Są takie słowa, które są trudne – nie w wymowie, tylko w rozumieniu; i nie, nie chodzi mi o przeróżne „immanentności”, „par excellansy”, „comme il fauty” czy „egzemplifikacje”, tylko o takie słowa, których znaczenie w teorii jest jasne, proste i oczywiste, a w praktyce… no cóż, w praktyce wychodzi jak z naszymi politykami: wiele pięknych obietnic, po czym, wiadomo, wielkie „d”. Jak „dzban” (oddajmy krótki hołd Młodzieżowemu Słowu Roku 2018, które zdecydowanie bardziej wnika w codzienną tkankę słowną niż zeszłoroczna „alternatywka”).

Od „d” przejdźmy od razu do końcówki alfabetu: „z”. „Z” jak „zespołowość”. Zespołowość, którą przez wszystkie przypadki odmienia współczesny biznes, współczesne firmy, współczesne koncepcje zarządzania i pracy. Zespołowość, która w praktyce okazuje się trochę jak jeż: wszyscy się zachwycają, jaki on słodki i wu-gie-el (blogowy skrót słowa „w ogóle”, temu się należy zupełnie osobny felieton), ale na ręce mało kto chce go wziąć (no wiecie, kolce), a jeszcze mniej osób potrafi wziąć bez pokaleczenia się do krwi (auć, cholercia, kolce!). Jeże są fajne, tylko bolą. Zespołowość też jest fajna, tylko też boli.

„Zespołowość”, jak podaje PWN-owski „Słownik języka polskiego”, pochodzi od przymiotnika „zespołowy” i oznacza: „wykonywany, prowadzony, robiony przez zespół ludzi; będący własnością zespołu, należący do zespołu; wchodzący w skład zespołu”. Zespołu, czyli grupy „ludzi wspólnie działających, pracujących, wykonujących wspólnie określonego rodzaju czynności”. Jeśli wydaje wam się, że powtarzam doskonale znane wszystkim oczywistości, żeby tylko nabić liczbę słów w tekście, to macie rację – wydaje wam się. Przeczytajcie te definicje jeszcze raz. I przyłóżcie je do różnych sytuacji, w których się znajdowaliście. I – w zależności od tego, po której stronie wówczas staliście – poczujcie się cokolwiek niekomfortowo lub cokolwiek wściekle.

Zespołowość na dobrą sprawę dotyczy wszystkich przestrzeni życia, ale obecnie najczęściej i najgłośniej mówi się o niej w przestrzeni zawodowej. Nic zresztą dziwnego – to właśnie tu jesteśmy skazani na ludzi, których z reguły sobie nie wybraliśmy (szef, współpracownicy), a nawet jeśli ich wybraliśmy (podwładni, czasem szef), to i tak nie byliśmy w stanie przewidzieć pewnych rzeczy. Że ktoś nie umie organizować sobie pracy. Że ktoś w chwili stresu dostaje ataku paniki, zamiast usiąść na czterech literach i szybko ogarniać problem. Że ktoś lubi powtarzać plotki, niekoniecznie prawdziwe, niekoniecznie sprawdzone, niekoniecznie nadające się do powtarzania. Że ktoś ma rys psychopatyczny, tylko z początku nieźle go kryje. Że ktoś lubi dużo gadać i machać rękami, ale już zabrać się za robotę to nieszczególnie. Że – wreszcie – ktoś ma niezłe pomysły i chętnie je realizuje, tylko nie za bardzo umie w zespołowość.

To są czasem drobiazgi. Wpadasz na zarys jakiegoś pomysłu, przegadujesz go z kimś i wspólnie rozwijacie zarys do konkretnego obrazu, a dzień później na zebraniu ta osoba przedstawia obraz jako stworzony od stóp do głów przez siebie. Czasem wprost: „Pomyślałam, że możemy…”; czasem dookoła: „A można by w sumie zrobić tak…”; w każdym razie przełożony odczytuje to jako pomysł tej konkretnej osoby, a ty siedzisz i gotujesz się w sobie, bo do cholery ciężkiej, zarys był twój, a rozwijanie pomysłu wspólne, heloł, koleżanko, chyba zapomniałaś o czymś wspomnieć?

Raz czy dwa zdarzyła mi się taka sytuacja; na swoje szczęście zareagowałam dosyć szybko, nawet jeśli niezbyt subtelnie (w takich momentach naprawdę ma się w nosie subtelność), i wbiłam się w cudzą wypowiedź z czymś w rodzaju: „No właśnie, rozmawiałyśmy o tym wczoraj z X, bo przyszło mi wstępnie do głowy Y, a potem wyszło nam z tego Z”. Nieładnie z mojej strony? Sorry, w tamtym momencie byłyśmy małym zespołem opracowującym pomysł, więc nieładnie to jest nie przyznawać się, że ten pomysł powstał w zespole, a nie w głowie tej, która pierwsza się odezwała.

To czasem są drobiazgi: przedstawiony jako „twój” pomysł, który opracowywałaś z kimś innym; „jego” refleksja, którą podłapał w czasie burzy mózgów; „wasza” sugestia, którą wcześniej zasugerowali wam tamci obok.

To czasem są drobiazgi. A czasem nie.

