laktacyjną, bazując na teorii przywiązania Bowlby’ego oraz na własnych doświadczeniach rodzicielskich (mają ośmioro dzieci) złożyli w całość główne założenia rodzicielstwa bliskości, aby pokazać innym rodzicom, że można wychowywać dziecko w sposób instynktowny, zgodny z empatycznym podejściem do drugiego człowieka, jednocześnie nie zatracając przy tym siebie, utrzymując swoje rodzicielskie granice. Przede wszystkim istotą takiego wychowania jest zaspokajanie potrzeb dziecka – i tutaj nie należy tego mylić ze spełnianiem każdej zachcianki dziecka, jak miało to miejsce przy bezstresowym wychowaniu. Potrzebą dziecka jest np. bycie przytulonym do rodzica, a zachcianką może być nowa zabawka, która żadnej z potrzeb nie spełnia. Istotną rolę odgrywa także szanowanie małego człowieka od chwili narodzin – dziecko nie jest nieświadomym bytem, ale osobną jednostką, której uczucia od początku powinny być brane pod uwagę.

Wśród założeń rodzicielstwa bliskości znajdują się także: świadome przygotowanie do porodu, karmienie piersią, współspanie z dzieckiem. Doktor Sears podkreśla jednak, że bycie bliskościowym rodzicem nie wymaga spełnienia każdego z punktów czy też restrykcyjnego trzymania się zasad – są to raczej założenia, na których można bazować, by odnaleźć w tym wszystkim własną drogę do wychowania. Jest to także powrót do pierwotnego podejścia do rodzicielstwa – Jean Liedloff, amerykańska pisarka i jedna z pionierek rodzicielstwa bliskości, opisała swoje doświadczenia z kilkunastomiesięcznego pobytu wśród plemienia Indian. W swojej książce „W głębi kontinuum” przedstawia nam ideę wychowania dzieci w dużej bliskości, dzieci, które są radosne, bo ich rodzice są z nimi i otaczają ich miłością, nosząc je i zaspokajając ich potrzebę przywiązania. Dzięki jej obserwacjom, na nasze ulice wróciły chusty i nosidła – idea noszenia dzieci jest bardzo bliska takiemu wychowywaniu dzieci. Naukowe badania dowodzą także, że dzieci noszone, czy to na rękach czy w chuście, są spokojniejsze, ich poziom kortyzolu jest niższy oraz są zdecydowanie spokojniejsze.

Rodzicielstwo Bliskości jako styl wychowania nie jest nowatorskim podejściem, bliskościowi rodzice, którzy wychowywali swoje dzieci instynktownie, z empatią i szacunkiem wobec małego człowieka istnieli już wcześniej, jednak dopiero niedawno temu pojęciu nadano formę i dobrano nazewnictwo. Istotą takiego podejścia jest działanie nakierowane na spełnienie potrzeb dziecka, zrozumienie ich, a do tego niekonieczne jest bazowanie na książkach, wystarczy rodzicielska intuicja, która od wieków jest w każdym z nas, jedynak została zblokowana przez nakazy i zakazy pochodzące z zewnątrz. Powrót do korzeni, do głębi tego, co jest w nas da nam możliwość na odkrycie w sobie rodzica, jakim zawsze chcieliśmy być dla swoich dzieci.

Autorka: Anna Bajus

Absolwentka psychologii klinicznej oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Żyje z pasją i uważnością. Mama żywiołowego dwulatka. Zawodowo zgłębia problematykę „mindfulness”, prywatnie rodzicielstwa bliskości. Odpręża ją lektura książki „Ania z Zielonego Wzgórza” i spacery po lesie.

 

 

Artykuł napisany na podstawie:
„Attachment and loss” Bowlby J.
„Bliskość w rodzinie. Więzi w rodzinie a zaburzenia w dorosłości.” Tryjarska B
„Księga Rodzicielstwa Bliskości” Sears W. i M.
„NIE z miłości. Mądrzy rodzice-silne dzieci” Juul J.
„W głębi kontinuum” Liedloff J.