SYNDROM KOLEKCJONERSKI

Podczas moich wielkich porządków (inspirowanych, jak wspominałam ostatnio, książkami Marie Kondo) zrobiłam też porządny rachunek sumienia i wyspowiadałam się sama przed sobą ze wszystkich zbieranin, chomikowań i „możetosięjeszczeprzydazmów”. Uświadomiłam sobie również, że cierpię na syndrom kolekcjonerski.

Czy macie w domu jakiś zbiór rzeczy gromadzonych na zasadzie „bo to seria”? Albo dlatego, że samo zbieranie stanowiło ogromną frajdę, chociaż już zebrane rzeczy nie wydają się ani szczególnie atrakcyjne, ani szczególnie potrzebne? A może same rzeczy Was cieszą, ale wiecie doskonale, że gdyby nie były wydawane jako seria, zestaw, kolekcja, to pewnie nigdy byście ich nie zgromadziły, może nawet wcale byście ich nie chciały? Niewykluczone również, że kiedyś, gdy kolekcjonowałyście te przedmioty, należały one do Waszego kręgu zainteresowań, fascynowały, były czymś, bez czego nie dałoby się żyć. Ale dziś… dziś po prostu są. Zajmują jakieś miejsce w domu prawem zasiedzenia, prawem sentymentu lub prawem poczucia winy.

Znacie to? Zaryzykuję i założę się, że większość z Was zna chociaż trochę.

W czasie moich zmagań z selekcją rzeczy znalazłam sporo kolekcji. W efekcie udało mi się wyodrębnić trzy kategorie: kolekcje związane z obecnymi zainteresowaniami i potrzebami; kolekcje niegdyś hobbystyczne, które nadal budzą sporo sympatii, choć samo zainteresowanie daną tematyką minęło; kolekcje zebrane z rozpędu, przy okazji, przez nieuwagę, a przede wszystkim – przez odruch „jest coś do zbierania, więc zbieram”.

Kategoria pierwsza jest najłatwiejsza: skoro zbieram coś teraz i to coś mnie interesuje – zostaje w domu. Od kilku lat kolekcjonuję tomy „Biblioteki grozy” (wspaniałe, mniej i bardziej klasyczne pozycje o duchach, potworach i innych milusińskich), które powoli zapełniają półkę w sypialni. Wracam do nich co jakiś czas i nie ma mowy, bym się z nimi pożegnała. Zbieram także książki dla dzieci – nie wszystkie, ale sporo, w tym kolejne części „Biura detektywistycznego Lassego i Mai”. Gromadzę również kryminały – podobnie jak przy książkach dla dzieci, nie chwytam każdego, ale już zebranie całej Agathy Christie postawiłam sobie za punkt honoru. Kolekcjonuję zakładki (choć tu co jakiś czas robię selekcję i usuwam zniszczone lub mniej urodziwe). Zbieram gazety – obecnie już tylko „Charaktery” i parę innych tytułów z tej kategorii. To rzeczy, które mnie interesują, z których korzystam i których obecność zwyczajnie mnie cieszy.

Kategoria druga bywa bardziej problematyczna: dawne kolekcje, które dziś wywołują co najwyżej sentyment. Jeśli ten sentyment rzeczywiście jest obecny i człowiekowi zwyczajnie robi się cieplej na sercu podczas oglądania starych zbiorów, to pół biedy. Przez sentyment właśnie z niegdyś licznego zbioru mang zostawiłam sobie tylko „Czarodziejkę z Księżyca”. To jeden z istotnych elementów mojego dzieciństwa, ukochana historia o zwykłych dziewczynkach z niezwykłymi mocami; co jakiś czas wracam do któregoś tomu i czuję się znów jak dziewięcio-, jedenasto-, trzynastolatka, która marzyła, aby móc się przemienić w ulubioną Sailorkę. Takich wspomnień się nie wyrzuca.

