ROWEROWE (PRZE)ŻYCIE

Moja przerwa w jeździe na rowerze trwała jakieś siedem lat. Pamiętam, i to jak przez mgłę, parę jazd zaraz po ostatniej przeprowadzce – już wtedy mój stary rower miał uszkodzony przedni albo tylny hamulec, a potem trafił do składzika w oczekiwaniu na naprawdę, która dotąd nie nastąpiła. Z różnych względów ta utrata roweru nieszczególnie mnie siedem lat temu obeszła. Od tej pory z dwoma kółkami miałam do czynienia tylko sporadycznie na siłowni, ale i tak wolałam bieżnię.

Rower wrócił do mojego życia dosłownie kilka chwil temu – w maju tego roku. Pomysł partnera „skoro w zeszłym roku łyżwy razem, to może teraz rowery razem, będziemy jeździć po lesie?” zaowocował zakupem dwóch rowerów, dwóch kasków, jednego plecaka i trzech par rękawiczek (dla mnie z palcami i bez palców, ale tych drugich dotąd nie założyłam).

Tyle że mnie – jeszcze w czasie oczekiwania na realizację zamówienia – dopadła żądza jeżdżenia tym rowerem do pracy.

W gruncie rzeczy nie za bardzo umiem ten napad żądzy wyjasnić. Przez klilka lat obserwowania w teatrze rowerowej koleżanki czułam co najwyżej podziw i zdziwienie, ale nawet nie zazdrość „też bym tak chciała”. Widok rowerzystów na mieście (szczególnie na ulicach miasta) wywoływał głównie irytację (albo agresję i pragnienie mordu, gdy pędzący na dwóch kółkach imbecyl o mało nie potrącił mojego psa). Rowery miejskie podobały mi się jako idea, ale nie kusiły jako praktyka.

I nagle – ta fizyczna wręcz niecierpliwość oczekiwania na własny rower, którym będę mogła jeździć do pracy.

Może w tym rzecz – że to własny rower? Myślę jednak, że większe znaczenie ma ogólna potrzeba częstszego ruchu i uzyskania głębszej harmonii między pracą a odpoczynkiem, wysiłkiem intelektualno-psychicznym a wysiłkiem fizycznym, działaniami głowy a działaniami ciała. Tych drugich w moim funkcjonowaniu zawodowym jest zawsze mniej, zwyczajnie mało. Dziekan co najwyżej idzie (albo podjeżdża) na spotkanie służbowe, nie realizuje zadań wydziału, ćwicząc fitness. Redaktorka nie robi korekty jednocześnie z piruetami na lodzie (piruetów i tak nie umiem). Trenerka szybkiego czytania może chodzić wokół stołu, pilnując dzieci w trakcie ćwiczeń ze wskaźnikiem, ale nie biega na długie dystanse. Felietonistka przebiera palcami na klawiaturze, ale nie nogami przy pedałowaniu. Żadna z moich prac nie przewiduje prawdziwego, intensywnego i sportowego zaangażowania ciała.

Tak, tego mi właśnie potwornie brakuje, jak uświadamiam sobie coraz bardziej, wyraźniej i czasem nawet boleśniej podczas kolejnej godziny na krześle przed komputerem: sportu. Sportu nie okazjonalnego i naznaczonego paskudnym, widmowym poczuciem winy, które zna niemal każdy ekspracoholik i wielu niepracoholików, dotkniętych jednak pracoholicznymi miazmatami współczesnego świata – lecz sportu wciągniętego w codzienne życie równie mocno, jak smartfon.

To zresztą tylko czysto pragmatyczne uzasadnienie, dlaczego obecnie jeżdżę rowerem do pracy i z pracy. W jedną stronę mam do przebycia dziesieć kilometrów – zajmuje mi to około godziny. Nie jest to więc podróż szybsza niż autobusami i tramwajami (i o wiele wolniejsza niż samochodem, przynajmnieju poza godzinami szczytu) – jest za to przyjemniejsza, bardziej odprężająca, zdrowsza i zabawniejsza. Jeżeli do pracy i z pracy jadę rowerem, mam za sobą łącznie dwadzieścia przepedałowanych kilometrów i ze dwie godziny na świeżym powietrzu na dobę. Prawdopodobieństwo, żebym w ciągu każdego dnia (albo chociaż co drugi dzień) wygospodarowała po pracy dwie godziny wolnego czasu na rower – przy tym wszystkim, na co już staram się wygospodarować czas, i to z różnym skutkiem – jest zerowe, a może i minusowe. Wykortzystanie czasu, który i tak muszę poświęcić, by dotrzeć na uczelnię i potem do domu, właśnie na rzecz sportu, okazuje się idealnym i jedynym sensownym rozwiązaniem. Nawet jeśli po rower sięgnę tylko przez połowę roboczego tygodnia (który najczęściej twra u mnie sześć albo siedem dni), daje to przynajmniej sześćdziesiąt kilometrów na tydzień, czyli około ośmiu i pół kilometra dziennie. Jak ja bym w innym układzie przejeżdżała ponad osiem kilometrów dziennie? Nijak. Więc tak, moja prywatna akcja „rowerem do pracy” jest jedynym sposobem, by rower nie stał się ozdobą domowego składzika, wyciąganą od święta i zajętą głównie kolekcjonowaniem kolejnych warstw kurzu.

Tyle, jeśli chodzi o aspekt pragmatyczno-czasowy. Ale to nie tak, że moje „rowerem do pracy” wiąże się jedynie z zimną kalkulacją. Prawda jest bowiem taka, że w rowerze i w jeździe na nim zwyczajnie się zakochałam.

