WALENTYNKOWY SONG PRZECIWKO DZIECIAKOWI Z ŁUKIEM

Tegoroczne walentynki to zabawna sprawa, bo przypadają tuż po ostatkach i w tym samym dniu co Popielec. Czy to powstrzyma serduszkową komerchę? Na pewno nie, zresztą mało kto by sobie tego życzył. Może jednak – wyjątkowo, z racji takiego towarzystwa – w walentynki 2018 trochę mniej będzie miał do powiedzenia rozwydrzony bachor ze strzałą i łukiem, a trochę więcej ci, którzy mają lepsze rozeznanie w sprawach uczuciowych? Ot, choćby tacy psycholodzy i seksuolodzy, z którymi można się (via druk) zetknąć w „Charakterach” i seriach książkowych typu „Oblicza” czy „Jakość życia”. Byłoby ciekawie – w każdym razie na pewno ciekawej niż wtedy, gdy o miłości mówi uzbrojony smarkacz lub tandetny filmik miłosny (bo to w gruncie rzeczy ten sam poziom merytoryczności, czyli jej braku).

 

To nie tak, że nie lubię walentynek – przeciwnie, lubię ogromnie, z przyjemnością je obchodziłam i obchodzę, zarówno jako singiel, jak i osoba w związku. Walentynki są w końcu kolejną okazją otrzymania prezentu (również od siebie dla siebie), a każda okazja, by dostać książkę, to dobra okazja. Zresztą 14 lutego jest nie tylko świętem par, lecz od paru ładnych lat również świętem quirkyalone’sów, czyli, w luźnym tłumaczeniu, „dziwaków, którzy dobrze się czują solo” (termin ukuty przez Sashę Cagen* i wart tego, by poświęcić mu osobny tekst). Mój antywalentynkowy song nie wynika zatem z niechęci do samego święta, lecz z niechęci do sposobu, w jaki kultura lubi mówić o miłości. Kwintesencją owego sposobu jest właśnie Kupidyn.

 

Bachorek z łukiem wywołuje we mnie, mówiąc łagodnie, dreszcz obrzydzenia. Dlaczego? Bo jest ucieleśnieniem tego, co w miłości najkrótsze, najsłabsze, a przez kulturę (nie tylko) popularną najbardziej hołubione: pierwszego etapu miłości, zakochania. Chwila podniecającego dreszczu. Miękkie kolana. Palące spojrzenie. Przypadkowy dotyk, który powoduje zawrót głowy. Obraz danej osoby, wypierający z myśli sprawy służbowe, prywatne i wszystko inne. Niepokój, niepewność, zachłyśnięcie się z zachwytu, rozanielenie. Emocjonalna wańka-wstańka: lubi – nie lubi – dzwoni – nie dzwoni – podobam się – nie podobam się – zobaczymy się – nie zobaczymy się – kocha – nie kocha – zauważy – nie zauważy – myśli o mnie – nie myśli o mnie. Minitsunami wewnętrzne w maksymalnych rozmiarach.

 

Oczywiście, to jest piękne, wspaniałe i przemiłe (zwłaszcza gdy już się uspokaja i przechodzi w rozczulające wspomnienie). Ale w środku tsunami nie buduje się domów. A historie romantyczne mówią coś zupełnie przeciwnego.

 

W gruncie rzeczy nie powinno nikogo dziwić, że Kupidyn przedstawiany jest jako małe dziecko – zakochanie, tak jak małe dziecko właśnie, niewiele wie, nie jest zainteresowane analizowaniem i myśleniem z wyprzedzeniem, za to chce wszystko już, teraz, zaraz i w całości. Różnica polega na tym, że bezrefleksyjna zachłanność małego dziecka jest raczej niegroźna dla otoczenia, natomiast ten przeklęty Kupidynek bezkarnie gania dookoła z bronią miotającą, na którą zresztą nie ma pozwolenia (kursu obsługi łuku też pewnie nie przeszedł), i na oślep razi strzałami kogo popadnie.

