UDERZ W BĘBEN

Pamiętacie lekcje muzyki? To był jeden z najgorszych przedmiotów w szkole. Nie, nie z powodu trudności i nadmiaru materiału (tu przodowały biologia, chemia i geografia, czasem doganiane przez fizykę lub matematykę). Również nie z powodu nielubianego nauczyciela – tu pierwsze miejsce ex aequo dla biologicy i chemicy z liceum! Oraz jednej z geografic z podstawówek (podstawówki zaliczyłam trzy). Oraz… no dobrze, miało być o muzyce, a nie o nauczycielach, którzy mi lata temu podpadli, bo nie wiedzieli, że kiedyś będę się mogła na nich mścić w felietonach. Wróćmy do tematu.

Lekcje muzyki były katorgą, i to specyficzną katorgą, której katorżniczy charakter uświadamiam sobie dopiero po latach. Otóż – były koszmarnie nudne, koszmarnie o niczym i koszmarnie oddalone lata świetlne od własnej treści. Przynajmniej moje, przynajmniej to, co z nich pamiętam. A pamiętam tylko trzy rzeczy. Po pierwsze, w podstawówce śpiewaliśmy całą klasą utwory, które przy okazji głupkowato przerabialiśmy (była na przykład taka piosenka „Ognia daj lampie mej, niechaj płonie”. Jak sądzicie, w jaki sposób mogły to śpiewać siódmo- czy ósmoklasistki? Ależ oczywiście, że „Ognia daj szkole mej, niechaj spłonie”! Brawa dla pani z czwartego rzędu! PS Nie chodziłyśmy do tej samej klasy?…). Nie, dziś mnie to już nie śmieszy. Ale trzynastoletniej mnie wydawało się to szczytem poczucia humoru, wybaczcie. Po drugie, pamiętam, że muzyka była dobrym momentem na odrabianie zapomnianych zadań domowych, dbanie o klasowe życie towarzyskie, prawdziwe prace literackie (ech, te zeszyty z charakterystykami bohaterek, które miały się pojawiać w moich mangach… nieważne, że nie umiałam dobrze rysować), podczytywanie czegoś pod ławką i wiele innych działań, które muzyką zdecydowanie nie były. Po trzecie – pamiętam wystawianie ocen końcowych, a raczej to, co trzeba było zrobić, by uzyskać dobrą ocenę. Pół biedy jeszcze, gdy należało coś zagrać – przez parę lat uczyłam się gry na pianinie. Gorzej, gdy trzeba było zaśpiewać. Co to za chory zwyczaj, praktykowany przez kolejnych i kolejnych nauczycieli muzyki, z którymi miałam w każdej szkole do czynienia – kazać dziecku śpiewać bez podkładu muzycznego?! Nie wiem. Nie rozumiem. Nie potrafię wybaczyć. A cappella mogą śpiewać profesjonaliści lub osoby uczące się profesjonalnego śpiewu, a nie banda dzieciaków, które najbardziej muzyczne okazują się wówczas, gdy trzeba zrobić kocią muzykę na przerwie.

Moje lekcje muzyki w podstawówce i liceum nie nauczyły mnie niczego o muzyce, nie pokazały mi żadnego muzycznego świata, nie zostawiły po sobie jakiegokolwiek elementu, do którego chciałabym wracać. Od strony technicznej sporo mnie nauczyło ognisko muzyczne i pierwszy domowy nauczyciel pianina, którego wspominam z sympatią. Od strony wrażliwości muzycznej, historii, gatunków etc. najwięcej nauczył mnie ojciec, z którym do dziś dzielę sporo muzycznych preferencji (Queen! ELO! Pink Floyd! Dire Straits! Phil Collins! Vangelis! Nat King Cole!). (PS Dzięki, tato, że ich słuchałeś i chciałeś, bym ja też posłuchała). Drodzy nauczyciele muzyki, z którymi miałam kiedyś do czynienia w szkołach: niestety, nie daliście mi niczego, co byłoby warte wspomnienia i uhonorowania. A szkoda, bo przecież muzyka jako taka towarzyszy mi całe życie. I nie tylko mnie.

To, co zwróciło moją uwagę, to pewien głód muzyczny, który zaczął się w ostatnich latach pojawiać i dawać o sobie znać dość wyraźnie. Nie mam na myśli głodu na słuchanie muzyki – ten znam od dawna. Chodzi mi natomiast o głód tworzenia muzyki, uczestniczenia w jej powstawaniu, jednym słowem – grania. Tak, głód grania. Głód, pragnienie, żądza bycia w muzyce w samym jej środku, w momencie gdy powstaje – i bycia tą, dzięki której (również) powstaje. Głód, którego nie daje się zaspokoić żadnymi zastępnikami – po prostu trzeba usiąść i grać.

