Jest w „Misiu” taka świetna scena, gdy młody pracownik z biurowej części zespołu filmowego zostaje wysłany z ogłoszeniem, które trzeba na cito zamieścić w gazecie. Chłopak dostaje to polecenie akurat wtedy, gdy w służbowej stołówce odbiera swój obiad.

Na jego obronno-przepraszająco-rozżalone „Ale ja właśnie jem” błyskawicznie reaguje pani „jakaś biurowa”: wyrywa protestującemu talerz z dłoni i pogania go do pracy z przecudnym „Ja w twoim wieku nie jadłam”. Dodajmy, że pani „jakaś biurowa” jest bardzo tęga i nabita w sobie, przez co jej stwierdzenie „Ja w twoim wieku nie jadłam” staje się nie tylko powtórką z typowego „Ja w twoim wieku takich luksusów nie miałam / nie miałem” w wykonaniu starszego pokolenia w kierunku pokolenia młodszego, lecz również pięknym paradoksem audiowizualnym.

Ta scena przypomina mi się od jakiegoś czasu, gdy uświadamiam sobie, że sama należę już do starszego pokolenia. Dzieje się tak, gdy mówię komuś zaledwie kilka lat ode mnie młodszemu: ja do połowy liceum nie miałam komputera, ja Internet dostałam dopiero w połowie studiów. A gdy powiem to komuś młodszemu ode mnie o dziesięć, piętnaście lat… A gdybym powiedziała to moim studentom stacjonarnym… O rany, wtedy z pewnością zamieniłabym się w panią „jakąś biurową”, co to „w ich wieku nie jadła”.

Uświadomiłam to sobie bardzo mocno całkiem niedawno, gdy czytałam komentarz do pewnej sceny w pewnym opowiadaniu, które zamieściłam niegdyś w Internecie. W tej scenie – dziejącej się w roku dwutysięcznym – dwudziestoletni bohater nie potrafi pisać na komputerze. Osoba komentująca, trochę ode mnie młodsza, jak (raczej podstawnie) podejrzewam, napisała: „No nie, nie przesadzaj, jak to on nie umie pisać na komputerze, mamy dwudziesty pierwszy wiek”. Najpierw pomyślałam: o rany, racja, ale bzdurę napisałam. A potem sobie przypomniałam siebie – zaledwie piętnastoletnią – w roku dwutysięcznym. I już wiedziałam, że nie, nie napisałam bzdury; ale napisałam coś, co osobom młodszym ode mnie zaledwie o parę lat może się rzeczywiście wydawać co najmniej… no, nieprawdopodobne. To ani moja, ani ich wina; to wina przerażającego tempa, w jakim rozwija się nowa technologia. Gdy tak sobie na potrzeby tego tekstu zebrałam pewne daty, aż się sama zdziwiłam: tak niewiele czasu mija i taka kompletna zmiana sytuacji? Poważnie?

Fakt, w dzieciństwie miałam komputer. Commodore 64, na którym można było grać w grę o dżdżownicy pożerającej kulkę, o ile tę grę się wgrało przez magnetofon (za każdym odpaleniem komputera trzeba było wgrywać od nowa). Jako sześcio- czy siedmiolatka do niczego innego tego komputera nie używałam, rodzice prawdopodobnie coś na nim pisali; tyle że Commodore dosyć szybko przeszedł na rentę i stał się już tylko dodatkowym telewizorem (podłączanym przez wideo). Później jeszcze, gdy rodzice mieli firmę, zawitał do naszego mieszkania na trochę inny komputer i wtedy kilka razy zdarzyło mi się coś napisać (jakieś próbki opowiadań piątoklasistki). I to tyle, jeśli chodzi o moje pierwsze spotkania z nową technologią.

W pierwszej liceum miałam informatykę. Dzisiejszy licealista umarłby ze śmiechu na takiej informatyce. Uczyliśmy się zakładać foldery (na jakiejś dziwnej zasadzie drzewek, której do dziś nie rozumiem i która nigdy mi się nie przydała), a w ramach douczenia się tajemniczej sztuki komputerowej zachodziłam czasem do posiadającej komputer ciotki. Też mi to niewiele dało, tyle że parę razy zagrałam sobie w jakąś głupawą grę, w której biegało się z karabinem po brudnych piwnicach i strzelało do wszystkiego, co nie zdąży zwiać. (Wtedy właśnie stwierdziłam, że gry komputerowe nudzą mnie śmiertelnie).