No dobrze, zostawmy znęcanie się nad symbolami. Uderza mnie jednak co chwila – a w czasie walentynek szczególnie – jak bardzo lubimy mówić o miłości w kontekście samych jej zalążków i jak mało atrakcyjne wydaje się przekraczanie przestrzeni „nowość, początek” w kierunku przestrzeni „znane, kontynuowane”. Baśnie z reguły kończą się na „i żyli długo i szczęśliwie”, gloryfikując w ten sposób wydarzenia, które poprzedziły owo „długo i szczęśliwie”, kosztem tego, co było potem. Zresztą może nawet nie kosztem – „po” po prostu nie ma. Wiemy, że długo i szczęśliwie, i tyle. W porządku, baśnie mają swoje prawa, a małe dzieci bardziej interesuje wartka akcja i ciekawe przygody niż kredyt małżeński, zakup nowej lodówki czy radzenie sobie z przeskakującą między partnerami grypą żołądkową. Tylko że potem cały nasz dyskurs miłosny prowadzimy disnejowskim językiem.

 

Dlatego nie lubię większości filmów „romantycznych” (zwłaszcza komedii romantycznych, które są jak świnka morska: ni to świnka, ni to morska) – bo opowiadają banał do sześcianu. Tak, banał. Zakochać się to właśnie banał – jedna z najłatwiejszych rzeczy na świecie, nie trzeba się specjalnie przygotowywać ani wysilać (niektórzy są w tym tak dobrzy, że potrafią się zakochać, nie znając imienia obiektu westchnień, a ci bardziej zaawansowani nie muszą nawet wiedzieć, jak ów obiekt wygląda. Hardkorowcy ponoć nie wiedzą w ogóle o istnieniu konkretnego obiektu, mają tylko jego koncepcję, trochę na wzór Platońskich idei). Zakochać się to łatwizna. Prawdziwym wyzwaniem jest kochać dalej, gdy początkowe „za” już odpadnie wraz z motylami w brzuchu, miękkimi kolanami i oskubywaniem stokrotek. Prawdziwym wyzwaniem jest owo „po”, tak przez baśnie pogardzane i ignorowane.

 

Jeśli mam możliwość wybrania sobie miłosnego dyskursu, wybieram ten fachowo-psychologiczny zamiast popowo-romantycznego. Ten pierwszy do mnie przemawia, czasem czegoś nauczy, coś wyjaśni, przed czymś ostrzeże. Ten drugi… no cóż. Nie będę kopać leżącego.

 

W urzekający sposób mówił o miłości psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. W książce „Kiedy mężczyzna spotyka kobietę”, stanowiącej zbiór jego rozmów z redaktorami „Charakterów”, znalazłam piękne stwierdzenie: „Tam, gdzie partnerzy nie walczą, naczynia jakoś zmywają się same. A gdy jest konflikt, to zaraz pada pytanie: »Kto dzisiaj zmywa?«”**. Fraza „w udanym związku naczynia zmywają się same”, powracająca w wielu wypowiedziach Wiśniewskiego, od pewnego czasu tkwi mi mocno w głowie jako jeden z wyznaczników jakości związku. Te zmywające się same naczynia to nie tylko dzielenie się obowiązkami zamiast podzielenia ich (raz na zawsze, na sztywno i na podejrzliwie, bo przecież trzeba pilnować, czy on / ona przypadkiem nie spróbuje podstępnie zepchnąć na mnie swojej części robót). To także, szerzej, wyłamywanie się ze schematów „kobiece – męskie – żonine – mężowskie” i tworzenie własnych wzorców, uwzględniających konkretną / konkretnego mnie i konkretną / konkretnego ciebie, dostosowanych do mnie, do ciebie i do nas – bez podejrzewania, że druga strona chce zawłaszczyć, wykorzystać, zaprząc do pługa, bez rozliczeń, analizowania procentowego udziału i całej reszty.

