Urlop poza domem, wyjazdowy, najlepiej jak najdalej, co najmniej na tydzień (albo na dwa, albo i na trzy), z dala od codzienności, w wersji all inclusive i z pełnym pakietem odpoczynkowo-rozrywkowym – to idealna forma wakacji. Tyle że nie dla każdego. Nie wszyscy wyjeżdżają na superhipermegawypasione wakacji – niektórzy nie wyjeżdżają w ogóle. Jak na przykład ja w ostatnich paru latach i tym roku, z racji wielkiego remontu.

Z upływem czasu wypracowałam sobie pewne rozwiązania, zastępniki i odmienniki, które wykorzystuję w ramach „wakacji domowych”. Część z nich można stosować w zasadzie o każdej porze roku i w każdej sytuacji, część nadaje się głównie lub wyłącznie na lato i urlop. Jedne pewnie dobrze znacie, inne same praktykujecie, a niektóre być może zdecydujecie się sprawdzić podczas nadchodzącego urlopu – w tym czy kolejnym roku.

Ważnym elementem tych „urlopowych alternatywników” jest ich ogólna dostępność, bezkosztowość lub taniość oraz łatwość zastosowania w pojedynkę. To taki domowy przepis na udane domowe wakacje, takie homemade holiday.

To lecimy, kolejność przypadkowa…

1. Maraton książkowy
… ale nie tak do końca. Maratony książkowe były podstawą, głównym punktem i kwintesencją wielu moich wakacji. U czytelniczki namiętnej, maniakalnej czy wręcz bibliopatycznej nie powinno to dziwić. Maraton książkowy sprawdzi się jednak również u osób, które czytają „po prostu”, nie tak obsesyjnie i nałogowo, oraz u tych, które dopiero w czasie urlopu mają możliwość lub ochotę, by spokojnie sięgnąć po jakiś tom.

Urlop to doskonały moment na powtórkę ulubionego tytułu, serii czy autora. Przecież jest wolne, czas na lenistwo i odpoczynek, więc z czystym sumieniem można przeczytać po raz drugi (trzeci, piąty i dziesiąty) coś, co już się zna! Przynajmniej jest gwarancja dobrej zabawy – raczej nie czyta się ponownie czegoś, co się za pierwszym razem nie podobało; jest sprawdzony dobry tekst, który sprawia przyjemność; i jest powrót do pozytywnych emocji, które już się kiedyś czuło.

Urlop to dobry moment na zarwanie nocy z książką – przecież się odeśpi. Nocne czytanie w łóżku, przy lampce i (poza urlopem przecież niezdrowej i niepraktykowanej) przegryzce – to się nazywa udana noc.

Urlop to też świetny moment na nadrobienie czytelniczych zaległości. Te tomiszcza, które od pół roku leżą na półce i patrzą na Ciebie z wyrzutem na okładkach, wreszcie zostaną odfajkowane.

I urlop to niezły moment na sięgnięcie po coś zupełnie nowego – nieznanego autora, nieczytany dotąd gatunek. Można sobie pozwolić na eksperymenty, bo przecież jest tyle wolnego czasu, więc nawet dwa lub trzy nietrafione tytuły nie wywołają irytacji w rodzaju „Zmarnowałam jedyny w miesiącu wolny wieczór na takiego gniota”.

Tak, maraton książkowy to propozycja, którą powinno się zawsze uwzględnić.

Wymagania? W miarę sensowne światło, możliwie wygodne siedzisko/legowisko, catering wedle uznania, podobnie poziom nagłośnienia. Plus, oczywiście, książki. Bez książek maraton książkowy to trochę taka świnka morska: ni to świnka, ni to morska.

2. Maraton filmowy
Jest podobny do maratonu książkowego (chociaż nie aż tak wspaniały). Wolne dni (i noce) to szczególnie dobry moment na obejrzenie wszystkich części danego tytułu albo wszystkich serii serialu. Z czystym sumieniem można siedzieć kilkanaście godzin przed ekranem, aż do nocy, a potem aż do (po)południa odsypiać. I wieczorem kolejna porcja odcinków.

Wymagania: odpowiedni sprzęt techniczny, coś niezdrowego do podjadania (wiecie, dlaczego w kinach sprzedają popcorn? Bo niezdrowe jedzenie poprawia jakość obrazu! Tak to sobie tłumaczę za każdym razem, gdy idę do kina i proszę o największy zestaw…), potencjalnie potrzebne akcesoria (ładowarka, głośnik, chusteczki, poduszka) w zasięgu ręki. Może być towarzystwo – w przeciwieństwie do maratonu książkowego, który preferuje samotność, maraton filmowy jest otwarty na dodatkowych uczestników. A, i najważniejsze! Wszystkie części, serie czy odcinki przygotowane już na dysku. Nie ma nic bardziej denerwującego i psującego przyjemność niż zorientowanie się w trzymającym w napięciu momencie, że w zbiorach są luki i w połowie imprezy trzeba przerywać oglądanie, by pościągać brakujące pliki.