Zakochałam się w uczuciu absolutnej wolności, jaką daja mi dwa kółka. Jako osoba bez prawa jazdy (i ze względu na poważne upośledzenie, jesli chodzi o rozpoznawanie stron, poczucie kierunku oraz ogólne odnajdywanie się w przestrzeni, prawdopodobnie – dla własnego oraz cudzego bezpieczeństwa – na ten brak prawa jazdy skazana do końca życia) byłam uzależniona albo od zmotoryzowanych bliskich (ewentualnie znajomych), albo od komunikacji miejskiej, albo niekiedy od taksówek. Z bliskimi wiadomo – trzeba się do nich dostosować, a to poczekać, a to przyspieszyć, a na końcu zawsze ktoś marurdził, że musiał czekać (ja na nich lub oni na mnie). Ze znajomymi też wiadomo – nie zawsze im pasuje, czasami głupio prosić. Z komunikacją wiadomo tym bardziej – tu potrzebny jest żelazny rygor i poszanowanie rozkładu jazdy, oczywiście jednostronne (Ty się nie możesz spóźnić, bo autobus lub tramwaj Ci odjedzie, ale on się może spóźnić, Ty sobie poczekasz, a jak Ci coś nie pasuje, to zasuwaj, lala, na piechotę). Z taksówkami wiadomo najbardziej: kosztują. A w godzinach szczytu i tak musisz czekać, bo albo nie ma wolnych, albo wolne przebijają się przez korek, by dotrzeć do klienta.

Teraz? Teraz wreszcie wolność! Pięć minut w tę czy w tę – co za różnica, najwyżej będę szybciej pedałować. Coś się przeciąga? Na szczęście rower poczeka, sam nie odjedzie. Po drodze mam ochotę wpaść do kawiarni na lody, posiedzieć w parku na ławce i poczytać, gdzieś jeszcze zajrzeć? Rower nie ma nic przeciwko, on w przeciwieństwie do innych ludzi i do mnie nie zaplanował sobie dnia i nie uważa, żebym mu rozwalała priorytety. Jego priorytety to obracające się koła, łańcuch na właściwym miejscu i moje stopy na pedałach, a ręce na kierownicy.  Niczego więcej mu do szczęścia nie potrzeba. No, może od czasu do czasu nasmarowania kilku elementów i sprawdzenia stanu powietrza w oponach.

Zakochałam się w dobrym samopoczuciu, jakie ogarnia mnie w czasie jazdy i po jeździe – w odświeżeniu umysłu, w możliwości odcięcia go na czas podróży od wszystkiego albo skupienia się na czymś, ale w warunkach bezkarnego rozluźnienia. Na pewno istotną rolę gra tu dotlenienie, patrzenie na zieleń i ruch; odbiera się to jednak raczej na poziomie psychicznym, między innymi dzięki myślom „robię coś fajnego dla siebie”, „mogę na tym rowerze uciec przed całym światem, a że nie uciekam, to mój łaskawy dla świata wybór”, a także dzięki… zgubieniu pozostałych myśli, tych mniej fajnych, gdzieś daleko, bardzo daleko za obracającymi się kolami. Tak, wiem, te małe myślowe dranie w końcu mnie w ciągu dnia dogonią i wślizgną się podstępnie do mojego gabinetu, mojej głowy i mojego samopoczucia. Ale zanim to nastąpi, minie trochę czasu i zdążę już zrobić kilka rzeczy, dzięki którym wrażenie sensu, sprawczości i zadowolenia utrzyma się lub nawet wzrośnie.

Zakochałam się w kotroli – nad pędęm, nad drogą, nad współpracą ciała z rowerem. Niesamowite swoją drogą, jak bardzo ciało pamięta. Pamięta nie tylko rower – pamięta w ogóle rzeczy, których się nauczyło. Po kilku latach przerwy w pływaniu samo odnalazło rytm na basenie, odpowiednie ruchy, by utrzymać się w wodzie. Po rocznej przerwie między jednym a drugim sezonem łyżwiarskim bardzo szybko przypomniało sobie właściwą postawę i właściwą pracę nóg na łyżwach. Po siedmiu latach bez roweru w ciągu kilku minut uruchomiło wszystko, co znało i czego potrzebowało do jazdy, do zakręcania, do hamowania, do zachowywania równowagi i ruchu nawet tam, gdzie mózg krzyczał: „Nie, w życiu, nie utrzymamy sie, nie przejedziemy, nie przeżyjemy tego odcinka! Ciało, zatrzymaj rower, uciekajmy z roweru!”.

A ciało nic, jechało dalej. Jechało, przejechało, dojechało. Mózg wpadał w postpanikę, a ciało, zadowolone, mówiło rowerowi: ty, widzisz, jaki histeryk? Dobrze, że mózgi nie mają nóg, i tak by nie miały z nich pożytku.

Teraz już mózg się nauczył oddawać ciału kontrolę w czasie jazdy. To dziwne, czasami nieco przerażające, ale jednocześnie zachwycające doświadczenie z jazdy rowerem: tak bardzo oddać kontrolę ciału, jego pamięci, jego insytnktowi, jego poczuciu fizycznego świata. Dziwne, ale odprężające. Potrzebne. I nadal trochę magiczne.

Prywatna akcja „rowerem do pracy” zatem trwa. Doczekała się nawet na moim fejsie własnego hasztaga – a ja zwykle hasztagów nie używam. To też o czymś świadczy, i wcale nie o tym, że za dużo czasu spędzam na fejsie. Słowo daję: dłużej niż na fejsie siedzę na rowerze. I to mi zdecydowanie odpowiada.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.