 

Z kolei Bogdan Wojciszke w świetnej „Psychologii miłości” określa zakochanie jako pierwszy (przynajmniej współcześnie) etap miłości, z którego ludzie po jakimś czasie przechodzą do kolejnych, by – jeśli mają szczęście i umiejętności – pozostać na dobre na etapie dojrzałego, partnerskiego związku. I całe szczęście, że wcześniej czy później wychodzą z zakochania (niczym z choroby), bo permanentne przebywanie w tej fazie doprowadziłoby człowieka do szaleństwa… albo uniemożliwiłoby mu stworzenie jakiejkolwiek poważnej relacji. Wojciszke daje bardzo prosty i dość zabawny, a jednocześnie głęboko prawdziwy przykład: jeśli ktoś na etapie zakochania usłyszy, że jego ukochany / ukochana może mieć rozwolnienie, zrobi wielkie oczy, oburzoną minę i zwyczajnie nie zdoła sobie wyobrazić, by cudowny obiekt westchnień mógł doświadczać czegoś tak prostackiego i przyziemnego. Jeśli to samo usłyszy człowiek na etapie związku dojrzałego, to ani się nie oburzy, ani nie przerazi, ani nie ucieknie z dzikim krzykiem, tylko się zastanowi, jak tej swojej drugiej połowie w takiej sytuacji pomóc.

 

Zdecydowanie wolę takie spojrzenie na miłość i zakochanie. Może brakuje mu otoczki rozanielonego sentymentalizmu i udramatyzowanego romantyzmu, za to jest odrobina pozytywizmu (ogromnie lubię pozytywizm). Tak, wiem, praca u podstaw, praca organiczna etc. nie brzmią zbyt klimatycznie, w każdym razie nie wtedy, gdy myśli się o klimacie czułych spojrzeń, tęsknych westchnień i obrzucania się płatkami róż (czy innej zieleniny). Za to brzmią… interesująco. Motywująco. Brzmią jak wyzwanie, które warto podjąć.

 

Bo miłość – wbrew popromantycznym opowiastkom – jest wyzwaniem, jest pracą nad sobą i nad związkiem, jest troską, by to, co z początku było piękne, zniewalające i pełne uroku, nie zamieniło się w coś brzydkiego, odpychającego i ponurego. Zakochanie to etap, który się kończy i ustępuje miejsca innym, bardziej zaawansowanym. Wprawdzie w udanej relacji jakiś element, jakaś cząstka zakochania potrafi pozostać i powracać – do tego jednak trzeba czegoś więcej niż przesłodzony kicz, którymi karmią nas wspomniane historyjki.

A może ja po prostu nie mam w sobie za grosz romantyzmu (bo nie mam) i dlatego ten bachor z łukiem tak mi działa na nerwy? Może. Ale walentynki tak czy inaczej ogromnie lubię. Tylko żadnych przeklętych Kupidynków!

* Sasha Cagen, „Quirkyalone. A Manifesto for Uncompromising Romantics”, New York 2004.
** Andrzej Wiśniewski, „Kiedy mężczyzna spotyka kobietę”, Kielce 2016, s. 21.
*** Bogdan Wojciszke, „Psychologia miłości”, Gdańsk 2012.

Barbara Popiel

Doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy, edukator, redaktor i korektor, czasem tłumacz polsko-angielsko-niemiecki. Wielbicielka psów, herbat i wysokich obcasów, miłośniczka kryminałów, opowieści grozy i książek dla dzieci. Zainteresowania: tematy genderowe, rozwój osobisty, szeroko rozumiany lifestyle, języki obce, psychologia, blogosfera. Blogerka, która po kilku latach poszukiwań i zmianach adresu znalazła swoją przystań na “Dwóch ćwiartkach” (barbarapopiel.blogspot.com). Czasem nieopanowany Potwór Czekoladowy.

 

Zapraszamy za tydzień.