SOLORANDKI, CZYLI RANDKA W DOBOROWYM WŁASNYM TOWARZYSTWIE

Gdzieś, kiedyś przeczytałam mniej więcej takie zdanie: romans z samą sobą to miłość na całe życie, no i w barze stawiasz tylko jednej osobie. Jego urok dotarł do mnie po latach, gdy odkryłam solorandki.

Solorandka, jak sama nazwa wskazuje, to randka solo, jednoosobowa, z samą (samym) sobą. Tak ujmowana, jest oczywiście pewnym paradoksem – przecież podstawowe rozumienie randki to spotkanie dwóch osób w celach romantycznych i/lub romansowych. Solorandka zaś nie tylko jest w pojedynkę, lecz również nie ma takich romantycznych/romansowych założeń. Czy w takim razie w ogóle ma rację bytu? Jak najbardziej, tylko ten byt zasadza się po prostu na czymś innym.

Solorandka to coś, czym cieszyć się mogą jedynie ludzie, którzy lubią siebie, lubią swoje własne towarzystwo i nie odczuwają dyskomfortu, gdy są sami – czy w ogóle w życiu, czy akurat w danej chwili. Praktykować ją można i jako singielka, i jako „uparowiona”, i jako żona, i jako matka. Nieistotny jest stan cywilny, bo umiejętność lubienia siebie i spędzania czasu z samą sobą nie zależy od obecności lub braku obrączki na palcu.

Solorandka jest w gruncie rzeczy realizacją naturalnej potrzeby samotności. Ta potrzeba występuje w różnorodnym nasileniu: jednym wystarczy w ciągu dnia kilka minut, a w ciągu roku dzień lub dwa, drudzy lubią się raz w tygodniu odciąć na parę godzin, inni zaś muszą raz w roku wyjechać samotnie na kilka-kilkanaście dni, by zregenerować siły i znów odnaleźć przyjemność w kontaktach z ludźmi.

Solorandka jest dla mnie takim małym, wplecionym w codzienność przypomnieniem wartości, jaką jesteśmy (powinnyśmy być) dla nas my same. To celebrowanie chwili wyłącznie ze sobą, relaks, uraczenie się królewskim traktowaniem (takim, które nieraz rezerwujemy dla innych, siebie odsuwając na drugi plan), przejaw zdrowego egoizmu i przypomnienie, że wbrew uromantycznionym historyjkom o dwóch połówkach jabłka każdy człowiek jest całością i pełnią sam w sobie (i dopiero jako ta całość, pełnia, potrafi stworzyć udane relacje z innymi ludźmi. Ale żeby to sobie uświadomić, trzeba przez chwilę pobyć sam na sam ze sobą – i nie mieć ochoty uciec z krzykiem przed tym towarzystwem).

To nie tak, że każde samotne wyjście jest solorandką. Solorandką jest każde samotne wyjście, którego założeniem (lub jednym z ważnych założeń) jest spędzenie czasu w ciekawy, przyjemny, wesoły – wartościowy dla Ciebie – sposób właśnie sam na sam z Tobą, nacieszenie się tym, że jesteś tu Ty i tylko Ty. To może być w zasadzie wszystko: wyprawa do kawiarni na herbatę i ciastko, spacer po mieście, wędrówka po sklepach, obserwowanie roślin, zwierząt lub ludzi na ławce w parku, wyjście na siłownię, wyjazd na urlop w pojedynkę, wizyta w kinie/teatrze. Grunt, by któreś z tych czy innych wyjść było nastawione na pobycie ze sobą sam na sam i by myśl o tym, że idzie się/jest się gdzieś samotnie, naprawdę sprawiała przyjemność.

Solorandki uprawiałam, zanim jeszcze wymyśliłam dla nich nazwę; czy to zresztą nie typowe dla człowieka, że stara się nazwać wszystko, co robi, odczuwa i myśli, nawet jeśli bez nazwy to też dobrze funkcjonuje? A może właśnie bez nazwy nie funkcjonowałoby tak dobrze, bo nie byłoby jakimś konkretnym, „uimiennionym” zjawiskiem, które można rozpoznać za pomocą słów? W każdym razie odkąd posługuję się hasłem „solorandki”, te solorandkowe działania zyskały inny, jakby pełniejszy i prawdziwszy wymiar.