Kupiłam sobie jakiś czas temu flet – prostacki, plastikowy flet w Biedronce; później znalazłam jeszcze w domowych szpargałach stary, drewniany flet mojej mamy. Wydrukowałam nuty i układ palców na flet prosty (dzięki ci, guglu, poza wstrętnymi politykami, monotonnymi celebrytami i ponurymi wieściami z serii „ZUS będzie, emerytur nie będzie” zdarza ci się czasem podrzucić człowiekowi coś miłego i przydatnego). Zaczęłam się uczyć. Umiem już zagrać parę prostych utworów.

Powoli wracam do gry na pianinie. Odnalazłam podręcznik, z którego korzystałam jako dziecko – zbiór utworów muzycznych, prostszych i nieco bardziej skomplikowanych, wymagających nie tylko uderzenia we właściwe klawisze, lecz również utrzymania wymaganego tempa i długości dźwięki. Grywam. Nie jest to jeszcze ani tak regularne, ani tak dobre, jak bym chciała, niemniej – jest, po prostu jest. Przypomina mi się chwilami pierwsze mieszkanie, w Gryfinie, duży pokój, w którym stało pianino, starszego, szpakowatego pana, który raz w tygodniu przychodził na lekcje, i to wyginanie palców, by objąć całą oktawę. Nie mam długich palców pianistki, ale oktawę obejmuję dziś bez problemu; a nieco zakrzywione do środka małe palce obu dłoni są dowodem na to, jak wytrwale w dzieciństwie ćwiczyłam tę umiejętność. (Albo zwyczajnie są trochę zakrzywione, wolę jednak moją wersję o poświęceniu dla muzyki).

W zeszłym roku w czasie listopadowego Stress Off Festiwalu zetknęłam się z bębnami afrykańskimi – i się zachwyciłam. Od ponad dwóch miesięcy uczę się gry na tych bębnach, na djembe, i odkrywam zupełnie inny poziom „robienia muzyki”. Przy pianinie, flecie, gitarze, skrzypcach czy podobnych instrumentach są nuty, które pozwalają ogarnąć podstawową przestrzeń dźwięku. Przy bębnach afrykańskich nie ma żadnych nut, są za to podawane przez prowadzącego dźwięki, sygnały muzyczne, konkretne frazy do wybębnienia. Trzeba się zdać na pamięć słuchową, trzeba zapamiętać ułożenie i kolejność rąk, przede wszystkim zaś – trzeba się wczuć w rytm. A to nie jest łatwe, gdy brak nut, kluczy, pauz, krzyżyków i bemoli. Nie, nie jest łatwe. Za to jest fascynujące.

Jestem (bardzo) początkująca, robię sporo błędów, czasem po obejrzeniu i wysłuchaniu utworu, którego mamy się uczyć, myślę: „No w życiu, nie da się”. Ale bębnię. I nawet gdy rozmijam się z rytmem i właściwymi uderzeniami niczym zarobki netto z brutto, mam frajdę. Ogromną frajdę.

Ta moja frajda z grania – czy na bębnach, czy na flecie, czy na pianinie – jest frajdą kompletnego amatora, muzycznego grafomana, który nigdy nie osiągnie poziomu nawet przyzwoicie poprawnego, a co więcej – wcale go osiągać nie potrzebuje. To frajda z samego grania, z samego wkraczania w przestrzeń „robienia muzyki”, z samego faktu, że można dotykać instrumentu, wywoływać dźwięki, grać utwór. To frajda, która jeszcze bardziej zbliża do muzyki, jeszcze bardziej na nią uwrażliwia, jeszcze bardziej zachęca do uwagi podczas słuchania.

Jednocześnie zaś owa frajda wynikająca z tego, że sama gra – na pianinie, na flecie, na bębnie – nie jest mi do niczego potrzebna. Bo nie jest. Nie zostanę profesjonalnym muzykiem i nie zarobię tak na życie; nie zdobędę w ten sposób sławy i chwały; nie przyda mi się to w CV ani w dorobku naukowym. Nie będę miała z tego absolutnie nic – w wymiarze pragmatycznym. W wymiarze niepragmatycznym – będę miała dużo: satysfakcję, radość, zabawę, przyjemność. Nie zmienia to jednak faktu, że z pragmatycznego punktu widzenia marnuję czas, energię i pieniądze.

Co za luksus!

