Listy noworocznych planów już gotowe? Macie checklistę „tego nie robić w 2019”, wishlistę „to robić w 2019”, controlfreaklistę „jak się uchronić przed brakiem kontroli w życiu i kontrolować wszystko, co się da oraz tym bardziej wszystko, czego się nie da w 2019”?  Jesteście gotowe odpalić pierwszostyczniową racę „cele, marzenia i postanowienia”? Jednym słowem: czy już kompletnie pochłonęły Was przygotowania do wyścigu „kto w kolejnym roku będzie lepszym control freakiem i odfajkuje więcej punktów na każdym spisie”, czy też może… niekoniecznie?

W czasie ostatnich przedświątecznych zakupów znalazłam w Fice pewną książkę: „Wszystkie przygody Amelii Bedelii” Peggy Parish. Zapowiadało się na lekką, przyjemną i wesołą lekturę, w sam raz na leniwe świętowanie przy choince, więc kupiłam. Nie zawiodłam się, to z pewnością – ale muszę przyznać, że dostałam nawet coś więcej niż tylko cztery zabawne historie. Bo chyba… dostałam antywzór. Bardzo kuszący antywzór.

Kim jest Amelia Bedelia? Służącą w domu państwa Rogers, kucharką, pokojówką, sprzątaczką, praczką, jednym słowem: gosposią do wszystkiego. Trudno określić, w jakim czasie rozgrywają się jej przygody, choć obstawiałabym lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte; nie wiadomo, gdzie mieszka Amelia i jej pracodawcy – Peggy Parish jest Amerykanką, ale klimat opowiadanych przez nią historii przypomina raczej angielskie miasteczko rodem z St. Mary Mead panny Marple. W gruncie rzeczy jednak – to nieważne. Ważna jest sama Amelia i to, co robi.

A robi wszystko, co się jej każe. Dosłownie. Powtórzmy: robi to DOSŁOWNIE. Aż do bólu. Jeśli każesz jej zmienić ręczniki – powycina w nich wzroki, by były inne niż dotąd. Jeśli powiesz: „Odśwież meble”, Amelia dokładnie je przypudruje, bo przecież sama tak się odświeża. Podczas oblewania zaręczyn koleżanki panny Rogers Amelia dopilnowała, by narzeczona została polana wężem ogrodowym od stóp do głów, przy oddzielaniu jajek poukładała każde z nich w innym kącie kuchni, a podgrzewanie puszki z zupą nie mogło się skończyć inaczej niż wsadzeniem puszki (zamkniętej, naturalnie) do garnka z gotującą się wodą. Tylko dwie rzeczy chronią Amelię przed bezrobociem: piecze doskonałe ciasta (jakimś cudem tu nigdy nie popełnia gafy, może dlatego, że piecze z głowy, a nie z przepisu), a jej wpadki w ostatecznym rozrachunku potrafią poprawić humor (i zdrowie) innych.

Owszem, ubawiłam się przy czytaniu, choć jednocześnie co chwila dopadała mnie irytacja, bo jak bardzo można jeszcze czegoś nie zrozumieć i na siłę doszukiwać się dosłowności? Ale tym, co mnie najbardziej urzekło w Amelii Bedelii, była jej… absolutna niedoskonałość. Rany, jak ta dziewczyna leczy z kompleksów! Nie kompleksów z serii „nie wyglądam jak modelka” czy „mam za mało pieniędzy”, tylko z kompleksów pod hasłem „jestem nie dość doskonała, nie dość zorganizowana, nie dość kontrolując wszystko i w ogóle nie dość do przodu”. To najgorsze kompleksy, kompleksy XXI wieku – ba, nawet już nie kompleksy, tylko grzechy główne, grzechy śmiertelne, najgorsze winy, do jakich można się przyznać podczas spowiedzi przed samą sobą, psychoterapeutą lub gronem dalszych znajomych. Nie kontroluję wszystkiego na sto jeden procent. Nie jestem efektywna do granic możliwości i odrobinę poza te granice. Nie jestem zorganizowana niczym program antywirusowy, nie potrafię tak sprawnie i nieustannie wykonywać czynności skanujących w tle podczas ciągłej pracy systemu. Nie jestem doskonała, perfekcyjna i idealna niczym arcyczysta rękawiczka Perfekcyjnej Pani Domu (której nieskalana biel potwierdza starą prawdę: nie pobrudzi się i nie pomyli tylko ten, kto nic nie robi – ale XXI wiek udaje, że tej prawdy nie widzi, nie słyszy i nie rozumie, bo wówczas musiałby przyznać, że potknięcia, porażki i niedoskonałości są częścią ludzkiej natury. Brrr, no gdzieżby). Jednym słowem: jestem nie dość dobra w tym, co robię (nie mówiąc już o tym, że za mało robię). Nie jestem doskonała.

A Amelia… Amelia jest kwintesencją porażki, nieudolności, pomyłek, pokręcenia wszystkiego o sto osiemdziesiąt stopni, zepsucia najprostszej rzeczy i wyłożenia się na najbanalniejszym zadaniu! W swoim potykaniu się przy każdym podejmowanym działaniu, bezustannym nawalaniu na całej linii i rozwalaniu tego, co teoretycznie jest nie do rozwalenia, Amelia Bedelia wspina się na wyżyny. Control freak? A do diabła z kontrolą! Perfekcyjna rękawiczka? Słowo honoru, że uświnimy ją na wszystkie strony! Wywiązanie się z obowiązków na sto jeden procent? Czemu nie, tylko tak, by wynik wynosił minus sto dwa! Amelia Bedelia to chodzące prawo Murphy’ego: jeśli jest coś, czego nie można zepsuć, Amelia Bedelia zepsuje to do kwadratu.

