Strajk nauczycieli obserwowałam trochę w artykułach publikowanych w mediach społecznościowych i w „Kurierze Szczeciński”, trochę w rozmowach w pracy i wśród znajomych, trochę w komentarzach zamieszczanych na Facebooku i innych stronach. A trochę w samej sobie. Jako były nauczyciel szkolny, obecny nauczyciel akademicki, a przede wszystkim – osoba, która, tak jak każdy z dyskutujących, doświadczyła przynajmniej minimum obowiązkowej szkolnej edukacji. Jako wykładowca pracujący z pedagogami i dokładający swoją cegiełkę do ich wykształcenia. Jako osoba zainteresowana edukacją jako taką i różnorodnymi związanymi z tym kwestiami. Oraz jako świeżo upieczona rebeliantka, która jest coraz bardziej przekonana, że do śmietnika należy wyrzucić nie tylko obecną podstawę programową, lecz w ogóle całą współczesną koncepcję edukacji – dlatego, że ze współczesnością nie ma nic wspólnego.

Obserwowałam strajk nauczycieli i byłam całym sercem za nim. Fakt, nie nałożyłam sobie na fejsowe zdjęcie profilowe nakładki „Popieram strajk” – przepraszam, te nakładki rzadko kiedy do mnie przemawiają, przez niemal siedem lat funkcjonowania na Facebooku użyłam takich tylko raz, po śmierci Adamowicza. Fakt, nie komentowałam każdego wpisu, każdego komentarza i każdego serduszka lub „wrrr” z opcji reagowania na posty. Właściwie niczego nie komentowałam. Z jednej strony znam swoje skłonności do radykalizmu, z drugiej – mam ciągłą potrzebę zobaczenia choćby skrawka tego, co i jak widzi druga strona, z trzeciej – atmosfera wokół strajku zrobiła się taka, że każdy, nawet najniewinniejszy komentarz groził wywołaniem kolejnego małego wielkiego wybuchu. Ograniczałam się do rozmów, i to z niewielką grupą ludzi, co do której mogłam zakładać, że nawet jeśli kompletnie się ze sobą nie zgodzimy, to zdołamy się nawzajem uszanować jako ludzi.

Odzywam się teraz, a jak trudny, bolesny wręcz to dla mnie temat, najlepiej wie Redakcja, której co chwila wysyłałam wiadomości „wciąż nie skończyłam pisać, męczę się jak ze wściekłym jeżem”.

Strajk nauczycieli obnażył do bólu nasze społeczne upośledzenie komunikacyjne, tkwiące gdzieś w wielu z nas oczekiwanie „jeśli ja mam źle, inni mają mieć co najmniej równie źle”. Pokazał też wypaczone, wykoślawione i kompletnie amorficzne myślenie o edukacji oraz roli i miejscu, jaką zajmuje w niej każdy z trzech elementów: nauczyciel, uczeń i rodzic. To nasze dzisiejsze postrzeganie edukacji jest bardziej zwyrodniałe niż najgorsze i najbardziej nieudane próbki odtworzenia Ellen Ripley w „Obcy: Przebudzenie”. Kto widział koszmarkowate twory, będące połączeniem człowieka z Alienem, będzie wiedział, o jakim paskudztwie mówimy. (Kto nie widział czwartej części „Obcego”, niech obejrzy, chociażby dla Sigourney Weaver, Winony Ryder i Rona Perlmana warto).

Ta dygresja filmowa uświadomiła mi, że wolałabym się mierzyć z gromadą potworów z kosmosu niż z tematem strajku nauczycieli. Cóż, ludzie walczący z Alienami wiedzieli, że sytuacja jest czarno-biała: albo oni, albo my. W edukacji nie ma miejsca na czerń i biel, są wyłącznie różnorodne odcienie szarości, a ten, kto wpadł na pomysł dzielenia „my i oni” w szkolnictwie, powinien się stuknąć w głowę, tylko nie za mocno, bo rozlegnie się takie echo, że ogłuchniemy.

