Jako, że byłam po raz pierwszy na tak dużym zgromadzeniu kobiet, moje refleksje mogą być dość obiektywną (nigdy do końca nie jesteśmy obiektywne/ni) odpowiedzią, wskazówką na wątpliwości tych z Was, które jeszcze tam nie dotarły. Moim celem było sprawdzić na własnej skórze, o co chodzi tym szalonym kobietom, które zamiast siedzieć w domu/cicho pod miotłą/ w kącie, walą tłumnie na harce czarownic. Czy rzeczywiście mają ze sobą czarne koty, kule i rzucają zaklęciami?

Na początek przyznam, że nie przepadam za krzyczeniem, nadmiernym epatowaniem  poglądami, ideologią, niezależnością. Sądzę jednak, że tego rodzaju aktywności, wbrew temu co słyszałyśmy od babć i mam: “siedź cichutko kącie, nie wychylaj, bądź skromna bo to cnota nad cnoty”  i „jeśli mają cie zauważyć to zauważą” są potrzebne nam, kobietom. Czasem należy huknąć tak, by świat zadrżał w posadach.

Każda z nas ma jednak inne kompetencje, formy ekspresji, sposoby solidaryzowania się. Jeśli chodzi o mnie, zapewne wynika to z mojego temperamentu potocznie zwanego niezdiagnozowanym autyzmem. Jechałam więc z pewną doza sceptycyzmu, nie bardzo wiedziałam czy złapię tzw. klimat. Na początek zdumienie na widok ogromu, rozmachu imprezy. Tłumy rozentuzjazmowanych kobiet i kilkudziesięciu/set myślę mężczyzn będących albo ochroniarzami, albo osobami towarzyszącymi albo politykami. O tym później. Robi wrażenie! Wierzcie lub nie ale natychmiast po wejściu na teren imprezy poczułam że poziom adrenaliny dochodzi do maksimum,  trudna do opisania euforia, niecierpliwość na spotkanie fajnych osób. Czułam się trochę jak dziecko, które z wypiekami ogląda świeżuteńki katalog zabawek z NRD. Bardzo pozytywne uczucie. Polecam. Nie jestem w stanie opisać wszystkiego więc skupię się tylko na niektórych aspektach. Poza tym już internet zalany został cudownościami na temat kongresu. Moja opinia więc będzie dygresyjnym uzupełnieniem obrazu.

Program był bardzo rozbudowany i niezwykle atrakcyjny. Po szczegóły odsyłam na stronę  Stowarzyszenia Kongres Kobiet, wspomnę o kilku, jak dla mnie najważniejszych, chociażby panel dotyczący alimentów, uchodźczyń, jak zostać radną, czy spotkanie ze szczecińską pisarką Ingą Iwasiów.

Z natury i ze względu na wiek (refleksja po 40 – tce o niemarnowaniu czasu) staram się starannie selekcjonować, w czym uczestniczę.  Najbardziej byłam zainteresowana więc spotkaniem Elizy Michalik i panelem o kobietach w mediach, moderowanym przez Dorotę Warakomską. O (nie)obecności kobiet w mediach rozmawiałyśmy w Centrum Medialnym, podczas sesji “Obecne nieobecne – kobiety w mediach, dobre praktyki”. Za stołem konferencyjnym usiadły z polotem Agata Diduszko-Zyglewska (“Krytyka Polityczna”), Renata Kim (“Newsweek”), Agata Komosa (“naTemat”), Paulina Smaszcz-Kurzajewska (nc+), Agata Szczęśniak (“OKO.press”) i Monika Tutak-Gol z red. “Wysokich Obcasów”.

Żadne z prezentowanych statystyk, grafik dotyczących obecności a raczej nieobecności kobiet w mediach mnie nie zdziwiły, Was zapewne też nie, więc ma co dywagować. W skrócie można powiedzieć, że nadal wygląda to mizernie, zwłaszcza jeśli chodzi o zarządzanie, ekspertki etc. Wiedziemy prym w programach informacyjnych. Po szczegóły odsyłam do załączonej galerii. Cóż powiedzieć więcej? Panel przygotowany na miarę imprezy, z hukiem, rozmachem, animacjami (głośne oklaski, wejścia, pohukiwanie, film itp), bardzo medialnie i wielkoformatowo.