Wtedy też nauczyłam się pisać na klawiaturze – ale nie dzięki komputerowi, tylko dzięki starej maszynie do pisania, należącej jeszcze do mojej mamy i przez lata stojącej u dziadków. Maszyna do pisania przez ponad dwa lata była moją bazą drukarską, na której produkowałam kolejne próbki literackie, wiersze, a nawet parę referatów. Dodatkowym walorem maszyny do pisania był jej ciężar – nie musiałam kupować hantli, podniesienie parę razy tego starego, ciężkiego sprzętu wystarczało, by wyrobić sobie mięśnie.

Gdy dziś wspominam o tej maszynie osobom młodszym ode mnie, zostaję niekiedy obdarzona pełnym współczucia spojrzeniem, jakbym była głodującym dzieckiem z Trzeciego Świata, i czasem słyszę nawet: „Biedactwo”. W gruncie rzeczy zupełnie niesłusznie – na maszynie do pisania naprawdę cudownie się pisało, ten stukot uderzanych klawiszy (do dziś pozostał mi nawyk mocnego walenia w klawiaturę), to „trrr – trrr – trrr” przesuwanego wózka, to „zgrzyyyt” dźwigni wierszaka, to „łiiik” zawracanego do pozycji początkowej wózka, to „ping”, gdy dochodziło się do końca kartki – to było coś wspaniałego. Taka muzyka pisarska, niepowtarzalna i nie do odzyskania. I jeszcze to „No do ciężkiej cholery!”, gdy coś się w środku porobiło i taśma się zaplątała, i to „Już północ, przestań walić w tę maszynę!” rodziców, bo niestety kanonada dźwięków „trrr – trrr – trrr – ping – zgrzyyyt – łiiik – trrr – trrr – trrr” niosła się nocą po całym mieszkaniu, i to „stuk – stuk – stuk” klawiszy… Naprawdę, kto tego nie posmakował, sam nie wie, ile stracił.

Pod koniec trzeciej czy na początku czwartej klasy liceum dostałam sta od znajomej ry komputer. Skończyło się „trrr – trrr – trrr” w środku nocy, można było dowolnie edytować tekst, odtwarzać płyty CD i zapisywać pliki na dyskietkach. Ech, dyskietki. Pod pewnymi względami były bardziej klimatyczne niż płyty. Na drugim roku studiów dostałam już zupełnie nowy, wypasiony (jak na tamte czasy) komputer, który dyskietek nie uznawał, za to chodził jak błyskawica (jak na tamte czasy). Zaczęłam też korzystać z kafejek internetowych – pamiętacie, ile ich kiedyś było? Na każdym kroku kafejka. Dziś mogę je zliczyć na palcach jednej ręki, i to bez połowy palców, a do tego na ich widok myślę zwykle: „A po co to komu, przecież mam sieć w komórce”. Zapomniał wół, jak cielęciem będąc, w tych kafejkach wysiadywał i grzebał w sieci. Teraz wół strzela focha, gdy komórka chwilowo nie łapie zasięgu i nie chce odświeżyć fejsa albo insta.

Internet dostałam na trzecim roku studiów. Rany, jakie to było przeżycie! I jakie walki rodzinne przy ustalaniu kolejności i regularności dostępu, dopóki rodzice nie kupili sobie laptopa i nie uniezależniliśmy się od siebie.

Jaki człowiek był wtedy naiwny – cieszył się, że ma taką fajną zabawkę, ten Internet. Jeszcze nie przeczuwał, jaka z tego się zrobi smycz wirtualna i rozliczacz z czasu. Czemu nie odpisałaś na mail, wysłałam go pół godziny temu? Czemu pani nie przeczytała mojej pracy zaliczeniowej, wysłałam dzisiaj o drugiej nad ranem! Czemu mi nie wysłaliście oferty, prosiłam wczoraj w mailu? Czemu nie zalajkowałaś tego, co wrzuciłam kwadrans temu? Hej, oznaczyłam cię pięć minut temu w poście, czemu się nie odzywasz, obraziłaś się?

Piękna konkurencja dla komórek i mojego ukochanego: „Czemu nie odbierasz, jak do ciebie dzwonię? Byłaś w toalecie? To dlaczego nie bierzesz komórki do toalety?!”.

No nie, nie demonizujmy, jest masa pozytywnych stron i ja je całym sercem doceniam. Wcale nie chciałabym się cofnąć do czasów bez sieci. Nie mogłabym wtedy zamawiać książek przez Internet, oglądać horrów na CDA, pisać felietonu na ostatnią chwilę i wysyłać go mailem do redakcji ze świadomością, że przy dobrych wiatrach w ciągu paru chwil będzie można wrzucić tekst na stronę. Nie poznałabym masy sympatycznych osób. Nie miałabym jak atakować na wszystkie strony zdjęciami Bosmana. (Nie wiedziałabym też w ciągu paru sekund o każdej głupocie wymyślonej przez polityków, ale to się właśnie nazywa coś za coś).