W teorii szkoła nie jest miejscem stworzonym przeciwko dzieciom i rodzicom. W teorii szkoła jest miejscem, które daje wiedzę, wspiera rozwój, pomaga w wychowaniu, współuczestniczy w kształtowaniu kolejnych pokoleń danego społeczeństwa. W teorii, wiem. W praktyce współczesna polska szkoła staje się miejscem przemielania indywidualności na jednorodną papkę, upychania umysłów do ciasnych pudełek, zamieniania nauki w katorgę. Nie zawsze, choć często. Ale, ale – jeśli tak się dzieje, to nie dlatego, że nauczycielom się nie chce, że nie potrafią inaczej. Podstawa programowa, o której przeciętny rodzic nie myśli, a przeciętny uczeń wie tyle, że to jakieś monstrum, które czai się podczas egzaminów – ta podstawa programowa i cała koncepcja naszego szkolnictwa to naczelni winni paskudnego kształtu polskiej szkoły XXI wieku; kształtu, z którym wielu nauczycieli walczy, trochę otwarcie, a trochę po partyzancku, na tyle, na ile się da i ze świadomością, że tą walką nie można zrobić krzywdy uczniom (czytaj: jakoś podstawę programową trzeba przerobić, przy odrobinie szczęścia da się też pokazać dzieciakom ciekawe oblicze świata).

Pomyślcie chwilę logicznie: jeśli w pracy (w korpo, w firmie, w instytucji) jesteście rozliczani w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach za działanie A, choćby było ono nie wiem jak głupie, nudne i bezsensowne, a działanie B, mądre, ciekawe i sensowne, może się doczekać co najwyżej jedneprocentowego uznania, chociaż równie dobrze może zostać zignorowane – to na czym się w pracy skupicie? Przykro mi, działanie A będzie wiodło prym. Możecie na nie psioczyć, możecie je nazywać wszystkimi brzydkimi wyrazami, jakie znacie, możecie po powrocie do domu wyć do księżyca z rozpaczy – ale zrobicie je, bo inaczej oberwiecie od szefa. Nauczyciel jest w tej samej sytuacji, a nawet w jeszcze gorszej, bo jego działania nie dotyczą produktu, sprzedaży czy podobnych – tylko ludzi. Dzieci. Uczniów, których ma wyposażyć w szereg elementów z podstawy programowej, i nieważne, co sam sądzi o tych elementach.

Podstawa programowa nie wspiera tworzenia więzi między nauczycielem, uczniem i rodzicem. I to już jest poważny punkt zapalny, który może by jednak nie wzniecał tak paskudnych pożarów, gdyby nie dwie inne kwestie – pieniędzy i traktowania.

Nie wiem, czy bardziej mnie ubawiły, zniesmaczyły czy zwyczajnie wkurzyły uwagi z serii „za co oni chcą pieniędzy” albo „przecież pracują tylko połowę tego, co my”. Serio? To jako były nauczyciel uprzejmie informuję, że jedna czterdziestopięciominutowa lekcja, i to z licealistami, była dla mnie bardziej obciążająca fizycznie i psychicznie niż intensywny weekend zajęć na uczelni. A, zaznaczmy, swoje klasy lubiłam i miałam z nimi dobry kontakt. Jednak utrzymanie przez czterdzieści pięć minut pełnej uwagi, ze świadomością, że odpowiadasz za zdrowie i życie tych dzieciaków, że powinnaś mieć oczy dookoła głowy (szesnastolatek wpadający na pomysł „wsadzę nożyczki do kontaktu, ciekawe, co będzie” to rzeczywistość, nie dowcip abstrakcyjny), a poza tym te dwadzieścia parę czy trzydzieści głów trzeba skoncentrować, nauczyć, zachęcić (zmusić?) do pracy – to jest niezły wysiłek energetyczny. Człowiek wychodzi na przerwę wymęczony; a jeśli jeszcze przerwa jest dyżurująca, odlicza w głowie, za ile będzie mógł po ludzku pójść do toalety.