A teraz z ręką na sercu: która z Was nie chciałaby stać się Amelią Bedelią? Choćby na dzień, na godzinę, na minutę? Bezkarnie – i, co najważniejsze, bez jakichkolwiek wątpliwości, niepewności czy obaw – zrobić coś tak, jak się człowiekowi wydaje (i nie zastanawiać się, czy się dobrze wydaje, i nie szukać potwierdzenia w stu źródłach i na dwustu forach), zrobić tak, jak wygodnie (i nie oglądać każdego z dziesięciu możliwych rozwiązań pod pięcioma kątami), zrobić i mieć z głowy (bez zerkania dwudziesty raz po raz ostatni, poprawiania i konsultowania), zrobić, a potem z zadowoleniem patrzeć, jak rzecz zrobiona kompletnie nie tak okazuje się jednak w sam raz… albo po prostu owo „nie tak” nie niesie za sobą żadnych konsekwencji. Raz w życiu mieć tydzień Amelii Bedelii, rozwalić świat i kilka rzeczy w pobliżu na kawałki, i nie mieć z tego powodu ani żadnych wyrzutów sumienia, ani żadnych nieprzyjemności! Przede wszystkim – żadnych wyrzutów sumienia. Czy myślicie, że Amelia Bedelia po swym typowym dniu destrukcji leży w łóżku ze łzami w oczach, wysiaduje zawzięcie fotel u psychologa albo wypisuje na forum „Niedoskonałe.pl” pokutne żale na temat pociętych ręczników, oblanych wodą gości czy eksplodującej na całą kuchnię puszki? A skąd! Nie tylko nie robi sobie wyrzutów – ona nawet nie przyjmuje do wiadomości, że są jakiekolwiek powody do niezadowolenia. To świat i państwo Rogers, i niekiedy inni ludzie, bywają dziwni, niewłaściwie formułują polecenia albo sami nie wiedzą, czego chcą. To inni nawalają, nie ona. Ale ona nie ma pretensji do otoczenia, po prostu robi swoje (czyli sieje destrukcję, a potem piecze ciasto. Ewentualnie na odwrót).

W swoim opancerzeniu się dobrym samopoczuciem, zadowoleniem z codzienności i przekonaniem, że zawsze daje z siebie wszystko, a za potencjalne porażki odpowiedzialność ponoszą inne osoby lub niefortunne zrządzenie losu – Amelia Bedelia jest po prostu zachwycająca. Jasne, może doprowadzić do szału, do szewskiej pasji, może sprawić, że szlag Cię trafi w biały dzień. Ale Ciebie – nie ją. To Ty masz problem – nie ona. To Tobie zepsuto dzień – nie jej. Od niej wszystko się odbije i nie pozostawi nawet maleńkiej rysy.

Nie, nie namawiam Was, żebyście się tak całkowicie przemieniły w Amelię Bedelię (to jednak byłaby katastrofa… chociaż cały zastęp Amelii Bedelii w sejmie wcale by nam nie zaszkodził, a może i przyniósłby lepsze skutki niż to, co mamy na co dzień?). W każdym razie nie, nie zachęcam, żebyście szły krok w krok za bohaterką Peggy Parish. Ale… trochę Amelii Bedelii jednak sobie zaaplikujcie. Jej twardy pancerz, który osłania ją przed pretensjami z zewnątrz i nie pozwala na ataki autodestrukcji. Jej dobry humor, nawet gdy wszystko się sypie (w przenośni i dosłownie). Jej umiejętność składania odpowiedzialności za porażkę na innych (cecha, która szczególnie się przyda nam, kobietom, mającym tendencję do brania na siebie odpowiedzialności za wszystko, od złego humoru bliskich, poprzez stłuczone światła w samochodzie szefa, aż po tajfun czy tornado na drugim końcu kuli ziemskiej).

Mimo że sama jestem control freakiem, uzależnionym od list rzeczy do zrobienia i porażonym imperatywem „każdego dnia przeskocz samą siebie o co najmniej dwie długości”, nie będę Wam życzyć w Nowym Roku jeszcze doskonalszego działania, jeszcze lepszych osiągnięć ani jeszcze skuteczniejszej skuteczniejszości. Mimo że – a może właśnie dlatego, że sama jestem taka i znam wiele podobnych kobiet. Właśnie dlatego w 2019 życzę Wam (i sobie) jak najwięcej Amelii Bedelii na co dzień – zwłaszcza w Waszych (naszych) głowach. Bądźmy częściej ślepe na swoje niedoskonałości, zadowolone z tego, co akurat udało się zrobić i przekonane, że jesteśmy OK takie, jakie jesteśmy – niczym Amelia. Oficjalnie, prawem kaduka, z którego każdy felietonista ma możliwość raz w życiu skorzystać, niniejszym ogłaszam Amelię Bedelię patronką roku 2019. Nie kolejna Perfekcyjna Jakaśtam, nie najmłodsza w historii managerka z Doliny Krzemowej, nie najszczuplejsza królowa fitness z okładki „Cosmo” ani nie zwyciężczyni pięciu olimpiad z rzędu. Nie – w roku 2019 naszą patronką będzie Amelia Bedelia, która mistrzowsko psuje wszystko i której nikt za to niczego złego nie robi. Przede wszystkim – ona niczego złego sobie nie robi. Obyście umiały tak lubić siebie i być dla samych siebie tak życzliwe i uśmiechnięte, gdy Wam coś źle idzie, jak potrafi to Amelia Bedelia – której zawsze, wszystko i wszędzie źle idzie.

Amelia Bedelia patronką 2019 roku. To się musi źle skończyć. I dlatego z pewnością skończy się dobrze.

Barbara Popiel

Barbara Popiel – doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, dziekan Wydziału Nauk Stosowanych Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie, mediator, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.