Tylko czasem dopada mnie takie małe zdumienie: rany, od roku dwutysięcznego do dziś tak się niesamowicie dużo zmieniło. Powiedzmy, że w ciągu osiemnastu lat, bo 2019 w zasadzie dopiero się zaczął. W ciągu osiemnastu lat przeszłam drogę od „parę razy stukałam w klawiaturę, nie za bardzo ogarniam, co i jak z tego wyszło”, poprzez „mam maszynę do pisania, wszystkie ileś czcionek”, „mam używany komputer, ale fajny”, „mam zupełnie nowy komputer, łał”, aż do „mam Internet, smartfona, tablet i czemu wy w tej kawiarence nie macie WiFi, czy to jakieś średniowiecze?”. A mój partner w czasie jazdy samochodem gada sobie z telefonem. Gdy słyszę to „Hej, Google”, dostaję głupawki – co pewnie świadczy o moim zacofaniu technologicznym, bo „Asystent Google” to ponoć rozwiązanie przyszłości. Trochę nie wierzę, bo już się parę razy zdołałam zgubić z googlową nawigacją, ale tłumaczę to sobie tak, że jako prosty filolog mam prawo być w tyle za nowinkami technicznymi. Zwłaszcza że nadal się nie przekonałam do e-booków i lobbuję druk, więc trochę w tym technologicznym średniowieczu jeszcze siedzę.

Nie tęsknię za czasami bezinternetowymi. Mam tylko niekiedy poczucie pewnej nierealności – chwilami sama nawet zapominam, że tak, w pewnym okresie życia nie miałam komórki, komputera, Internetu. Też mi się w niektórych momentach wydaje, że te rzeczy były zawsze. Jestem z pogranicza, z pokolenia, które technologiczne nowości dostało do ręki na tyle wcześnie, by szybko się z nimi oswoić i zasymilować je jako naturalny element codzienności, a zarazem na tyle późno, by pamiętać jeszcze czasy analogowe i mieć w życiorysie część bezsieciowej biografii – wcale nie mniej realnej niż ta sieciowa.

No dobrze, to teraz, w ramach podsumowania, opowiem Wam ten tytułowy suchar, skoro  właśnie minął pierwszy kwietnia, czyli prima aprilis. Początek sucharu: dawno, dawno temu żył sobie dinozaur imieniem Basia i nie miał ani komórki, ani komputera, ani Internetu. Dinozaurowi udało się mimo to jakoś przetrwać i z okresu średniowiecza technologicznego wkroczył w technologiczną nowożytność. Dziś dinozaur ma komórkę, laptopa, WiFi, Blucośtam i garść pendrive’ów. Mimo to dinozaur dalej wierzy, że można było kiedyś żyć bez Internetu, choć przestaje w to wierzyć w chwili, gdy w pracy służbowy Internet szlag trafi i okazuje się, że nic nie można normalnie zrobić.

Koniec sucharu. Osobom zastanawiającym się, czy historyjce urwało od ogonka, uprzejmie przypominam, że suchar to taki rodzaj żartu, który nawet po piątym kieliszku wina nie śmieszy nikogo poza sucharoopowiadającym. A ja mam dość kiepskie poczucie humoru, wyznaczane przez skecz o błękitnej norweskiej Monty Pythona, nieudane charakteryzacje inspektora Clouseau i głupkowaty dowcip mojej licealnej przyjaciółki o tym czymś, co łazi po ścianie na „t”. Z tego dowcipu, który czasem jeszcze opowiadam, nikt się nie chce śmiać, nawet mój pies (a to naprawdę zły znak).

Może po prostu ten dowcip jest równie abstrakcyjny, jak stwierdzenie „ja w twoim wieku nie miałam Internetu”? W gruncie rzeczy wcale się nie dziwię. Kto by uwierzył pani „jakiejś biurowej”, że „ja w twoim wieku nie jadłam”?

A ja naprawdę w wieku dwudziestu lat Internetu nie miałam. Za to jadłam. Na szczęście posiadanie Internetu nie wyklucza dalszego jedzenia. I pozwala oglądać Monty Pythona o dowolnej porze.

(Mam nadzieję, że dowcipy, którymi dziś oberwiecie w ramach prima aprilis, będą śmieszniejsze niż mój felieton. Na szczęście w kwestionariuszu osobowym dla redakcji nie było punktu „bezsucharowe poczucie humoru”, bo nie przeszłabym nawet wstępnej selekcji kwalifikacyjnej).

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Pełnomocnik Rektora ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.