Nie widać tego wysiłku („chodzisz sobie po klasie i tylko każesz dzieciom coś robić”), nie widać przygotowań („wraca taki do domu o trzynastej i ma spokój”). Nie widać czynności dodatkowych (rady pedagogiczne, zebrania z rodzicami – wszystko w godzinach pozalekcyjnych). Widać pozorne bonusy (wycieczki szkolne. Sorry, kto z Was był kiedyś na szkolnej wycieczce jako opiekun – i nie mam na myśli wspomagającego rodzica, tylko głównego opiekuna? Ja byłam raz, na trzydniowych rekolekcjach z dwiema klasami z Katolika. Dzieciaki fajne, duża grupa nauczycieli, ale i tak o wypoczynku nie było mowy, bo trzeba było pilnować. Nauczyciel na wycieczce szkolnej nie odpoczywa, tylko funkcjonuje jako dwudziestoczterogodzinny bodyguard. Dziś, gdy wspominam tamtą wycieczkę, robi mi się słabo na myśl o rzeczach, które mogły się stać i za które mogłam odpowiadać. Jedno Wam powiem: za żadne pieniądze nie pojechałabym już nigdy jako opiekun szkolnej wycieczki, nawet gdyby to miał być lot na Księżyc. Jeśli więc sądzicie, że wyjazd z klasą na wycieczkę to taki fajny bonus w pracy nauczyciela, proponuję, żebyście sami się na taką wybrali z gromadą dzieciaków. Uczniowie mogą Was lubić, szanować i wcale nie chcieć sprawiać problemów, ale ponieważ są tylko dzieciakami lub nastolatkami, potrafią wpaść na różne dziwne pomysły. Śmiejecie się z głupoty dorosłych, którzy podczas robienia selfie spadają z urwiska albo zabijają się w inny durny sposób? Przy tym, co potrafią wymyślić uczniowie na szkolnej wycieczce, „selfie samobójstwo” to naprawdę pikuś).

Nauczyciele chcą dostawać porządne pieniądze, a to zabawne… Znajomy powiedział mi niedawno: połowa dzisiejszych nauczycieli nadaje się do wyrzucenia. Jeśli jednak chcemy wyrzucać kiepskich pracowników (co jest wskazane w każdej branży), jeśli chcemy wymagać dużo, jeśli oczekujemy kreatywności, kompetencji merytorycznych i interpersonalnych etc. – to musimy dać w zamian coś, co będzie atrakcyjne. Nieatrakcyjna płaca nie przyciągnie całego zastępu pedagogicznych odpowiedników geniuszy z Doliny Krzemowej. Nawet jeśli trafi się pasjonat – i on zacznie się wypalać przy kiepskiej stawce. Chcesz jako dyrektor wybierać nauczycieli niczym firmy IT swoich speców? To musisz dać pensję, która na wybieranie pozwoli.

Zanim zaczniecie krzyczeć, że każdy chce godziwie zarabiać, trzy sprawy. Po pierwsze, jasne, że każdy chce; tylko skąd taki atak na nauczycieli, gdy odważyli się powiedzieć „my też chcemy”? Chyba nikt nie oczekiwał, że strajkująca grupa zawodowa A będzie strajkować też w imieniu grupy zawodowej B, C czy M? Po drugie, wchodzimy na teren podwójnych standardów myślenia: oczekuje się od nauczycieli, by byli pasjonatami, by postrzegali swój zawód jako „misję” (do „misji” to za chwilę), by dawali z siebie jak najwięcej (telefony od rodziców w godzinach wieczornych czy w weekendy… Dzwonicie po godzinach pracy do banku? Oczekujecie w weekendy dostępności instytucji, które są otwarte tylko od poniedziałku do piątku?), jednocześnie zaś jesteśmy zaskoczeni, że za taką pracę oczekują porządnego wynagrodzenia. Po trzecie, ta „misja”. Argument, że praca nauczyciela jest misją, więc nauczyciel „narusza etos misji”, domagając się godziwej zapłaty, jest tak śmieszny, że bije na głowę nawet Ministerstwo Głupich Kroków i skecz z błękitną norweską Monty Pythona razem wzięte. Misja, serio? Skąd ta fascynująca koncepcja, że zawody z kategorii „misja” muszą oznaczać kiepską płacę? Nauczyciele, pielęgniarki, poszukajmy, znajdziemy jeszcze pewnie kilka grup, które „powinny mieć misję, więc nie muszą mieć pieniędzy”. Przypomina mi się taka ładna historyjka, którą mi kiedyś opowiedziano: dziewczynie uczestniczącej w jakimś projekcie po zakończeniu działań zamiast zapłaty (o czym była mowa wcześniej) zaserwowano tekst: „Ale wiesz, tyle tu zebrałaś ciekawych doświadczeń, że wręcz nie powinnaś oczekiwać pieniędzy”. Dziewczyna (zdecydowanie bystrzejsza niż ja, mnie takie odpowiedzi przychodzą do głowy dobre dwadzieścia cztery godziny post factum) odparowała: „Ale doświadczeniami rachunków nie zapłacę”. Otóż to. Misja misją, ale taką walutą nie opłaci się rachunków, składek, benzyny ani jedzenia.