Tak, to jest luksus: robić coś zupełnie niepotrzebnego, nieprzekładającego się na konkretne, wymierne korzyści, niedającego punktów na rozmowie rekrutacyjnej, w przeciwieństwie do, powiedzmy, znajomości jeszcze jednego języka obcego, umiejętności kodowania czy ukończonego kursu tego i owego. To jest luksus – niesamowity luksus powiedzenia: chcę trochę przestrzeni dla samej siebie i zupełnie po nic, tylko po to, by mieć radochę.

To jest niezwykły luksus, na który w jakimś zakresie wiele osób może sobie pozwolić, a jednak sobie nie pozwala. Zauważyłyście, jak mocno jesteśmy naznaczeni pragmatycznym patrzeniem na życie? Mnie to uderza właśnie przy bębnach, bo pytań „po co ci to” już kilka usłyszałam. I odpowiadam: po nic, jeśli chodzi o świat zewnętrzny, o innych, o codzienne obowiązki służbowe i życiowe. Po wiele, może po wszystko – jeśli chodzi o mnie. I nie, nie będę z tym czekać do urlopu, do spłacenia kredytu, do emerytury czy innego „kiedyś”. Jeżeli mam żyć w sposób, który daje mi choć odrobinę radości (a w końcu to moje życie i do radości w nim mam prawo), to poza byciem efektywną, obowiązkową, pracowitą (nazwijmy rzecz po imieniu: zaharowaną), rozwijającą się na rzecz Wielkiego CV i pragmatyczną, chcę być też trochę – kompletnie niepragmatyczną, nielogiczną i robiącą rzeczy kompletnie niepotrzebne. Takie jak czytanie książek dla dzieci. Takie jak pisanie sobie blogowych opowiadań, których nigdzie poza blogiem nie opublikuję. Takie jak siedzenie na huśtawce i gapienie się na drzewa. Takie jak rysowanie czy malowanie przy braku jakichkolwiek umiejętności malarskich. Takie jak – granie. Teraz na pianinie, na flecie i na bębnie, a nie wykluczam, że za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat skuszę się na gitarę, na skrzypce lub na jeszcze inny instrument. Tak, wiem, że to już za późno, by nauczyć się grać porządnie i poważnie, za późno, by móc zrobić karierę muzyczną. Dziękuję za przypomnienie, obiecuję nie robić. Obiecuję bawić się tym moim grafomańskim graniem na czymkolwiek tak dobrze, jak tylko potrafię. A właśnie po to, by potrafić się dobrze bawić po skończeniu remontu, po spłaceniu kredytu czy po przejściu na emeryturę – muszę ćwiczyć bawienie się dobrze już dziś. W końcu czym skorupka za młodu nasiąknie, prawda? (Przy obecnych upodobaniach powinnam dokończyć: tym na starość w bęben uderzy).

Gdy uderzam w ten mój bęben, dmucham w ustnik fletu lub naciskam klawisze pianina, powraca do mnie wspomnienie szkolnych lekcji muzyki; powraca bardzo uparcie i trochę boleśnie. Chciałabym wspominać właśnie takie szkolne spotkania z muzyką: grę na różnych instrumentach, radosne grafomanienie muzyczne, poszukiwanie własnego sposobu wyrażania się dźwiękiem. Nie miałam tego (pomijam domową edukację muzyczną, która mnie ocaliła, dzięki, mamo). Nie miałam i żałuję. Jeśli Wy miałyście – zazdroszczę Wam szkół i nauczycieli.

Na szczęście jednak na radosne grafomanienie muzyczne nie jest za późno. Tego się trzymam dziś, gdy kolejna lekcja djembe przede mną, i tego zamierzam się trzymać w kolejnych latach. Bo skrzypce skrzypcami, ale gitarze nie odpuszczę – kiedyś się spotkamy. Tylko najpierw chcę wzmocnić przyjaźń z pianinem i fletem.

W muzyce, którą się samemu tworzy (nawet gdy się ją tylko odtwarza), jest coś, co wywołuje w człowieku niesamowity spokój. Nie jestem pewna, na ile uzasadnione byłoby porównanie do medytacji; wiem natomiast, że po takim pograniu czuję się zdecydowanie inaczej, lepiej; paradoksalnie – jestem wyciszona. Może więc mogłabym obronić swoje muzyczne grafomanienie tezą o „medytacyjno-terapeutycznych aspektach oddziaływania na psychikę”. Jednak z powodu jakiejś przewrotności (bo od pewnego czasu próbuję stać się Małą Mi) nie sięgnę po tę tezę, zamiast tego rzucę prostacko: hej, mnie się to po prostu podoba. Tak, wiem, że jest bez sensu, niepotrzebne, nieprzydatne i w ogóle. I przez to jeszcze bardziej mi się podoba.

Nie wiem, czy to komuś wystarczy. Wiem, że we wtorki gram – i mnie to wystarcza.

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na „Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.