SMAKI DZIECIŃSTWA

Bohater „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta powraca pamięcią do swego dzieciństwa pod wpływem smaku magdalenki, którą niegdyś jadał. Właśnie ta swoista banalność – uruchomienie wielkiej fali wspomnień dzięki małemu ciastku – sprawia, że cała sytuacja jest dla czytelnika tak realna, zrozumiała i bliska. Wspomnienia wywołane bardzo dramatycznym wydarzeniem, wielkim wstrząsem emocjonalnym, poruszającym kryzysem czy wzruszającym spotkaniem – to oczywiście brzmi o wiele dostojniej i spełnia zasadę decorum. Problem w tym, że przeciętnie w codziennym życiu częściej zdarza się to, co banalne, proste i zwyczajne niż to, co dramatyczne, wielkie i poruszające. Z tego samego powodu ową codzienną zwyczajność tak łatwo przegapiamy – a zaczynamy doceniać, gdy jej nagle z jakiegoś powodu zabraknie.

Proustowski powrót do przeszłości ze słodyczami z dzieciństwa w tle jest dla mnie jedną z najpiękniejszych literackich pochwał codzienności, zwykłości i drobnostek, które tworzą życie. Uważam, że każdy, dosłownie każdy powinien przeczytać przynajmniej pierwsze kilkadziesiąt stron tomu „W stronę Swanna”, by zdobyć albo pogłębić umiejętność doceniania drobnych elementów rzeczywistości. Hołd oddany błahostkom jest w gruncie rzeczy hołdem dla wszystkiego, co składa się na nasze „być”, nawet jeśli jest małe, zwykłe i „po prostu”.

Podobno każdy ma swoją magdalenkę; różnica polega jedynie na tym, czy potrafimy ją rozpoznać – i docenić. Taka magdalenka nie musi być koniecznie związana z jedzeniem; to nie tylko smaki, to także dźwięki, obrazy, zapachy, a nawet gesty i słowa.

Taką moją magdalenką są rurki z kremem. Jadałam je, gdy byłam mała; poza tym wciąż mam w pamięci scenę z „Pchły Szachrajki”, gdy bohaterka idzie do kawiarni właśnie na rurki z kremem (i wyjada jedynie krem, dzięki czemu nie płaci za rurki). Rurki z kremem – chrupiący wierzch, delikatny środek – to fragment mojej sielankowej części dzieciństwa.

Pamiętam też smak dwóch zestawów witamin – rozpuszczanego w wodzie Vibovitu (który, jeszcze w formie sproszkowanej, uwielbiałam wyjadać palcami prosto z opakowania) oraz syropu-żelu Multi-Sanostol. Opakowania Vibovitu były kolorowe i różnosmakowe, tego jestem pewna; natomiast przy Sanostolu najbardziej w pamięć zapadała trójkątna butelka ze zdjęciem uśmiechniętych dzieci. Ich uśmiechy nie były tanią reklamówką – Sanostol był tak pyszny, że byłabym zdolna wypić całą butelkę na jedno posiedzenie, a łyżkę po nim wylizywałam z całych sił. Naprawdę pamiętam dobrze ten smak – słodka (ale nie za słodka), trochę żelowata konsystencja (co pozwalało dłużej się nim napawać), głaszcząco-łaskocząca podniebienie i gardło; smak, którego nie da się opisać, nie da się nawet w pełni przywołać, ale doskonale się umie poczuć to, co się czuło dwadzieścia parę lat temu, gdy mama nalewała porcję Sanostolu na łyżkę i podawała do połknięcia. Niebo w gębie – to wcale nie był frazes.