Gdybym była złośliwa, każdemu rodzicowi, który mówi o „misji”, odparłabym słodko: przecież uśmiech dziecka wynagradza wszystko (sami rodzice często to mówią, zwykle wtedy, gdy chcą, by uśmiech dziecka wynagrodził „wszystko” innym), więc po co Ci pensja, dodatki socjalne, ulgi etc.? Poza tym wychowanie dziecka to misja, po co chcesz jeszcze pieniędzy?

Tych, którym powyższy akapit podniósł minimalnie (tak o sto pięćdziesiąt procent) ciśnienie, zapraszam do wyobrażenia sobie, że jesteście nauczycielami. Oni takie wspaniałości słyszą co chwila.

Ach, jeszcze sprawa traktowania. Schizoidalną formę relacji szkoła – dom widać tu w dwóch momentach. Primo: oczekuje się od szkoły, ze nauczy i wychowa, ale: a) niech tylko spróbuje uczyć czy wychowywać inaczej niż w domu, będą pretensje, że się wtrąca w nasze wychowywanie naszego dziecka; b) natomiast za wszystko, co dziecko wynosi złego z domu, dajmy po tyłku szkole. Niesamowite, jak wielu rodziców zapomina, że wychowanie dziecka zaczyna się w domu, a szkoła w wychowaniu jedynie uczestniczy. Jeżeli dostanę pogniecioną kartkę papieru do oprawienia w ramkę, mogę ten papier wygładzać, ile wlezie, ale i tak jakieś zagniecenia zostaną. Chcesz mieć ładnie oprawiony papier? To daj gładki, prosty, niepomięty. A jeśli jest pomięty – pomóż mi go wygładzić, nie oczekuj jednak, że zrobię jakieś „abrakadabra” czy inne „accio” i zamienię obiekt A w obiekt B. Uczeń rozpoczynający naukę to nie tabula rasa; to istota już wyposażona w pewne przekonania, myśli, oczekiwania i przyzwyczajenia. Pomnóż to przez dwadzieścia osób (załóżmy, że klasa jest mała), przez pięć równoległych klas (szkoła też nie za duża) i przez osiem lat (podstawówka, będzie trochę łatwiej). Ładny wynik (zapraszam do mnożenia ręcznie lub w głowie, poczujmy się przez chwilę jak na lekcji). I radź sobie z tym. I radź sobie z rodzicami – a wierzcie mi na słowo, w całym procesie edukacyjnym to rodzice są największym wyzwaniem. Moje doświadczenie nauczycielskie pokazało mi, ze z najbardziej rozbrykanymi uczniami można się jakoś wreszcie dogadać, natomiast rodzice to nieraz wyższy level – tak bardzo wyższy, że i drabina strażacka czy dźwigi stoczniowe mogą się okazać za krótkie…

Związane z tym secundo schizoidalnej relacji: zetknęliście się kiedyś z narzekaniem nauczycieli, że uczniowie ich nie szanują? Często odpowiedź rodziców brzmi mniej więcej tak „To trzeba sobie na szacunek ucznia zapracować”. A teraz mały, szybki rachunek sumienia: ile razy o jakimś nauczycielu dziecka powiedzieliście przy tym dziecku „głupek”, „idiota”, „darmozjad”? Ile razy daliście dziecku do zrozumienia, mniej lub bardziej wprost, że nauczyciel to taki podgatunek zawodu, bo nikt, kto coś w życiu osiągnął, nauczycielem by nie został? Ile razy teraz, podczas strajku, mówiliście lub pisaliście: te leniwe darmozjady, które nic nie robią, chciałyby tylko ciągnąć kasę za nic? Nie rozgrzeszajcie się myślą, że mówiliście to tylko w gronie znajomych, na prywtanym profilu fejsa etc. Inna rzecz, której się nauczyłam w czasie pracy z dziećmi i młodzieżą, jest bardzo przerażająca: one widzą wszystko. Naprawdę. Wyłapują zderzenia deklaracji z czynami, zauważają niuanse w zachowaniu, wyczuwają zmianę atmosfery. I, co jeszcze gorsze – uczą się. Uczą się przez naśladowanie. Jeśli w domu dostają sygnały „nauczyciele nie zasługują na szacunek”, z takim przekonaniem idą do szkoły. Możecie sobie mówić, że nauczyciela trzeba szanować – w chwili, gdy robicie coś, co przeczy tym słowom, dziecko idzie za czynem. Prosta analogia: mówienie „dzień dobry”. Jeśli uczycie słowami: każdemu trzeba mówić „dzień dobry”, a potem mówicie „dzień dobry” swojemu szefowi i sąsiadce, do której chodzicie oglądać „Grę o tron”, natomiast radośnie ignorujecie sprzątaczkę w pracy lub kolegę, któremu nie macie jeszcze ochoty oddawać pożyczonych rok temu trzech stów – dziecko się, oczywiście, uczy. Czynów, nie słów. I tak samo nie powie „dzień dobry” osobom „gorszym” (bez analizowania, czemu są gorsze – małpa widzi, małpa robi); i tak samo nie będzie szanować nauczycieli czy jakiejkolwiek grupy zawodowej, na temat której otrzymało sygnał „bezwartościowe, nieroby, niewarte szacunku”.