Jedna z moich ulubionych form solorandki to pójście do kawiarni (w zależności od nastroju oraz potrzeb – znanej, w której czuję się dobrze i u siebie, lub nieznanej, którą chcę przetestować) na herbatę i coś słodkiego. Sprawdzonym miejscem jest Fanaberia na deptaku Bogusława i Etno Cafe (niegdyś Columbus Coffee, a jeszcze wcześniej Kolonialna) w Galaxy. Siedzę wtedy na którymś z oryginalnych foteli w Fanaberii, oglądam obrazy Fridy Kahlo i kolekcję porcelany albo zagłębiam się w wielkich, wygodnych fotelach na piętrze (parter odpada jako zbyt tłoczny, zbyt na widoku i za mało ukryty), spoglądam przez szczebelki barierki, piję herbatę albo gorącą czekoladę, jem coś słodkiego i… i myślę. Albo właśnie nie myślę, odprężam się i odcinam od codziennej gonitwy w głowie. Czasem czytam, czasem piszę (na jednej z solorandek pisałam projekt tej rubryki). Niekiedy podejmuję ważne decyzje, niekiedy postanawiam coś w związku ze zwykłymi sprawami, a niekiedy zachwycam się jedynie smakiem herbaty i milczeniem, w którym mogę się bezkarnie pogrążyć. Dobrze jest, gdy dobrze się milczy z samą sobą.

Czasem moją solorandką bywa spacer – po miejscu znanym lub nieznanym, krótki lub daleki, po mieście lub po wiejskich łąkach. Szczególnie wyprawy w tereny bardziej dzikie pozwalają nabrać trochę dystansu do siebie, innych i tego, co wokół.

W ramach solorandki zabieram się też do kina, najlepiej na horrory. Solorandkowałam pierwszą i drugą część „Obecności” oraz „Kiedy gasną światła”, a poza tym choćby „Legion samobójców”. Pozwalam sobie wtedy na wielki popcorn i obejrzenie napisów do samego końca oraz na grę, którą czasem lubię uprawiać: liczenie w napisach końcowych polskich nazwisk. Czasami udaje mi się uzbierać naprawdę imponującą liczbę.

A niedawno moją solorandką stało się pójście (po roku przerwy) na siłownię. Niby są ludzie, niby wszyscy robimy mniej więcej to samo i niby podstawowy cel jest inny niż pobyć tylko ze sobą – ale jakoś niesamowicie pozwoliło mi się to nacieszyć samotnością i odprężyć psychicznie. Po siłowni zaś – rurka z kremem (tak, tuż po treningu można!). I wrażenie, że zafundowałam sobie cudowne spotkanie.

To właśnie największa siła solorandek i coś, po czym można je odróżnić od przypadkowego samotnego wyjścia: czujesz się jak nowa. Może niekoniecznie jak nowo narodzona, ale jak trochę odnowiona, w odrobinę lepszym nastroju, nieco bardziej uporządkowana wewnętrznie albo rozbita w taki pozytywny, kreatywny sposób, z którego możesz wynieść coś dla siebie dobrego. Samotność jest nam potrzebna tak samo jak towarzystwo innych ludzi – pozbawieni zarówno pierwszego, jak i drugiego bylibyśmy nieszczęśliwi i niepełni. Różnica tylko, jak wspominałam wcześniej, w zapotrzebowaniu na samotność oraz na ludzi. Ja mam swój poziom zapotrzebowania, Ty masz swój – mogą być diametralnie inne; żaden nie jest ani lepszy, ani gorszy, i mimo odmienności mają coś wspólnego. Zresztą dobrze, że ten poziom nie jest u wszystkich taki sam, bo nigdy bym nie znalazła wolnego stolika w Fanaberii.

Czy cały mój wywód oznacza, że każdy musi chodzić na solorandki, by być szczęśliwym? Nie, jasne, że nie, Twoje szczęście to Twoja sprawa i nie powinny Ci go kształtować po swojemu żadne ideologie, oczekiwania społeczne czy felietony w gazecie. Ale możesz spróbować. W końcu nic nie tracisz, a możesz sporo zyskać – przede wszystkim świetne towarzystwo. Swoje własne. Jako wytrwała solorandkowiczka – szczerze polecam.

Autorka: Barbara Popiel

Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.