Niebem w gębie były też żelki. Kto pamięta różowe i czarne maliny, niebiesko-białe delfinki, biało-różowe szczęki, dwukolorowe dżdżownice i całą resztę żelkowych przysmaków, które można było kupić na wagę lub na sztuki w małych sklepach spożywczych? Dziś nazywam to „żelkowymi świństwami”. Gdy byłam mała, w taki sposób postrzegała je moja mama. A dla mnie to był jeden z elementów dobrej zabawy z koleżankami: jedzenie żelkowych kształtów i sprawdzanie, po których z nich język się zabarwi.

Napisałam wcześniej: nie tylko smaki. Są też zapachy, które przywołują wspomnienia z dzieciństwa. Jednym z najprzyjemniejszych jest zapach chomika – gdy byłam kilkuletnim brzdącem, miałam chomiki, a zapach ich futra powraca do mnie do dziś i wywołuje poczucie „wszystko będzie w porządku”. Śmieszna sprawa, w taki sposób pachnie czasem futro mojego psa. Czy to jakieś przypadkowe podobieństwo, czy wspólny element zwierzęcej sierści, czy dziwaczne ułudy zmysłowe, które tworzy sobie mózg – nie wiem. Wiem tylko, że chwilami to ten sam zapach i – zawsze – to samo poczucie bezpieczeństwa, poczucie „w porządku”.

Zapachy są chyba najtrudniejsze do zapamiętania i uchwycenia. Smaki są łatwiejsze, jeszcze łatwiejsze – dźwięki. Pamiętam dwa ważne dźwięki z dzieciństwa: pozytywkę i kasetę z „Pchłą Szachrajką”.

Pozytywka wisiała nad moim łóżkiem przez kilka pierwszych lat. Muzyka w pozytywce, wiadomo – uspokajająco-usypiająca, w zasadzie nic specjalnego, tyle że miła dla ucha. Maluch się do niej przyzwyczaja i przywiązuje. To był taki cowieczorny rytuał: wyciągnąć rękę nad głowę i pociągnąć za uchwyt sznurka, by pozytywka zagrała ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze. Aż wreszcie, gdy senność tak mocno ogarnie, że nie da się nawet ruszyć małym palcem – usypia się przy ostatnich dźwiękach melodii i przy zgrzytach wydawanych przez poruszające się elementy.

A „Pchła Szachrajka”? W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych popularne były kasety magnetofonowe z baśniami dla dzieci. Wśród moich zbiorów znajdowało się też nagranie radiowej inscenizacji „Pchły” – i to z jakimi nazwiskami! Barszczewska, Żółkowska, Zborowski i jeszcze kilkoro świetnych polskich aktorów – którzy oczywiście wówczas w mojej świadomości nie istnieli jako aktorzy ani ludzie, jedynie jako głosy. Do dziś wspomnienie rozpoczynających historię słów „Chcecie bajki? Oto bajka: była sobie Pchła Szachrajka”, wypowiadanych takim tonem, jakby zapowiadano zdradzenie tajemnic kosmosu, wywołuje we mnie dreszcz.

Są jeszcze obrazy. Ilekroć zobaczę gdzieś termos – obojętnie jaki – przypomina mi się mały, przysadzisty, pomarańczowy termos, z którym jako dziecko wędrowałam do pobliskiej lodziarni. Chyba lody w pudełkach nie były wtedy zbyt popularne, a może akurat nie były lubiane w mojej rodzinie – w każdym razie szłam do lodziarni z bojowym zadaniem domowym: kupić dziesięć albo piętnaście gałek lodów, przynieść je do domu i zjeść razem z rodzicami. Termos służył właśnie do transportu gałek lodów. Z tego powodu gdy dziś do termosu nalewam gorącą herbatę, doświadczam chwilowego dysonansu poznawczego: przecież termos był do zimnych lodów, a nie do gorącej wody! I gdy patrzę na ten mój termos – wysoki, smukły, fioletowy – widzę jednocześnie tamtego pomarańczowego grubaska z białą nakrętką i uchwytem.