Czasem to jest wielkie, kilkumiesięczne działanie, w którym bierze udział duża grupa osób, od momentu zarysowania roboczej koncepcji aż po ostatnie działanie i sprzątnięcie stołów; długoterminowy projekt, angażujący gromadę ludzi na różnych poziomach; intensywne, wykańczające akcje, przy których wszyscy wokół naharowali się jak szaleni. A potem wchodzi ktoś – szef, koordynator, główny prelegent, ktokolwiek z kategorii „reprezentant” – wchodzi (cały na biało) i przedstawia wszystko tak, jakby zrobił to wyłącznie własnymi rękami. W głowach słuchaczy, którzy nie wiedzą – bo i przecież nie muszą! – jak wyglądał cały proces realizacji, jawi się wizja tego „boskiego realizatora”, którzy wszystko sam, bez pomocy, od „a” do „z” tylko i wyłącznie on (ona). Ładna wizja, taki amerykański „self-made man”. Ładna wizja, w sam raz do niektórych filmów Marvela. Ładna wizja, tylko z reguły równie realistyczna, co nasze emerytury w ZUS-ie.

Może też być tak, że grupa, która teoretycznie jest jednym wielkim zespołem, zostaje rozbita na dwa zespoły, ten lepszy („Jak oni to wspaniale zrobili!”) i ten gorszy („Co, tamci? A tylko ściany podpierają”). W tego rodzaju sytuacji znalazłam się parę razy; i pamiętam, jaka wściekłość mnie ogarniała, gdy przypomniałam sobie swoje i koleżanek harówki, zmęczenie i wyścig z czasem, a słyszałam, jak podziękowania, zachwyty i inne ochy-i-achy kierowane były tylko do innej grupy. Stałyśmy wtedy z koleżankami z boku, mrucząc ponuro pod nosem: „No tak, bo to, to i tamto to się samo zrobiło albo oni to zrobili, jasne”. Ogólnie to doskonały sposób, by zabić ducha zespołowości i wprowadzić między współpracujących ze sobą ludzi taki poziom wzajemnej niechęci, by już nigdy nie zdołali się dogadać.

Chyba jednak najbardziej uderzająca jest sytuacja, gdy na zakończenie wielkiego, realizowanego przez wiele osób projektu wychodzi ten jeden „boski wybraniec” i zachowuje się tak, jakby wszystko było jego zasługą, włącznie ze wschodem słońca i działaniem filtra w kranie. Jeszcze gorzej, że mogą się na to nabrać nie tylko osoby z zewnątrz, lecz również osoby dookoła zespołu. Jeśli ktoś, powiedzmy X, przedstawia ci działanie, nad którym obecnie pracuje zespół, jako działanie, nad którym pracuje sam X; jeśli mówi: „patrz, to robię, patrz, tu szukam mediów, sponsorów, wsparcia, zainteresowanych, patrz, już tyle zrobiłem, patrz, tak się narobiłem” i słowem nie wspomni o innych – to ty, jako osoba poza tym działaniem, zajęta własnymi sprawami i śledząca inne rzeczy tylko pobieżnie, możesz uwierzyć. Zwłaszcza jeśli jesteś naiwna i wierzysz w zespołowość, i zakładasz, że jeśli coś jest robione wspólnie, to się o tym wyraźnie mówi, a jeśli się mówi „ja sam” – to najwyraźniej rzeczywiście on sam. Możesz uwierzyć, a potem komuś innemu jest przykro, gdy słyszy, jak działanie, w którym też się dziko naharował, wychwalasz jako działanie zrealizowane tylko i wyłącznie przez X. Komuś jest przykro, tobie jest głupio, a zespołowość leży i nawet nie kwiczy, bo już nie ma czym.

Nie wiem, czy problem z zespołowością to bardziej kobieca, czy bardziej męska sprawa – z moich doświadczeń wynika, że płeć akurat nie robi tu różnicy. To też niekoniecznie kwestia tego, jaki styl pracy się preferuje, samotny czy zespołowy – bo zespołowość, o której piszę, to przede wszystkim stan świadomości, nastawienie do innych pracowników i przekonanie, że nawet jeśli robimy pewne rzeczy indywidualnie, to ich efekty wnosimy do czegoś wspólnego, łączącego nas wszystkich.

Spotkałam w życiu parę osób, które określano mianem „samotnego strzelca”, „grającego do własnej bramki” czy podobnie. W gruncie rzeczy pierwsze skojarzenie, które za tym idzie – osoba pracująca wyłącznie sama, głównie sama – nie jest do końca słuszne. Czasem tak jest, owszem; ale nierzadko za tymi słowami kryje się nie tyle osoba, która woli pracować sama, ile osoba, która w ostatecznym rozrachunku cały sukces zagarnia dla siebie. Nawet nie złośliwie, rozmyślnie, cwaniacko; po prostu – odruchowo. Bo widzi tylko swoje zasługi? Bo nie widzi cudzych zasług? Bo nie widzi potrzeby mówienia o cudzych zasługach? Nie wiem.

„Sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą”, przypomniała mi ostatnio jedna z koleżanek. W sumie nic dziwnego, kto by się chciał przyznawać do porażki (ja nie lubię). Ale w przypadku sukcesu bardziej niż skojarzenie z  ojcostwem powinna działać zasada wioski: skoro potrzeba całej wioski, by wychować dziecko, to również potrzeba całej wioski, by zrealizować jakieś działanie i zakończyć je z sukcesem. Jasne, nie zawsze; są sprawy, które realizuje się w pojedynkę, w których im więcej osób, tym gorzej. Jednak wiele działań – w przypadku różnorodnych firm i instytucji właściwie większość – wymaga zespołu. A zespół wymaga zespołowości – nie tylko w sposobie pracy, lecz również (przede wszystkim) w sposobie myślenia.

W gruncie rzeczy działanie zespołowe to pikuś. Myślenie zespołowe – to właśnie moment, gdy zaczyna się prawdziwy sprawdzian z zespołowości.

Zdasz go?

 

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, Prorektor ds Jakości Kształcenia SSW Collegium Balticum, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.