Są jednak kolekcje, które mimo sympatycznych wspomnień bardziej przytłaczają, niż cieszą. Kłopot polega na tym, że myśl o pozbyciu się ich wywołuje… no właśnie, co to dokładnie jest? Poczucie winy wobec dawnej siebie? Niesmak, że się wyrzuca, może nawet zdradza, swoje „ja” sprzed lat? Zakłopotanie, że kiedyś wydało się tyle pieniędzy na coś, czego dziś już się nie chce? Opór przed zmianą status quo (w końcu ta stera rzeczy stała tu od dziesięciu lat, więc czemu nie miałaby postać kolejnych dziesięciu)? Sama nie wiem. Wiem tylko, że każda decyzja dokucza: pozostawienie zbiorów wywołuje wrażenie, że przestrzeń (i przeszłość) dalej nas przytłacza, a my nie umiemy się zdobyć na minimum odwagi życiowej; pozbycie się zbiorów owocuje moralnym kacem (słabszym lub silniejszym) i wywołuje pełną dreszczu myśl: „A może za pięćdziesiąt lat ktoś z moich bliskich będzie chciał skorzystać z tego, co wczoraj wyniosłam na śmietnik?!”.

Na tej samej zasadzie w szafach zalegają ubrania sprzed dekad, w składzikach – resztki różnych desek i narzędzi, a na samym dnie kartonów – zeszyty z podstawówki. Tak, to to samo poczucie winy i niepokoju.

Mnie udało się wreszcie pozbyć starych i niechcianych kolekcji – usunęłam na przykład całą stertę „Cosmopolitanów”, które lubię jako odmóżdżacz i odprężacz, ale których obecność od jakiegoś czasu przestała mi być potrzebna. Uwierzcie, kac moralny trochę trzymał. Wystarczy przemnożyć koszt gazety, czyli pięć złotych, przez jakieś trzydzieści czy czterdzieści numerów, by kajać się w kącie: tyle kasy ląduje w niebieskim worku na odpady papierowe! (Pocieszył mnie widok wolnego miejsca, w którym mogłam umieścić pudełka z puzzlami).

No i najgorsza kategoria – to właśnie ona obnaża syndrom kolekcjonerski. Poprzednie dwie kategorie ukrywają tę przypadłość, nawet ją wspomagają – w końcu kto Wam zarzuci syndrom kolekcjonerski, skoro zbieracie coś, co Was interesuje i rajcuje? Najwyżej usłyszycie, że macie dziwaczne hobby. Natomiast trzecia grupa obdziera ze złudzeń: jeśli to robicie, zostałyście dotknięte specyficznym nałogiem. Syndromem kolekcjonerskim.

W czasie porządków odkryłam kilka dosadnych dowodów swojego syndromu. Karty ze Świeżakami (niekompletne, bo w Biedronce skończyła się akcja ich rozdawania). Album z nalepkami Świeżaków (patrz poprzednie zdanie). Różne figurki na przyplepcach (patrz wcześniej, tylko tym razem z Lidla). Maskotki Świeżaków, nagroda za wypełnienie całych albumów z naklejkami, plus niewykorzystane naklejki (pochowane w bardzo dziwnych miejscach). Karty ze zwierzakami i naklejki z „Nelą małą reporterką” i „Epoką lodowcową” (z Netto). Stare rachunki i instrukcje obsługi (nieważne, że dany sprzęt obsługuję od trzech lat, a instrukcji nawet nie przejrzałam, niech leży, bo może być potrzebna). Kawałki kolorowych papierów, które też „mogą się przydać” (chyba jako konfetti, sądząc po rozmiarach wielu z nich). Etykiety z ubrań (te sztywne, tekturowe, które wiszą na ciuchach jako informacja o rozmiarze i cenie – nie pytajcie, do czego miało to być potrzebne, nie przychodzi mi do głowy nawet najgłupsze wyjaśnienie). Opakowania po lekach i kosmetykach (teoretycznie stanowiły wskazówkę, co ponownie kupić. Praktycznie się nie przydawały, bo i tak kupowałam na własną rękę, w zależności od ochoty biorąc coś, co zapamiętałam, albo wybierając coś nowego). Sterty wyciągów z konta. Niekompletna kolekcja kryminałów, które już po drugim tomie zaczęły mnie porządnie denerwować i które doczytałam tylko do części piątej czy szóstej, bo przy kolejnych nie byłam w stanie się przemóc (ale kupowałam dalej, a przed zebraniem całości uratowała mnie tylko zmiana właścicielki kiosku, która odesłała zaopatrzeniowcom zalegające za poprzedniczki rzeczy z teczek klientów).