Strajk nauczycieli wyciągnął to wszystko na wierzch, w sposób przerażający, męczący i wywołujący poczucie kompletnej bezsilności. Wszystko, co najgorsze w relacjach szkoła – dom oraz nauczyciel – rodzic, wybuchło i wiele osób oberwało rykoszetem. Umknął, niemal niezauważony, fakt, że walka o podwyżki dla nauczyceli jest jednocześnie walką o lepszą jakość szkoły (bo łatwiej robić selekcję pracowników, gdy pensja atrakcyjna, bo łatwiej się skupić na rozwijaniu warsztatu dydaktycznego, gdy pensja porządna) i lepsze relacje z nauczycielami (bo zwyczajnie łatwiej czuć do siebie jako pracownika szacunek, gdy ma się godziwą pensję). Jeśli nie wierzycie w ten ostatni punkt, coś Wam opowiem: gdy byłam na studiach (ech, czasy!), poza właściwą specjalnością można było zrobić dodatkowo specjalność nauczycielską. Z grupy około trzydziestu osób dobre dziewięćdziesiąt procent poszło na tę specjalność, jak stwierdziło: „by mieć w zapasie zawód”. Pamiętam z różnych rozmów korytarzowych stwierdzenie, padające czasem brutalnie wprost, a częściej w podtekście: „Jeśli mi w życiu nie wyjdzie, to przynajmniej będę mieć w zapasie ten zawód i zostanę nauczycielem”.

„Jeśli mi w życiu nie wyjdzie, zostanę nauczycielem”. „Ci, którzy nie potrafili uczyć, zostali nauczycielami; a ci, którzy nie potrafili absolutnie nic, uczyli w naszej szkole”. Tylko ten drugi cytat jest fikcyjny („Annie Hall” Woody’ego Allena – choć można by zapytać, kogo „z reala” cytuje Allen). Pierwszy cytat jest prawdziwy, z życia studenckiego wzięty i tkwi mi w głowie do dziś.

„Jeśli mi w życiu nie wyjdzie, zostanę nauczycielem”. Chcecie takich nauczycieli dla swoich dzieci? Jeśli tak, możecie się podpisać pod petycją tego Kajtusia Czarodzieja, który wymyślił, by nauczycielom zabronić strajkowania. Podpiszcie się. Twierdźcie, że nauczyciele chcą za dużo pieniędzy. Upierajcie się, że są beznadziejną grupą zawodową, która za mało pracuje, nie zasługuje na to, co już ma, i nie powinna nawet pisnąć. Oburzajcie się, gdy w jakimkolwiek stopniu ośmielą się upomnieć o lepsze warunki pracy i płacy.

A potem zdziwcie się, że część nauczycieli, tych lepszych i/lub bardziej zdesperowanych, skorzystała z Waszej rady: zmieniła pracę. Zdziwcie się, że cytat z „Annie Hall” zaczyna coraz bardziej pasować do naszego szkolnictwa. Zdziwcie się. Tylko że wtedy nie będzie już na kogo krzyczeć, bo ci, którzy mogliby się przejąć, już odeszli, a ci, którzy pozostali, już się nie przejmą.

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Pełnomocnik Rektora ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.