3. Domowe SPA
Maseczki, kremy, peelingi, manicure’y i pedicure’y, ścieranie martwego naskórka, odtykanie porów, dotlenianie, naciąganie i odmładzanie, czyli wszystko to, na co w czasie codziennej gonitwy pracowo-domowej masz czasu mało albo wcale. W czasie urlopu możemy (wreszcie!) zrobić sobie porządne domowe SPA, z miłą świadomością, że nikt się nie dobija do łazienki, że można chodzić po domu z gliną, błotem lub zielonym ogórkiem na twarzy i że inni muszą harować, gdy my się ścieramy, nawilżamy, liftingujemy albo kolagenujemy.

Niezbędnik pierwszy: całoroczny zapas kremów, maseczek i próbek (nie zapomnij sprawdzić najpierw wszędzie dat ważności, żeby jakiś nadmiernie przeterminowany krem nagle sam nie wyszedł z tubki i nie ogłosił niepodległości i autonomii polityczno-ekonomicznej w Twojej łazience).

Niezbędnik drugi: Ty (ktoś i na kogoś to w końcu musi nakładać).

Niezbędnik trzeci: dowolnej maści czasoumilacz, na przykład książka, muzyka, film, rozmowy przez telefon (z nastawionym głośnym mówieniem, żeby komórka nie dostała niezamawianym nawilżeniem w ekran), łóżko, zwierzak do głaskania (uważaj, nie zliftinguj mu ogona). Cokolwiek, co uprzyjemni oczekiwanie na wchłonięcie/zaschnięcie/zadziałanie kosmetyków.

Tanio, łatwo i żadna obca baba nie ogląda Cię bez makijażu.

4. Wycieczki w nieznane
Takie małe, krótkie wycieczki. Samochód, rower, pociąg albo własne nogi, plecak z czymś do jedzenia i picia, koc, dobra muzyka w telefonie – i w drogę! Wbrew pozorom to „nieznane” wcale nie musi być daleko – przecież wokół Szczecina pełno jest miasteczek, wsi, mniejszych i większych miejscowości, do których można zawitać choćby na jeden dzień. Zdziwicie się czasem, jakie cuda odkryjecie. Poza tym najważniejsza może być sama podróż – oderwanie się na moment od codzienności, tego, co wokół i znane. Dystans (nawet nieduży) pozwala czasem na zmianę spojrzenia – a to jeden ze szczególnie ważnych elementów urlopu.

5. Zwiedzanie własnego miasta
Tak z ręką na sercu: ile z nas zna swoje rodzinne miasto naprawdę dobrze? Nie tylko te większe ulice lub okolice własnego domu, ale także różne zakamarki, nieoczywiste zabytki, urocze kawiarenki, urzekające boczne uliczki? Często to właśnie własne miasto jest tym najbardziej niepoznanym i niezwiedzonym. Domowe wakacje mogą być dobrym momentem na wycieczkę po mieście, w którym się mieszka. Spojrzenie na Szczecin z punktu widzenia turysty – jakby to było zupełnie obce, nowo odkrywane miejsce – może nieźle zaskoczyć. I to wcale nie na minus – może zaskoczyć bardzo pozytywnie.

6. Artystycznie i amatorsko
Bez pretensji do wielkiej sztuki, mistrzostwa i profesjonalizmu – po prostu trochę artystycznej zabawy w amatorskim wydaniu. Malowanie, rysowanie, robienie zdjęć, różnego rodzaju rękodzieło, nauka gry na jakimś instrumencie (lub powrót do tego dawno zarzuconego), eksperymenty kulinarne, domowe dekoratorstwo wnętrz… możliwości jest wiele. Na szczęście to nie są czynności zarezerwowane wyłącznie dla „prawdziwych artystów”. Dla siebie, dla własnej przyjemności i w ramach odskoczni od codzienności – czemu się nie pobawić w odkrywanie swojego wewnętrznego artysty? To naprawdę odpręża, wprawia w dobry humor, a czasami nawet pozwala dostrzec w sobie coś, co może się przydać również poza urlopem.

Do tego w Internecie można znaleźć wielu innych „artystów domowych”, którzy podpowiedzą poradzą, zainspirują. Jeszcze się okaże, że po urlopie mamy zestaw nowych, fajnych znajomości.

7. Wielki Domowy Leń
Coś, na co zwykle nie można sobie pozwolić przez cały rok albo jego większość: totalne lenistwo. Robienie NIC, absolutnego, stanowczego i wielkiego NIC – czyż nie o tym nieraz marzymy w samym środku wypełnionego pracą, obowiązkami, zaległościami i stresami dnia, tygodnia, miesiąca? Czemu więc nie podarować sobie choćby jednego dnia Wielkiego Domowego Lenia? W piżamie lub w rozciągniętych dresach, z niezdrowym śniadaniem na papierowej tacce, z robieniem bardzo niepożytecznych rzeczy, z niekonstruktywnym „dziś mam wszystko gdzieś” i z brakiem jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Też Wam się to czasem należy od życia, prawda? Choćby raz na rok przez parę godzin.

Do kompletu przydałby się jeszcze przepis na bezbolesny powrót do pracy i przejście z okresu wakacyjno-urlopowego w powakacyjno-urlopowy. Może w następnym tekście…

Barbara Popiel

Barbara Popiel

Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.