Uf. Samo przypominanie sobie tego i spisywanie mnie zmęczyło.

Zwróćcie uwagę: w przeciwieństwie do kategorii pierwszej i drugiej, kategoria trzecia bardzo często nie ma nic wspólnego z kolekcjonowaniem i kolekcjami we właściwym sensie. Te zbiory nie tworzą jakiejś hobbystycznej przestrzeni (opakowania po kosmetykach, instrukcje obsługi), są zbiorami „przyokazjowymi” (Świeżaki), ewentualnie ich gromadzenie zaczyna się w ramach kolekcjonowania, ale później kolekcjonerski zapał się rozwiewa, a gromadzenie trwa dalej (denerwujące kryminały).

Maskotki z Biedronki były najwymowniejszym i najwyraźniejszym przykładem syndromu kolekcjonerskiego: tak mnie wciągnęło wypełnianie kolejnych albumów, że dopóki rozdawano naklejki, dopóty brałam i wklejałam. Natomiast po wypełnieniu albumu dochodziłam do wniosku „Skoro już mam cały komplet, dlaczego nie miałabym go wymienić na maskotkę?”, a gdy przy kasie otrzymywałam kolejne naklejki, brałam nowy album… i cała zabawa zaczynała się od początku. Zdobyłam cztery maskotki. Przez dalszą inwazją pluszowych Świeżaków uratowało mnie zakończenie akcji w Biedrze. Uf.

Nie potrzebowałam tych maskotek. Nie potrzebowałam naklejek, przylepców i całej reszty. Zbierałam, bo największą frajdę sprawiało mi właśnie gromadzenie, kolekcjonowanie, uzupełnianie – sama czynność. Jej efekt końcowy był jednocześnie momentem, gdy ulatniała się cała przyjemność. Jak powiedział Muminek po wysłuchaniu żalów Paszczaka, który właśnie skompletował wszystkie znaczki świata: „Nie jesteś już zbieraczem. Jesteś tylko posiadaczem, a to wcale nie jest równie przyjemne”*.

Otóż to. Ale bycie zbieraczem, kolekcjonowanie, potrafi wciągnąć niesamowicie mocno, niczym najgorszy nałóg.

Mas kotkowe Świeżaki przekazałam znajomej mamy (dla dzieci). Naklejki i karty zabrałam do firmy edukacyjnej, z którą współpracuję – przydadzą się w czasie różnych zajęć. Etykiety, instrukcje obsługi i podobne wyrzuciłam. Syndrom kolekcjonerski trochę warczał, trochę płakał, trochę namawiał i kusił, w końcu jednak pogodził się z przegraną. Odzyskałam sporo przestrzeni, pozbyłam się poczucia przygniecenia stertą zbędnych rzeczy i przez kilka dni świętowałam zwycięstwo nad materią (oraz nad sobą).

Jestem jednak świadoma tej prostej prawdy, która się sprawdza przy każdym nałogu: jeśli raz wpadniesz w szpony uzależnienia, grozi Ci ono przez resztę życia. Nigdy nie będziesz bezpieczna. Musisz się pilnować na każdym kroku.

Dlatego teraz na pytania w sklepach: „Czy zbiera pani naklejki?” odpowiadam natychmiast: „Nie, dziękuję”. Bo wiem, że mój nałóg tylko czeka na chwilę słabości, by ją wykorzystać i ponownie rozbudzić syndrom kolekcjonerski. A raz rozbudzony syndrom kolekcjonerski jest jak rekin, który wyczuł krew.

Więc się pilnuję. Odmawiam wzięcia naklejek. Jestem czujna. Z rekinami nie ma żartów.

* Tove Jansson, „W Dolinie Muminków”, przeł. I. Szuch-Wyszomirska, Warszawa 2007, s. 26–27.

Barbara Popiel. Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.