Naprawdę znakomita Paulina Smarz Kurzajewska z rewelacyjnie energetyczną prezentacją, gdzie slajdy były jedynie uzupełnieniem tego co mówiła. Chapeau bas! Jak zawsze kompetentna Agata Diduszko – Zyglewska z Krytyki Politycznej. W myśl powiedzenia nie chcę ale muszę, dochodzę do punktu, który trochę nadkruszył nie tylko mój entuzjazm. Podczas swojej prezentacji Renata Kim dygresyjnie poruszyła temat sztuczek stosowanych wobec przełożonego, by przekonać go do publikacji pewnego tematu. Nie trzeba chyba przypominać kim jest ów przełożony, ale może nie wszystkie wiecie… jest nim nie kto inny jak Tomasz Lis. Przekaz niestety rozjechał się z oczekiwaniami słuchaczek i prowadzącej. Wyczuwało się w tej wypowiedzi nutę służalczości wobec przełożonego, na dodatek mężczyzny (sic!) skromnego „kimże ja jestem przy nim” czy „mam swoje sposoby na niego”. Na sali rozległ się pomruk niezadowolenia i ciche komentarze (niektóre nie do powtórzenia). Prowadząca, Dorota Warakomska próbowała zneutralizować nadchodzące tornado wynoszonego na piedestał pana redaktora, na co wyrwała sie z palcem do góry naczelna „naTemat”, entuzjastycznie biorąc w obronę naszego bohatera: „Chciałam dodać w obronie pana Tomka, że właśnie mianował mnie naczelną!”… Nie pomogło rzecz jasna,  ale po chwili konsternacji z ulgą czułyśmy, że na tym koniec. Tak się nie stało, bo jeszcze jedna z pań postanowiła głośno wziąć w obronę swojego fantastycznego szefa. Matko jedyna, ratunku, pomyślałam, czy jestem na benefisie Tomasza Lisa?

Do tej mini łyżki dziegciu w beczce miodu, dołączam jeszcze zdanie Pauliny Smarz Kurzajewskiej o tym, że nie pragnie być w zarządzie, bo jest jej dobrze tu gdzie jest. Nie żebym potępiała taką postawę, odwrotnie, uważam, że każda z nas ma święte prawo wyboru, nawet jeśli nie wpisuje się on w szablon ambitnej businesswoman. Rozmawiając z kobietami często to słyszę. Ta wypowiedź była szczera (jak cała Paulina), jednak wzbudziła we mnie nagłą potrzebę pracy u podstaw, bo trochę nadwątliła tą wypowiedzią wizerunek przebojowej kobiety, prącej do celu. Czego mi zabrakło na panelu i ogólnie na imprezie? Obecności kobiet ze wszystkich kluczowych mediów, opcji politycznych etc. Byłby pełen obraz. Pod skórą czuło się jednostronność i niedopowiedzenie. Nie wiem, może były zaproszone… Mimo wszystko oceniam panel dobrze. Był merytoryczny i niezwykle potrzebny.

Porozmawiałam także z Elizą Michalik, dziennikarką Superstacji, autorką książki „Szpile”. Zadałam między innymi pytanie: jak przekonać te bardziej wycofane kobiety, odczarować wizerunek krzykliwej, agresywnej feministki?

Zobaczcie co odpowiedziała:

Barbara Nowacka opowiedziała o definicji feminizmu, domu, partnerstwie, przemocowcach i instytucji mentoringu.

Niepokój mogła wzbudzić także średnia wieku uczestniczek. Dało się zaobserwować deficyt przedstawicielek najmłodszego pokolenia powiedzmy 18 +. Rozbawiły mnie za to miny znudzonych mężczyzn (polityków, operatorów kamer, dziennikarzy), bo gdy “nikt nie patrzył”, ziewali niemiłosiernie. Rzecz jasna cicho sza, bo oficjalnie, a off record to dwa rożne światy. Było wiele zorganizowanych grup kobiet reprezentującym dane miasto, czy region. To było bardzo pozytywne. Ze Szczecina zdaje się (byłam tylko w niedzielę) nie jechała zwarta reprezentacja, raczej, pojedyncze osoby, a szkoda. Nie mogę pozbyć się też wrażenia, że za wszystkim stali  zmaskulinizowani aktorzy sceny politycznej, a kongres idealnie „wpasował” się w inaugurację kampanii samorządowej, wybory już za rok.

Posumowanie

Fantastyczna impreza pod warunkiem, że nie wszystko bierzemy bezkrytycznie. Polecam każdej kobiecie zwłaszcza tym, które podobnie jak ja, miały obawy lub były straszone złowrogą feministką w poszarpanym płaszczu, z owłosioną kurzajką na zakrzywionym nosie.

Otóż moje drogie niespodzianka! Feministka to zwyczajna człowieka, która niczego więcej nie chce, jak równych pensji, połowy władzy, równych praw, poważnego traktowania i nie demonizowania. Tyle i aż tyle jak powiedziała Eliza Michalik.

Zatem wpisuję na czerwono w notesie datę kolejnego Kongresu Kobiet z dopiskiem:

Mam przy tym wielką nadzieję, że będzie mniej politycznie. Wpadnijcie! Będziecie miały okazję spotkania mądrych ludzi, napicia się kawy np z premierem Buzkiem, porozmawiania z pisarką Ingą Iwasiow, zadania pytania tym, którzy na co dzień poniekąd wpływają na nasze losy, czy zwyczajnie naładowania baterii.  Siedząc w domu możecie jedynie ponarzekać. Ale jak kto woli…

Agata Baryła