Mam też w głowie kilka obrazów pierwszego miejsca, w którym mieszkałam: schody prowadzące do kolejnych klatek schodowych w długim, niskim bloku; sklepik – królestwo żelków – między domem, kościołem i szkołą; ówczesny supermarket, czyli spory sklep spożywczy, kilka ulic za domem; „Góry Skaliste” – taka wielka dolina o urwistych brzegach, znajdująca się między kościołem a kolejną częścią osiedla, miejsce, w którym nie wolno było się bawić i w którym z tego powody cała gromada dzieci z mojego podwórka uwielbiała się bawić. Te obrazy są zwykle statyczne, trochę zamglone i raczej niezaludnione; widzi się budynki, rośliny, chodniki, ulice, przedmioty, czasem jakby z lotu ptaka, jakby się patrzyło z zewnątrz, niczym obcy, przypadkowy przechodzień. Po obrazach przychodzą czasem smaki, zapachy, dźwięki. A czasem tylko melancholia.

Człowiek tęskni za tymi magdalenkami. Nawet jeśli nie chciałby znów być dzieckiem, dopada go czasem wspomnieniowo-łzawy nastrój, klimat „w poszukiwaniu straconego czasu”. Niekiedy też próbuje się wrócić do tych wspomnień, doświadczyć ich jeszcze raz. To się czasem udaje – niedawno w dwóch miejscach odkryłam rurki z kremem smakujące dokładnie tak, jak smakowały te z mojego dzieciństwa. Ile razy na Jasnych Błoniach i w Kaskadzie funduję sobie rurkę z kremem, przypominam sobie rurki sprzed lat. I Pchłę Szachrajkę. Tę ostatnią zresztą zakupiłam, by mieć książkową wersję na zawsze, a odsłuchane po latach nagranie nadal doskonale się broni i urzeka. Gdy zaś po ostatniej przeprowadzce znalazłam przypadkiem starą pozytywkę i odkryłam, że nadal działa – chociaż się zacina i zgrzyta znacznie mocniej niż kiedyś – z zachwytu zwyczajnie się popłakałam.

Nieraz jednak taka próba powrotu kończy się fiaskiem. Niedawno znów spróbowałam żelkowych tworków-stworków. Liczyłam na miłą wspominkę z dzieciństwa, a dostałam coś tak obrzydliwego, że nie byłam w stanie tego przełknąć. Jak ja mogłam jeść te żelkowe świństwa, gdy byłam mała – nie mam pojęcia. Mówiąc szczerze, żałuję, że się skusiłam – nieco mi to popsuło urokliwe wspomnienie o niebieskich delfinkach z białymi brzuszkami, które wraz z koleżanką zajadałyśmy zaraz po wyjściu ze sklepiku na rogu ulicy.

To zawsze jest ryzyko – wracać do wspomnień, miejsc, spraw z dzieciństwa. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby bohater Prousta spróbował magdalenki i niemal natychmiast wypluł ją z pełnym obrzydzenia „Ble, jak ja mogłem to kiedyś jeść?”. Może i przypomniałoby mu się Combray, ale chyba raczej nie zawędrowałby daleko.

Trudno zgadnąć, z czym warto zaryzykować, a co lepiej zostawić. Coś mi jednak podpowiada, że najbardziej wrażliwe są miejsca i obrazy – zepsucie ich widokiem „po latach” boli najbardziej i najtrudniej takie zderzenie naprawić. Dlatego nie wracam – choć czasem mnie korci – do miejsca, w którym jako dziecko mieszkałam. I dlatego już nie jem żelków.

A z drugiej strony – właśnie dlatego jem rurki z kremem, czytam „Pchłę Szachrajkę” i czasem włączam starą pozytywkę. Bo choć niektóre magdalenki po latach tracą smak i nadają się jedynie do oglądania, inne – te, które zdołały przetrwać próbę czasu – wciąż potrafią zabrać nas w podróż w przeszłość. Do Combray. W stronę Swanna. Do domu.

 

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.